Z odchłani w niebiosa czyli relacji z Rzeźnika cz. 2

Jako że minęło sporo czasu, to pierwszą część relacji możecie znaleźć tutaj

Tabletka

Tak oto z pomocą Tomka, wziąłem swoją pierwszą tabletkę przeciwbólową podczas biegu. W głowie mi huczało o niewydolności nerek i innych nieciekawych stanach związanych z używaniem leków podczas biegu ultra. Jednak w tym momencie, kiedy poczułem, że nie jest dobrze i że dobrze realizowany plan może trafić szlag stwierdziłem, że trzeba zaryzykować. Czekała nas droga na Małe Jasło.

 

Nie takie małe Jasło

Góra ta to pierwszy szczyt, który zdobywałem w mojej górskiej karierze dobre dwadzieścia kilka lat temu. Wtedy to, wdrapując się na nią szczylem będąc, narzekałem, bo przeklinać jeszcze się nie nauczyłem. Dziś znamy się z Małym Jasłem jak łyse konie i muszę przyznać, że bardzo lubię tę górę. Wbiegałem na nią, zbiegałem z niej, lubimy się, tak mi się wydaje. Dla innych na 33 kilometrze podejście ciągnące się jak guma od majtek może wydawać się ciężkie i takie jest, ale przyjechaliśmy tu po to żeby się zmęczyć, a nie na wypoczynek. Mamy już kije i mocno napieramy z Robertem pod górę. Wstał piękny dzień, ból uleciał gdzieś w niebyt, teraz zabawa zaczęła się na nowo.

Na Jaśle humory dopisywały :D

Na Jaśle humory dopisywały 😀

Jedz, pij, biegnij – powtórz

– Bartek minęło 40 minut – zjedz coś.- Usłyszałem za sobą głos Roberta. Jak to? Przecież dopiero jadłem – znów mam wciągnąć ten cholernie słodki żel?

W górach czas płynie zupełnie inaczej. 40 minut to okamgnienie. Staram się wciągnąć żel od jednego przystawienia, staram się też mieszać smakami, od lat ufam firmie Ale, ich żele nie zaklejają mnie, no właśnie, ale ileż można jeść słodkie. Mam już szczerze dość, próbuję pogryzać coś innego, niestety inne rzeczy też mam słodkie. Wiem, że na drugim przepaku będą przekąski z Karczmy Brzeziniak, tej samej co organizuje najlepszy punkt żywieniowy podczas Zimowego Maratonu Bieszczadzkiego, oni potrafią nakarmić (ehhh ziemniaczki pieczone i pomidorówka). Później próbuję trochę oszukiwać. – Bartek minęło 40 minut – zjedz coś – brzmi jak mantra głos Roberta. – Robert, ja łyknę hydrosalta, ok? – odpowiadam. Bartek k*%#!!! zjedz żel!!! – słyszę spokojny głos mojego partnera. Nie mam wyjścia jem.

 

Fereczata

Małe Jasło, Jasło, Okrąglik i wreszcie Fereczata. Na tym etapie biegu nie potrafię myśleć o tej górze inaczej jak “suka”. Wiem, że nie powinienem, wiem, że od ubiegłorocznego ubliżania Połoninie Caryńskiej z Berechów, nawet nie próbowałem się do niej zbliżać, a teraz chcę mieć na pieńku z kolejną górą czerwonego szlaku. Jednak nie umiem się powstrzymać. Fereczata to wredne podejście w słońcu i dodatkowo jeszcze, cholernie długi nieprzyjemny zbieg, zwłaszcza na końcowej części, no i później zacznie się nieznane – nowa część trasy.

Współpraca z Robertem układa się idealnie, raz prowadzę ja, a on łapie azymut na moją różową kompresję, raz na liderze leci Robert, a ja napieram za nim. Rozbudziliśmy się, rozmawiamy, o planach, bieganiu, co kto zje na mecie – normalnie o życiu i śmierci.

Staram się pić, dość często, jednak ogranicza mnie ilość wody niesionej w bidonach na piersi. 1,2 litra. Starczy czy nie starczy? Robi się ciepło. I znów zaczyna się ból pęcherza.

Patrz pan jakie mam kije ;) - fot. Liga Biegów Górskich

Patrz pan jakie mam kije 😉 – fot. Liga Biegów Górskich

Na nowej ziemi.

Po zbiegu z Fereczatej moje czwórki bolą, zamiast w lewo skręcamy w prawo i tak naprawdę nic nowego – ot droga, kubek w kubek taka jak słynna droga MIrka. Nie jesteśmy w stanie zbyt długo biec, znowu mnie boli, a w bidonach już prawie sucho. Cholera jasna!!! To chyba najbardziej ciągnący się odcinek trasy. Zdecydowanie nie przypadliśmy sobie do gustu. Jednak kiedy słyszymy przepak, ruszamy jak dźgnięci ostrogą. Tak jest biegniemy, przy trasie stoją nasi Judyta, Młody i Radziu, kibicują, krzyczą. Wpadamy na przepak, z mojej głowy znika myśl o jedzeniu, tylko picie. Wypijam ze trzy kubki coli, trochę izotonika, jeszcze więcej wody, a nawet piwo bezalkoholowe. Potem szybko w krzaczki. Ratować chce mnie Aga, z którą znamy się od mojej pierwszej wyprawy na Rzeźnika jako członka ekipy BeskidTV. Ona jest szefem tego przepaku, rozpoznaje mnie i z uśmiechem na ustach wita mocnym uściskiem, pomimo tego, że cuchnę na pół kilometra. Zatrzymujemy się na chwilę jeszcze przy Naszych. Judyta nas karmi, coś tam przegryzam nareszcie nie słodkiego, dostaję też drugą tabletkę. Teraz czeka nas droga, której nie znam, czeka na nas podejście, czeka na nas przygoda. Trochę nas przez te moje przygody wyniosło poza plan, ale ten przewidywał klasyczną trasę – będzie co ma być.

Klasyczne parcie na szkło  fot. Liga Biegów Górskich

Klasyczne parcie na szkło fot. Liga Biegów Górskich

W oparach czosnku

Później słyszałem i czytałem opinie ludzi, którzy narzekali na podejście na Rabią Skałę. Szczerze, niewiele pamiętam z niego, zapadłem się tak głęboko w siebie, aby odciąć się od bólu, że tak na serio niewiele pamiętam. Jedyne co przedziera się do mojej pamięci to oszałamiający zapach czosnku. Najpierw pomyślałem, że to być może halucynacje związane z zapachami, później, że jest to teren wampiryczno aktywny, jednak rzut oka na bok podpowiedział mi, że to po prostu Czosnek Niedźwiedzi. Zapach cudny nie słodki, gasz ale zjadłbym coś nie słodkiego. I w chwilę później połykam jakiegoś owada – co z tym formułowaniem życzeń? To moje chwilowe zapadnięcie się w siebie pomogło, albo to ta tabletka wreszcie przestało boleć.

Ostatnie metry podejścia na Rabią Skałę. fot. Robert Zakrzewski

Ostatnie metry podejścia na Rabią Skałę. fot. Robert Zakrzewski

Jest gorąco, wręcz parzy. Można się zastanowić czy nie będzie padać? Nowa część trasy zaskakuje swoją malowniczością. Nie są to przestrzenie jak na Połoninach, ale też jest cudownie i ludzi mniej jakby. Tak dziko, tak pierwotnie, tak nie bójmy się tego słowa, rzeźnicko. Zauważam plusy zmiany trasy: na Połoninie królują kamienie, tu ich nie ma. Na sześćdziesiątym którymś kilometrze ten fakt ma znaczenie.

 

Że myślałeś o deszczu?

Tak – nie kłam myślałeś, a nawet coś wspomniałeś Robertowi o tym fakcie. I co? No i zaczęło lać. Na nasze szczęście główna część ulewy, wylała się z niebios w momencie gdy poruszaliśmy się pod osłoną lasu. Zaczynam odczuwać jednak zmęczenie, to już długa droga za nami. Jeśli mogę mówić o kryzysie to właśnie teraz jest jego czas. Częściej pytam Roberta o przebyty dystans, o to jak daleko jeszcze do Roztok. Jednak jak szybko kryzys przychodzi tak szybko udaje mi się go spacyfikować. Myślę sobie w duchu: Kurcze (tak wiem wyjątkowo nie przeklinam), przestało boleć (o ile to możliwe po przekroczeniu 60 kilometra), a że jesteś zmęczony? No proszę cię – to jest ultra, tu się po to zmęczenie przyjeżdża. Chłopie – mówię do siebie w duchu – bo przecież o to chodzi, aby przekroczyć swoje granice, żeby udowodnić sobie, że potrafię wznieść się ponad: zmęczenie, ból i wszechogarniające zniechęcenie. Bieg ultra to tryumf ducha nad ciałem, długotrwałe zmaganie się z narastającym w pewnym momencie co krok bólem. I wiecie co – po raz kolejny słyszę głośne pyknięcie w mojej głowie, nie wiem co to za magia. Nagle wiem po co biegnę, wiem że daleko i blisko są ludzie, którzy trzymają mocno zaciśnięte za nasz sukces kciuki. Ci najbliżsi kibice są już tuż, tuż, na Okrągliku, na który wspinamy się po raz drugi. Wreszcie wiem, że tuż obok mnie jest Robert, który cierpi razem ze mną.

że czarne chmury nad nami? Nic to do mety coraz bliżej :D

że czarne chmury nad nami? Nic to do mety coraz bliżej 😀

 

Piknik na Okrągliku.

Nie, nie my piknikujemy. Tam trwa w najlepsze piknik, na słupku dwa kieliszki z jakimś świetlistym płynem. Śpiew dziewczyn – Nic Was nie boli, długo jeszcze po zbiegu rozbrzmiewa w mojej głowie. Jednak nie to jest najważniejsze, najważniejsza jest biel transparentu rozciągniętego na tle soczystej zieleni, a na tej bieli czarne litery “BARTEK POWOLI”. Jest i autor tego hasła Teść i Tomek, których roześmiane twarze dodają otuchy. Pachną tak trochę podejrzanie jakby szkockim przemysłem gorzelniczym, ale kibicują jak nikt inny. Są też gotowi do wsparcia, wprawdzie whisky nie chcą się podzielić, ale  wygazowaną colą służą. Muszę Wam powiedzieć, że bardzo lubię ten support mojego Teścia, przecież nie musi tu być, a jednak jest i na większości biegów, jeśli tylko może też jest. Duży Ryśku – szacunek i ukłony.

Na zbiegu z Okrąglika do przełęczy, zaczyna mnie pobolewać kolano, Robert nakazuje zwolnić. Ale nie na długo, bo gdy słyszymy ostatni punkt odżywczy, automatycznie przyśpieszamy. I tu staje się CUD.

 

Ku niebiosom

Nie wiem co dosypywali do napojów na tym punkcie. Wiem że piłem cole, wodę i burna. Przekąsiłem też coś – chyba kabanosa od Judyty. Zameldowałem, że mnie nie boli i poczułem to. Zmęczenie odpłynęło, 65 kilometrów – To przebiegłem już dziś 65 kilometrów? To chyba pomyłka. Strategia opracowana przez Roberta pomimo trudności przyniosła efekty, czuje że mam od pierona siły. Pytanie ile sił zachował Robert, w rozmowach prowadzonych w trakcie biegu, nie narzekał i jak pytałem jak się czuje odpowiadał, że dobrze, zatem do dzieła, ku mecie 18 kilometrów przed nami.

Paselcia Tankuje EPO

Ostatni punkt – tankuję epo – fot. Judyta Mazur

Kiedy ruszamy na nasze ostatnie poważne podejście, miga mi w głowie, że to już koniec, że teraz ostatni wysiłek, że jeśli nic nie spieprzymy będziemy mieć piękny wynik. Kolejna myśl to, że przecież przed nami podejście nie na Caryńską ze swoją upiorną ścianą, co już niejednemu tyle krwi napsuła. Rzucamy się na Rypi Wierch jak prawdziwe rzeźnickie dziki, z tłumu kibiców dochodzi do mnie pomruk uznania.

A my atakujemy, napieramy jak szaleńcy, wiemy, że już coraz bliżej jest do

Robert też fot. Judyta Mazur

Robert też fot. Judyta Mazur

mety, to dodaje nam sił. I wyprzedzamy, stale wyprzedzamy. Kolejny zespół i kolejny zostają za nami. Na podejściu, na zbiegu, na równym – wyprzedzamy. Kiedy ja nieco osłabłem, ciężar prowadzenia naszego zespołu wziął na siebie Robert, ja odpoczywam. Rozumiemy się prawie bez słów – współpraca idealna.

Fakt, że na dwóch ostatnich etapach wyprzedziliśmy 77 zespołów pokazuje jak dużo sił udało się nam zaoszczędzić. Tymczasem spoglądamy na zegarki i na przygotowany profil trasy, tak to ostatni duży zbieg. Teraz skręcamy ze szlaku, trasa oznaczona, że ślepy by zauważył. Już blisko, naprawdę blisko. Łąka, słońce, droga – jeszcze trochę.

 

Kto to wymyślił? Choć z drugiej strony…

napisy

normalnie jak Tour de France

Wiem że zmiana trasy, wiem że czasem marudzę, wiem że wyznaczona w ostatniej chwili. Ale te ostatnie kilometry po utwardzonej drodze, to chyba już pomyłka. Chociaż nie, jest jedno ale, nawet te ostatnie kilometry były magiczne. Kojarzyły mi się trochę z Tour de France. Napisy na asfalcie, coraz więcej kibiców, stoją coraz ciaśniej, tworzą taki jakby szpaler, wąskie gardło na drodze do chwały. To wszystko sprawia, że te zmęczone nogi zaczynają same nieść. Są pĄpkinsi, Ci którzy skończyli wcześniej, Krasus, Bela, Choi i blady Kargol i nasz support Judyta, Łukasz, Radzio i różowi kibice. Jest piękny dzień, przyśpieszamy, meta dwa kroki stąd. Z gardła rwie się nieformalny hymn pĄpkinsów i już jesteśmy za linią mety. Padamy w proch i pĄpujemy, jesteśmy świetni. Robert i ja biegliśmy razem wcześniej tylko raz, ale to nie jest ważne – zrobiliśmy to, ukończyliśmy bieg w 13:47:34 – są między nami jakieś bardzo dobre emocje. Partnerstwo zostało zweryfikowane pozytywnie.

To już meta - to już meta fot. Festiwal Biegów Górskich

To już meta – to już meta fot. Festiwal Biegów Górskich

Robert w tym miejscu chciałbym Ci podziękować, za wspólny wysiłek i powiedzieć, że to zaszczyt być Twoim partnerem w biegu. Dzięki.

 

Odczucia

Nigdy nie czułem się tak fantastycznie na mecie. Płyną gratulacje te na miejscu i telefoniczne, uściski dłoni i mnóstwo uśmiechniętych szczęśliwych twarzy. To właśnie dla tych chwil warto żyć. To właśnie te chwile sprawiają, że warto się męczyć przez kilkanaście godzin, a przez kilkaset innych ciężko trenować. To jest właśnie MAGIA ULTRA. Te uśmiechy, te przyjaźnie, ci ludzie. Trzeba powiedzieć, że to jest też magia Rzeźnika, te odczucia się wpisane w pakiet.

Zrobiliśmy z Robertem kawał dobrej roboty. Oczywiście widzę kilka mankamentów, nigdy nie jest perfekcyjnie. Gdyby nie moje problemy z pierwszych dwóch etapów, wynik mógłby być tak na moje obliczenia o jakieś 20 minut lepszy, można było zaoszczędzić sporo czasu na przepakach (pewnie jakieś 10 minut). Jednak oprócz dwóch postojów na selfiki, nie zatrzymaliśmy się niepotrzebnie ani razu. Wszystko robiliśmy w ruchu. Odpoczywaliśmy, jedliśmy i piliśmy znajdując się ciągle w ruchu.

 

Uroki pĄkibicingu

Powiem Wam szczerze, że świętowania jakiegoś wielkiego nie było. Była obiadokolacja i przepyszna kwaśnica przepijana pysznym ciemnym i zimnym Sarisem od braci Słowaków w wetlińskiej Chacie Wędrowca. Miał być grill lub ognisko. Jednak zmęczenie zaatakowało podstępnie i skrycie do tego stopnia, że śniłem, że idę do lodówki na kwaterze po piwo, kiedy na stoliku obok głowy stała do połowy pełna butelka wcześniejszego. Dobranoc.

Jednak w ostatni dzień Festiwalu Rzeźnickiego zostałem chyba nareszcie pĄpkinsem w 100% (zgodnie ze statutem ;)) mogłem pokibicować biegaczom. W sobotę odbywał się bowiem Rzeźniczek młodszy brat Rzeźnika, bardzo dobry bieg dla tych którzy rozpoczynają przygodę z bieganiem po górach. Tam stojąc na kultowym mostku w Cisnej zdzierałem gardło i syciłem się faktem, że dziś nie muszę biec.

pĄkibicing

pĄkibicing

Podziękowania

Chciałbym serdecznie podziękować wszystkim, którzy w tamten trudny, ale i piękny dzień trzymali kciuki lub fizycznie nam pomagali w trakcie biegu. To myśl o Was sprawiła, że znalazłem w sobie siłę do biegu na pierwszych dwóch odcinkach. Jesteście wielcy.