Za zakrętem czai się… Rzeźnik

Ostatnie kilka dni jest dla mnie bardzo trudne. Kiedy spoglądam rano w lustro, widzę szaleństwo i strach w oczach. Niby jestem po debiucie ultra, choć na dystansie przedszkolnym. Niby mam obiegnięte ¾ trasy Rzeźnika z mocną ekipą,  przygotowaną i obgadaną z Wojtkiem strategię, a jednak niepokój, strach i śliskie węgorze, które zadomowiły się w moim brzuchu sprawiają, że chciałbym schować się w szafie i powiedzieć – Nie ma mnie tu, nie wiem gdzie poszedłem. Dziś miałem spać do 9 rano, ale obudziłem się o 7:30 i kotłowałem się z boku na bok, myśląc jakim cudem nie obudziłem jeszcze NKE, nie mogę spać, myśl o jedzeniu sprawia, że węgorze zaczynają tańczyć jakiś dziwny dziki taniec. Nie ma się co dziwić – do startu została mniej niż doba.

Staję przed moim prywatnym Everestem i to nie będzie góra pokonywana w stylu oblężniczym, to będzie czysty styl alpejski. Niewiele będzie miało to wspólnego z wyprawami komercyjnymi, szerpowie nie wniosą mnie pod ręce na górę gdy zabraknie sił, tlenu nie będzie. Będziemy tylko my dwaj Wojtek i ja, a przed nami wyzwanie, moje największe i od ubiegłego roku wymarzone. W mojej głowie urastamy do poziomu sir Edmunda Hilarego i Tenzinga, może nieco na wyrost, ale ta myśl pomaga mi to zebrać potrzebną motywację. Dochodzę do momentu, dla którego podporządkowałem cały sezon biegowy. Jutro o 3 rano stanę na starcie z ludźmi, którzy w tamtym roku wydawali mi się herosami, a ja, maluczki biegacz z jednym doświadczeniem długodystansowym, patrzyłem na nich szeroko otwartymi z podziwu oczami. Nadchodzi nowy level biegania. I mimo że teraz jest stres i nerwy, wiem że jutro gdy usłyszę bębny i upragniony wystrzał pozostaniemy tylko ja i Wojtek i trasa Rzeźnika.