Wspomnień czar i jesienne plany

Pamiętam doskonale wyłaniającą się sylwetkę Stadionu Narodowego, kiedy skręciłem w Aleje Jerozolimskie, pamiętam że byłem na mega kryzysie i fizycznym i mentalnym. Spoglądałem na stoper i w głowie liczyłem minuty i sekundy. – Powinno wystarczyć. Chwilę wcześniej wciągnąłem żel z kofeiną, ale zastrzyk energii nie chciał przyjść. Zapas czasu wypracowany na początku biegu zaczynał się kurczyć. Solidnie przepracowany okres treningowy, dawał nadzieje na złamanie 4 godzin, w drugim maratońskim starcie.  

Cały start w 36. Maratonie Warszawskim był szaleństwem, rwa kulszowa – okropny ból w lędźwiowym odcinku kręgosłupa sprawiał, że przez większość trasy w duchu modliłem się, żeby się nie potknąć i żeby nie rozwiązało mi się sznurowadło. Mógłbym się nie podnieść. Jednak nie chciałem odpuścić – żal mi było tego potu wylewanego na treningach i trzech miesięcy przygotowań.

Na ostatnim wodopoju przed metą właśnie na Alejach Jerozolimskich, przechodzę do marszu widzę stadion, ale nie mam w sobie siły, żeby zmusić się do tego ostatniego wysiłku, po prostu nie ma mocy. Podbiegam kawałek – marsz. Jest Most Poniatowskiego to dopiero tutaj zaczyna się odrodzenie. Znów zaczynam wierzyć. Ruszam jest łatwo, bo z górki. Widzę go, rośnie w oczach – Stadion Narodowy. Jeszcze kilkaset metrów, kibice, mnóstwo kibiców – tunel i czuje się jakbym był w intro jakiejś gry z serii FIFA lub PES – otwiera się płyta stadionu z koroną trybun, huk i wydaje się, że ten cały tumult, doping, huk i hałas jest właśnie dla mnie – cudowne uczucie. Przekraczając linię mety stałem się bohaterem narodowego. (jeśli nie czytaliście pełnej relacji z tego biegu to KLIK).

Tak z perspektywy roku wygląda wspomnienie o finiszu na płycie Stadionu Narodowego, a już za kilka tygodni będę miał okazję powtórzyć tą historię. Nie będę jednak walczył o życiówkę, tylko prowadził Łukasza, który będzie debiutował na dystansie maratońskim, to także wielkie przeżycie. Jeszcze jedna rzecz sprawiła, że start w Warszawie i meta na narodowym jest dla mnie wspomnieniem bardzo ważnym. To właśnie tam stałem się częścią drużyny, której pozytywna moc szerzy się po kraju jak w Średniowieczu epidemia dżumy – Smashing Pąpkins to o Was świry – Kocham Was i między innymi to dzięki Wam staram się być coraz lepszy – inspirujecie!!!

Niestety decyzją organizatorów meta na Narodowym zorganizowana jest ostatni raz, tym bardziej się cieszę, że Młody jeśli dobiegnie będzie miał okazję zobaczyć jak to jest, kończyć jedną z największych imprez biegowych w Polsce w bardzo klimatycznym sportowo miejscu. Mam nawet plan na niespodziankę dla Niego na mecie, ale z racji tego, że tu zagląda nie mogę Wam zdradzić co i jak.

Tymczasem nareszcie mija długi okres bez startów. Stęskniłem się za przedstartową adrenaliną, za tym czasem przed wystrzałem startera, za euforią biegu i finiszu, za tym wszystkim co kryje się za godzinami treningów i hektolitrami potu wylewanego podczas nich. Dlatego pokrótce zdradzę Wam moje najbliższe plany startowe. Już w sobotę postanowiłem sprawdzić się w biegu na 5 km podczas XXVI Nocnego Biegu Solidarności, chciałbym osiągnąć czas poniżej 22 minut (co będzie oficjalną życiówką), jako że nie przygotowywałem się do szybkiego biegania zobaczymy – co z tego wyjdzie? Trzy tygodnie później startuję w półmaratonie podczas Zaporowego Maratonu. To jest start gdzie chciałbym dać z siebie maksa. Gdzieś w tle tego startu jest mały challenge, ale to już osobna historia. Po zaporowym czeka mnie jeszcze Warszawa gdzie się nie ścigam, a dzięki temu zyskuję długie wybieganie przed październikowym Ultramaratonem Bieszczadzkim. Sezon zamknę tradycyjnie próbując poprawić życiówkę na 10 km w Biegu Niepodległości.