Zabij niechcemisia czyli trochę chmur trochę słońca – II Zimowy Maraton Bieszczadzki

Są takie dni w życiu, gdy się nie chce, gdy wyzwaniem staje się wstanie z łóżka. Pół biedy kiedy jest to zwykły dzień, gorzej gdy jest to dzień startu. Piąty kilometr Zimowego Maratonu Bieszczadzkiego, zaczyna padać, po kilkuset metrach ściągam okulary, przez które nic nie widać, bo są tak mokre i zaparowane. Biegnę droga prowadzi w górę, a mnie się koszmarnie nie chce, jestem dziwnie zdemotywowany, do głowy dopuszczam myśl – Po co mi to było? Chcę skończyć już, teraz, natychmiast. Po chwili skręcamy na pierwszy trudny odcinek trasy. Dzień wcześniej na odprawie ostrzegano nas, że jest tam duże oblodzenie, że trzeba uważać. Moje Kanadie mają najlepsze chwile za sobą, w sumie trudno się dziwić dostały już nieźle w kość, nie mam na nie nakładek. Trzeba zacząć zabawę. Żeby było śmieszniej zaczyna coraz mocniej padać, do tego wiać, w twarz uderzają zmrożone ni to płatki śniegu ni to krople deszczu. Widzę niewiele przez zmrużone oczy. Nagle prawa noga ślizga się i wyjeżdża nienaturalnie w bok. Czuję jak mi się naciąga coś w prawej nodze i boli. Nie boli bardzo, znośnie, jednak dodatkowo demotywuje, jestem na 12 kilometrze trasy, która liczy sobie 44 kilometry ze sporym hakiem, w głowie migają myśli o zejściu z trasy.

 

Jadąc dzień wcześniej do Cisnej z Młodym i z Radkiem, mamy niezły ubaw, wygłupiamy się, żartujemy. Mój brat i jego kolega to ciągle jeszcze biegowe żółtodzioby, ale już z doświadczeniem górskim. Radek 11 listopada wyprzedził mnie na finiszu Biegu Niepodległości (kto nie czytał kliku kliku), jednak nie zna uroków biegania długodystansowego. Łukasz pod moją opieką przebiegł już Maraton Warszawski (relacja TUTAJ). Chłopaki są głodni tego biegu, cieszą się na samą myśl o atmosferze, która towarzyszy startom (zwłaszcza Fundacji OTK Rzeźnik) i o tym biegowym haju. A ja… Ja stwierdziłem, że potrzebuję długiego wybiegania przed zbliżającym się wielkimi krokami ZUKiem, ZMB jest imprezą idealną pod tym względem, miejsce, trasa, ludzie, organizacja. Jednak nie czuję mięty, może dlatego, że przez ten start wypada mi z grafiku ważny trenining do warszawskiej połówki, może dlatego, że jest to start treninigowy. Mimo wszystko zakładam poprawę ubiegłorocznego wyniku (Relacja TU), chciałbym zejść poniżej 4:30, ale wiem, że wynik nie jest tu najważniejszy.

 

Przyjeżdżamy, odbieramy pakiety dumnie paradując po biurze zawodów w pĄbluzach, bardzo cieszy, że jesteśmy tak rozpoznawalni. Ludzie pytają o pĄpki na mecie, o Drużynę, wszystko to sprawia, że ja czuję się wyjątkowo, jak członek elity. Będę podkreślał to za każdym razem ludzie organizujący biegi pod szyldem OTK to profesjonaliści w każdym calu. Wszyscy pełni ciepła i chętni do pomocy. Fajnie jest spotkać też przed biegiem znajome twarze, nie tylko biegaczy, ale również obsługi stoisk, którzy także rozpoznają biegaczy i witają ich jak starych znajomych. Można zamienić kilka słów z Krzyśkiem Dołęgowskim, który pomagał mi dobrać rozmiar wymarzonych Inow-8 Mud Claw. Żal, że nie mogłem skorzystać z promocji, ale czekają mnie wydatki związane z lotem do Rzymu, a buty choćby najlepsze nie przeniosą mnie w dwie godziny do Włoch. Odprawa, na której dowiadujemy się, że warunki będą ciężkie, że występują spore oblodzenia, że trzeba uważać i…. że nie przewiduje się zwózki zwłok z Karczmy Brzeziniak, słynnego już przedostatniego punktu żywieniowego na trasie, w którym dzieją się rzeczy niezwykłe 😉 Potem już tylko szybki wypad do Siekierezady na nieoficjalne spotkanie z Panem Wu i w drogę na kwaterę.

 

Tak się jakoś dziwnie składa, że śpiąc w Schronisku Młodzieżowym w Jabłonkach, zawsze mamy jakieś przygody, tym razem nie było inaczej. W schronisku brak ogrzewania, ciepła woda pojawiła się rano. A dogrzewaliśmy się z chłopakami jak widać na załączonym zdjęciu, a później dostaliśmy od właścicieli klasyczną farelkę.

DSC_0604

Młody chciał tego użyć jako silnika odrzutowego 😀

 

Zniechęcenie

Poranna pobudka, po nocy w trakcie której budziłem się kilkukrotnie, nie jest tym co Tygryski lubią najbardziej. Dopadła mnie klasyczna głupawka przy śniadaniu i choć poziom niechcemisia rósł gwałtownie, to przynajmniej było wesoło.

DSC_0605

ty sam jesteś guziec 😉

Potem już tylko szybko wpakowaliśmy się do Skody i już byliśmy w drodze na start. Na starcie jak na starcie, żarty śmiechy i życzenia powodzenia. Wiemy, że ostry start i maty są dwa kilometry dalej, po to aby na mecie mieć dystans maratonu. Wokół biegaczy jak zawsze z aparatem szaleje Wasyl – zachęca biegaczy do zdjęć, które zawsze mają być w Playboyu, ale jakoś nigdy się na nie tam nie natknąłem :P. Wreszcie wystrzał i powoli ruszamy pod górę. Niby wygłupiam się z innymi biegaczami, ale tak naprawdę bardzo szybko zakładam na uszy słuchawki i odpływam w inny świat. Zaczyna padać deszcz. Potem to nieszczęsne naciągnięcie, cholera, boli – nie boli, źle się biegnie. Pierwszy raz w życiu mam tak fatalny początek biegu, a przecież przede mną jeszcze 32 kilometry. STOP!!! Pomyślałem o odległości jaka dzieli mnie od mety, niby nic, a jednak. Zawsze w głowie rozbijam sobie dany dystans na etapy, a tu pierwszy raz taki strzał. Nie chce mi się tyle biec, boli mnie noga, deszcz, śnieg czy co to zacina z góry, siecze po twarzy i wkurza mnie.

Nagle widzę dziwny obrazek, przede mną biegnie Młody, ale jakim cudem przecież wyprzedziłem go na samym początku. Zaczynam rozkminiać temat, pewnie wyprzedzili mnie razem z Radkiem na pierwszym punkcie odżywczym. No dobra, ale gdzie jest Radek? Przyśpieszam nieco dopadam do Młodego pytam się gdzie Radek, a on macha ręką – o tam z przodu. Dzielę się z Łukaszem moim problemem, że podciągnąłem gdzieś nogę, że źle mi się biegnie. A wiecie co na to ten skurkowaniec? Żebym dał im fory. Oooooo NIE!!! przebija się do mojej świadomości, ja Wam dam fory!!! Dopadamy razem do Radka, potem biegniemy razem. Od punktu na 17 kilometrze zaczynam budować swoją przewagę nad chłopakami. Powinienem im podziękować, bo potężnie mnie zmotywowali, obudziła się we mnie żyłka rywalizacji, nie odpuściłem, za to od 21 kilometra odpuściło naciągnięcie – da się biec szybko. Następuje przełom. Podpinam się pod Pawła, którego poznałem wczoraj w Siekierezadzie, chłopak co leci – zium, zium, kilometry śmigają. Ale odpuszczam, bo tempo jest jak dla mnie za szybkie.

 

bart 2

Jeszcze w kryzysie – fot. Grzegorz „Wasyl” Grabowski

 

Odrodzenie

Klasyczna, niczym niezmącona samotność długodystansowca. Jestem sam, nie licząc innych biegaczy, ale nie znam ich, oni nie znają mnie (poza nielicznymi wyjątkami). Słuchawki na uszach i biegnę. Na 24 kilometrze skręt na stokówkę, tutaj zaczyna się chyba najtrudniejszy etap i potrwa do 35 kilometra. Potem można już powiedzieć długa dycha w dół. Ale najpierw punkt żywieniowy na 26 kilometrze. Czuję się dobrze, już mi się chce, już wiem, że za chwilę będę w Karczmie Brzeziniak, a tam będzie nieziemsko. Dostaję ciepłą herbatkę z wiśniówką, a potem ruszam w dalszą drogę. To jest odcinek trasy kiedy można spotkać herosów, którzy biegną na prowadzeniu, bo punkt na 26 kilometrze jest jednocześnie punktem ostatnim na 40 kilometrze. Śmigają jak złoto. A nam trasa faluje, tasuję się z innymi biegaczami raz ja wyprzedzam, po chwili oni wyprzedzają mnie. Czekam na moment, kiedy będę mógł puścić się drogą w dół do Brzeziniaka, kiedy z oddali usłyszę 

12645228_1173789232631314_5982210451908651519_n

Już z radością na twarzy – fot. Grzegorz „Wasyl” Grabowski

bębnienie Wiewiórki na Drzewie, kiedy znów posmakuję magicznej w smaku pomidorowej z ryżem i pieczonych ziemniaczków i herbatki z prądem. STOP!!! Najpierw trzeba tam dobiec. O właśnie mijam miejsce, gdzie po oblodzonym zboczu wdrapują się w górę Ci co wracają z innego wymiaru jakim jest przedostatni punkt żywieniowy. Nawet tam nie spoglądam, bo wiem jakim kopem w jaja jest to podejście, zwłaszcza po odprężeniu się na popasie. Wiem, przeżywałem to rok temu. Wreszcie jest ścieżka w dół, ale to co rok temu było zbiegiem na pełnej parze w tym roku jest balansowaniem na krawędzi poślizgu. Rok temu zbiegałem sam, teraz zbiegam z kilkoma innymi zawodnikami. Jest ślisko, kilku mijam, ale widok epickiego orła jakiego wywija biegnący 25 metrów przede mną facet, studzi nieco mój zapał i dobrze, bo w tym samym miejscu notuję drugi dnia dzisiejszego poślizg. Dobiegam do drogi są kibice jest doping, jest upragniony Brzeziniak

 

Inny wymiar

Bębny, drzwi – ciepło. Uśmiechnięta obsługa i te pyszności. Dwa kubeczki coli – wygazowanej i prośba płynąca z moich ust dajcie mi herbaty z prądem. Dostaje ¾  kubka wiśniówki, ale dociera to do mnie dopiero po pierwszym łyku. Rozsądek mówi mi, że na zmęczeniu biegowym jak łyknę tą ilość wiśniówki to ostatnie kilometry będę przemierzał na czworaka, dolewam więc szybko ciepłej herbatki. Mam też kubek wymarzonej pomidorówki i tackę z pysznymi pieczonymi ziemniaczkami. O gasz jakie to dobre wszystko! Ale nie ma co się zastanawiać nad tymi dobrościami, zostało trochę ponad 10 km do mety, czas w drogę. Nie ukrywam, że po “herbatce”, bo bardziej był to prąd z herbatką, lekko mi szumi w głowie, ale już kilkaset metrów dalej, jestem wyleczony z szumu, bo przede mną podejście. O Tym punkcie, krążą legendy i to całkiem słusznie, przekraczając próg Brzeziniaka wkracza się w inny wymiar, miejsce gdzie zmęczenie nie ma znaczenia, a ludzie stają się sobie bliscy – nawiązują się znajomości. 

 

Czysta radość

Trudno to wyjaśnić: zaczynałem ten bieg, zdemotywowany z potężnym niechcemisiem, a teraz, pomimo tego że boli, że jestem już nieco zmęczony (dawno nie napierałem na tak długim dystansie)  – chciałbym żeby ten bieg trwał. Podejście mija szybko i już jestem na stokówce, widzę biegaczy, którzy dopiero zmierzają do Karczmy, trochę im zazdroszczę, a trochę nie. Pokrzykuję do nich, że mają już blisko do raju, że za chwilę odpoczną. Spotykam Wojtka mojego partnera z ubiegłorocznego Rzeźnika, który udziela pomocy jakiemuś innemu biegaczowi, na pytanie czy potrzebują pomocy słyszę, żebym napierał dalej. Więc napieram. Spotykam Bartka, który rok temu dzielnie towarzyszył mi na ostatnich kilometrach tego biegu, dziś jest daleko za mną, biegnie ze swoim trenerem pływania. Jest też za mną Smoua kolega ze Smashing pĄpkins, przybijamy sobie serdeczną pionę. Dobiegam do 40 kilometra, jestem na puncie odżywczym ostatnim, pozostało tak niewiele, wypijam szybko colę i ruszam dalej. Teraz to już praktycznie finisz.

 

Finisz

 

Ostatnie kilometry przebywam na tym biegowym haju, nawet gleba na mokry lód i kilkumetrowy ślizg nie są w stanie odebrać mi radości. To co że jestem przemoczony, to co że zmarzłem, to co że mi się nie chciało? Jest tu i teraz, jest szczęście, poprawiłem swój wynik sprzed roku, pierwszy krok przygotowań do ZUK został poczyniony, czuję się dobrze. Jeszcze tylko tory, przede mną leci z nasypu zawodnik, zatrzymuję się wyciągam dłoń pomagam mu się wygrzebać. Mostek, chyba najsłynniejszy mostek w Bieszczadach, to ostatnie metry Ultra Bieszczadzkiego, początek drugiego Etapu Rzeźnika i końcówka ZMB. To już końcówka jeszcze jeden podbieg – fakt długi, ale na całej jego długości spotyka się zawodników, którzy ukończyli już swój bieg. Schodzą w dół często dziwnym krokiem, ale praktycznie każdy dopinguje do tego ostatniego wysiłku, jeszcze 300m, jeszcze 200, 100… Obok mnie zrywa się do finiszu jeden z zawodników, nie nie zamierzam się z nim ścigać, oglądam się za siebie nikogo. Słyszę doping kibiców – Brawo pĄpki!!! Jak pĄpki to pĄpki, kilkanaście metrów przed metą padam i pĄpuję, jak się później okazuje dość energicznie.

pĄpuj żwawo wszak to meta - fot. B4sport

pĄpuj żwawo wszak to meta – fot. B4sport

Podnoszę się i wpadam na metę. Medal na szyję, uśmiechy i gratulacje. Jestem wśród takich samych świrów jak ja, ludzi, którzy cieszą się z faktu, że mogą umęczyć się masakrycznie i czuć z tego powodu radość.

 

i już :D - fot. B4sport

i już 😀 – fot. B4sport

 

Podsumowanie.

 

4:35:41 miejsce 239/656, miejsce w kategorii M30 – 100, poprawa względem wyniku z ubiegłego roku ponad 40 minut. Ile jeszcze można z tego urwać? – Myślę, że całkiem sporo, jednak w tym przypadku to nieważne – miał to być start treningowy i taki był. Chociaż założonego wyniku nie osiągnąłem, zabrakło niecałych 6 minut, to co straciłem na punktach odżywczych i na szarpanie się z naciągniętą nogą wystarczyłoby w zupełności na złamanie 4:30. Jednak po przemyśleniu sprawy – nie wynik tu był najważniejszy, ale opanowanie słabości i przełamanie się. To właśnie głowa zwyciężyła nad ciałem, które tego dnia chciało mnie nieco oszukać w pierwszej części dystansu. Dziękuję jeszcze raz chłopakom, którzy nieco nieświadomie wyciągnęli mnie z otchłani. Wiem teraz, że rywalizacja mnie napędza, dodaje sił. Głowa jest mocna, a w kontekście planowanych tegorocznych ultra i wyścigu z Pawłem na PMW to bardzo ważne. Nie wiem czy kryzys na początku dystansu jest trudniejszy od tego z końcówki, ale to co przeżywałem w pierwszej połowie biegu, zaskoczyło mnie bardzo.

Słowa uznania jak zwykle kieruję w stronę organizatorów, OTK jesteście mistrzami świata. Ludzie narzekają na Wasze biegi, że drogie – ja osobiście powiem do tych ludzi tak – Spróbujcie nie będziecie żałować wydanych pieniędzy. Polecam w pełni świadomy tego co piszę: w ciągu ostatniego roku to czwarta impreza biegowa pod egidą OTK, w której biorę udział i za każdym razem jest fantastycznie.