What the hell is Smashing pĄpkins? Czyli rzymskie odcienie rurzu

 

Słowem wstępu – Veni

W Rzymie nie byłem, jak szybko obliczyłem wysiadając na lotnisku Campino, dwie dekady. Wystarczyło jednak wyjść z terminala przylotów i zamknąć oczy wyczulając zmysł słuchu, żeby stwierdzić, że niewiele się zmieniło. Lokalersi nadal posługują się mającym zadziwiająco dużo kontekstów słowem: “eeeee”, a ci zmotoryzowani posługują się mową klaksonów, która natężeniem i długością dźwięku, może powiedzieć wiele o tym jak bardzo zirytowany jest dany użytkownik drogi.

Od razu powiem, żeby nie było niedomówień, kocham to Miasto* miłością matki kochającej swoje pociechy – czyli (prawie)bezkrytyczną. Do tego stopnia, że nie przeszkadza mi unoszący się z zaułków odór uryny, czy też wszechobecne śmiecie. Kocham to Miasto za typowo włoski luz. Kocham to Miasto od momentu kiedy z wypiekami na twarzy po raz pierwszy, ponad 20 lat temu, wysiadłem z autokaru po podróży trwającej gdzieś w granicach 36 godzin, miłość trwa do dziś i przetrwa jeszcze długo.

Do Rzymu przyjechałem zadebiutować w zagranicznym maratonie. Start mieliśmy z Młodym obiecany od ubiegłego roku i jego debiutu w PMW, kto nie czytał KLIK. Naszym głównym sponsorem i gospodarzem był Janusz – w tym miejscu chciałbym mu podziękować – jeszcze nigdy po maratonie nie udało mi się przytyć, czuliśmy się jako te pĄczki w maśle. Dzięki temu,że moja szanowna Rodzicielka podjęła się misji kamikaze opieki nad Hunami, mogliśmy zabrać ze sobą NKE (widzisz pokazałem Ci ;)), Mamuś – Tobie dziękuję także za tę możliwość.

*- piszę Miasto z dużej litery z powodów nie tylko uczuciowych, ale także historycznych dla starożytnych Rzym był Miastem (Urbs), a dzieje i historię Rzymianie spisywali “ab Urbe condita” – czyli od założenia Miasta.

DSC_0151

Tiamo Roma

Vidi

Rzym przywitał nas piękną pogodą: słonecznie, z niewielkimi chmurkami i delikatnymi powiewami wiatru. Idealnie do biegania, idealnie do zwiedzania, żyć nie umierać. Dobra napisałem nieco na wyrost, bo przylecieliśmy późną nocą w piątek, ale w sobotę rano już byliśmy na nogach. Szybkie włoskie śniadanie (kawa + rogalik) i po pakiety. W metrze można śmiało obstawiać w ciemno, kto jedzie po pakiet, już to po szybkim rzucie oka na buty delikwenta, już to po równie błyskawicznym otaksowaniu jego nadgarstka. W zasadzie nie trzeba wiedzieć nic, wysiadasz z metra i lecisz tam gdzie wali ubrana na sportowo wataha. Co ciekawe widać, że Włosi wzięli sobie do serca bezpieczeństwo, na każdej stacji żołnierze z długą bronią. Jesteśmy na tyle wcześnie, że nie stoimy w kolejce do wejścia na halę gdzie usytuowane jest expo, gdy wychodziliśmy kolejka była dłuuuuuugaśna. Odbiór pakietów sprawny i bezproblemowy. Nie spędzamy dużo czasu na expo, zgodnie z zasadami przedmaratońskimi. Zgodnie zasadami trzeba podładować węgle – Włochy to kraj do tego idealny..

 

 

DSC_0306

podpis że nie ómrę (kłamałem ;)) fot. NKE

pĄpkinsowy ślad w Rzymie fot. NKE

pĄpkinsowy ślad w Rzymie fot. NKE

Po obiedzie, nie zgodnie z zasadami idziemy zwiedzać, nie mam sumienia siedzieć w domu kiedy NKE, aż pali się do zgłębiania tajemnic Rzymu. Takim oto sposobem lądujemy na Watykanie i ruszamy w “małe” giro di Roma.

DSC_0273

Jakieś ruinki za nami

DSC_0128

Watykan

Jesteśmy we trójkę w różowych pĄbluzach. To jakie zainteresowanie budziliśmy wśród turystów, a także lokalersów najlepiej obrazuje fakt, że niemal każdy próbuje odczytać nazwę najlepszej drużyny ever. Jedna osoba tak przyciśnięta ciekawością nie wytrzymuje i rzuca: “What the hell is Smashing pĄpkins?”. Na co Młody ze stoickim spokojem tłumaczy mu, że to taka drużyna sportowa. Jest fejm międzynarodowy – jest! Nie jesteśmy jedynymi biegaczami, którzy wybrali się na wieczorne zwiedzanie. Tu i tam migają nam koszulki lub plecaki z pakietów startowych, najwięcej widać ich w rejonie startu/mety czyli w okolicach Koloseum, ale tak naprawdę jest nas pełno wszędzie.

DSC_0182

Mam ręce, chciałem żeby dobrze było widać logo, fot. NKE

Na koniec dnia idziemy jeszcze na pizzę i zdradzę Wam sekret: najlepszą pizzę jaką jadłem do tej pory we Włoszech jadłem w Rzymie, w pizzerii, którą prowadzi Chińczyk mieszkający od 30 lat we Włoszech. Poezja połączenia ciasta, sosu i sera. Mniam.

DSC_0195

prawdziwa Włoska pizzeria dla lokalersów, a nie chłam dla turystów

DSC_0196

mniam mniam

Plan

Na początku zarzekałem się, że Maratona di Roma, będzie startem rekreacyjnym, ale ja chyba tak nie potrafię. Wiedziałem, że jestem w niezłej formie, która prawdopodobnie pozwoli przebiec dystans w czasie poniżej mojego pbesta z ubiegłorocznego maratonu krakowskiego (KLIK). Zakładam więc walkę o życiówkę, w głowie kołacze się złamanie bariery 3:30, ale zdaję sobie sprawę, że tydzień wcześniej mocno pobiegłem połówkę, a gadają stare biegacze, że nie powinno się biegać maratonu zaraz po połówce. No ale kto jak nie ja? Czyli biegnę za zającami na 3:30 – Dawaj kombajn do stodoły, co bedzie, to bedzie – cytując klasyka.

 

Start

Mówią, że Włosi nie są mistrzami organizacji. No może nie są, ale jeśli chodzi o sposób organizacji startu moglibyśmy się od nich sporo nauczyć. Trzy fale startowe powodują, że nie ma tłoku. Wejście do poszczególnych stref startowych (ja biegnę w drugiej fali), skrupulatnie kontrolowane. Hymn Włoch odegrany i odśpiewany na tysiące gardeł robi wrażenie. Jestem gotowy, spełnia się kolejne biegowe marzenie. Rusza pierwsza fala, ja wybiegnę na trasę za pięć minut. Uwielbiam ten czas, te chwile za każdym razem są dla mnie magiczne. Po chwili drugi wystrzał i już – zaczęło się.

 

Strategia

No dobra napisałem, akapit wcześniej, że Włosi dobrze zorganizowali start. No może poza rozstawieniem się zajęcy. Zaczynając bieg widzę dziwne sytuacje 3:30 za 3:45 WTF? W rezultacie zostaję daleko z tyłu za chłopakami z balonami na 3:30. Co począć? Rzucić się w szaleńczą pogoń? Nie, nie, nie. Jestem na to za sprytny (tak mi się wydaje), czas liczymy netto, rajt? Biegnę swoje według mojego planu 5 kilometrowe odcinki powinienem pokonywać w czasie nieco poniżej 25 minut. Skrzętnie pilnuje tego faktu i tak pierwsze 5 kilometrów wchodzi w czasie 24:50.

 

Zwiedzanie

Gasz jak tu jest pięknie. Tu ruinki tam, starożytna świątynka, Oooo – Circus Maximus, to tu się ścigał Ben Hur. O Piramida 😀 Trzeba uważać, bo bruk, ale jest spoko. Ciekawie rozglądam się dookoła, korzystam z punktów odżywczych, chłodzę się wodą. Mam trzy żele, jestem panem świata. A i zbliżam się, cały czas się zbliżam, do do moich zajęcy :D. Kibiców jest bardzo dużo, krzyczą robią mnóstwo hałasu, a przecież to nie jest ścisłe centrum Rzymu, od niego stopniowo się oddalamy. Na 8 kilometrze przekraczamy Tybr, robi się tak nieco mocniej przemysłowo. Leci mi się dobrze, pas biodrowy w którym mam dwa małe bidoniki “w razie czego”, żele, telefon i flagę na finisz, nie przeszkadza ani trochę. Kolejna 5 mija w 24:24. Zbliżam się do punktu kibicowania, gdzie czekają na mnie NKE i Janusz. Są czekają, kibicują  głośno, biało – czerwona z napisem Rzeszów nad nimi, jak dobrze. Znów zbliżamy się do zabytkowego Rzymu. Po lewej meandruje sobie Tybr.

14 kilometr ciągle jest moc

14 kilometr ciągle jest moc fot. NKE

Watykan

Czuję się świetnie. Znów zbliżyłem się do zajęcy na 3:30, a tak naprawdę to doganiam ich cały czas. Grunt to biec spokojnie. Znów przekraczamy rzekę. Teraz zbliżamy się do Watykanu. Kolejna 5 pykła 24:02 dobrze, robi się zapasik. Na 15 kilometrze wciągam żel i tutaj się zawodzę, miodowy Stinger strasznie się klei, gdy próbowałem go tydzień wcześniej był ok.  Jedna rzecz mnie nieco niepokoi, temperatura rośnie, zaczyna robić się gorąco. W ubiegłym roku padał deszcz, w tym roku zaczyna smażyć – czy jestem na to gotów? Na szczęście pomiędzy punktami z wodą które rozmieszczone są co 5 kilometrów znajdują się punkty chłodzenia, a tam wolontariusze nie żałują mokrych, zimnych gąbek, schładzam nimi głowę, kark i ramiona – jest ok. I jest – ukazuje się monumentalna Bazylika Świętego Piotra, ramiona kolumnady Berniniego wyciągają się w kierunku biegaczy, ale nie mam czasu na żadne mistyczne doznania, trzeba cisnąć.

FB_IMG_1460462152410

Swoi kibice to podstawa 😀

Połówka

Robi się coraz cieplej, kombinuję jak mogę żeby biec w cieniu. Na szczęście można jeszcze się schować przed słońcem. Zbliżam się do kolejnej 5, to już czwarta, więc połowa założeń spełniona 24:02, kilometr dalej dopadam wreszcie zajęcy są jakieś 5 metrów przede mną, czyli tuż, tuż. Czas na połówce 1:44:13, biegnę po swoje, a może jeszcze przycisnąć? Troszkę przyśpieszyć, zadziwić siebie, zadziwić Rzym, zadziwić świat? Przecież ostatnio na Zimowym Maratonie Bieszczadzkim (KLIK) to właśnie w połowie dystansu następowało klik w głowie i dystans zaczynał uciekać jak szalony. Co mi szkodzi, jak będzie ciężko zwolnię. Ale nie, będę rozsądny – rozmawiam ze sobą w duchu – w nogach mam ubiegłotygodniowy rekordowy półmaraton, teraz lecę z zającami po swoje. HOWGH postanowione!

 

Jak zjebałem

No to biegniemy. Są zające 5 metrów za nimi ja – lecim z koksem. Mija kolejne 5 kilometrów 24:17, to jest to miejsce trasy, gdzie nie ma czego oglądać. Gdzieś po lewej ma być Stadion Olimpijski, ale zaczynam żreć ten cholerny żel miodowy, który mnie tak klei, że chyba oczy mi też zakleił i w rezultacie nie widziałem tego stadionu. Czuję, że zające coś kombinują teren zaczyna się podwyższać robi się pod górę, a te debile z balonami zaczynają zabawę w interwały. Podbieg, a Ci idioci obracają się i krzyczą – AVANTI. I tak właśnie drodzy moi w konkursowy sposób zaprzepaściłem swoją szansę na wymarzony wynik w rzymskim maratonie. Ktoś kiedyś dobrze napisał, że jeśli się biegnie z zającami trzeba ich znać i choć trochę ufać. Ja zaufałem przypadkowym makaronom i zapłaciłem za to. Ostatnia w miarę przebiegnięta 5 to ta pomiędzy 25 a 30 kilometrem zrobiona w czasie 24:55.

 

W przyjaźni z Panem Gallowayem

I tak nagle jak fajnie się biegło, tak przestało. Na 33 kilometrze wszystko staje nogi przestają biec przechodzą do marszu jest mi gorąco. Nic mi się nie chce, a to cholera powoli zbliża się czas kiedy znów będziemy w pięknej i zabytkowej części stolicy Włoch. No to marszobieg i zwiedzamy. Po prawej placyk, tu fonnatnna, aj aj aj jaki ten Rzym piękny. Dobra poużalałem się nad sobą czas biec, bo nie przyjechałem tu spacerować. I tak idę i biegnę, biegnę i idę. Przedostatnia 5 przed finiszem tragedia 28 minut. Co za pech, ale Rzym taki piękny. Marszobieg też nie jest zły, a co tam, miało być rekreacyjnie to niech będzie. Piazza Navona, przebiegnięta. Ohohoho kiedy tak sobie maszeruję na 37 kilometrze widzę w oddali biało – czerwoną z napisem Rzeszów. Ale się zasadzili, cholerniki, no nic trzeba biec i udawać że jest git – biegnę. Zostały dwie długie proste ta do Piazza del Poppolo na północ i później na południe w stronę Placu Hiszpańskiego. Idę i biegnę na zmianę. Przebiegam obok rozwieszonej na barierkach polskiej flagi i muskam ją czule końcówkami palców.

37 kilometr udaję że jest dobrze fot. NKE

37 kilometr udaję że jest dobrze fot. NKE

Finisz

Gdy dobiegam do Placu Hiszpańskiego kończę ostatnią 5 planu, grubo ten plan przekraczając 5 kilometrów w 31 minut. Powoli mijam tunel i zaczynam się rozpędzać. Teraz już nie ma kalkulowania, teraz trzeba pobiec, zegarek pokazuje, że zbliżam się do czasu 3:40 i raczej nie złamię tej bariery. Nie ma szans. Trzeba powalczyć o życiówkę, bo i ona może wymknąć się z rąk. Jestem zmęczony, ale zmuszam się do ostatniego wysiłku. W dłoni ściskam zwiniętą jeszcze flagę Polski zaczynam biec, coraz szybciej mijam zawodników. Na ostatnim kilometrze rozwijam flagę i zawieszam ją sobie na ramionach. Mam na plecach biało – czerwoną pelerynę. Plac Wenecki – to już, flaga w dłoniach wędruje nad głowę, rozglądam się gdzieś tu ma stać NKE, ale jej nie widzę. Widzę wyraźnie bramę mety, a w tle Koloseum. Wpadam na metę z czasem 3:41:01, poprawiając życiówkę o pięć minut z hakiem.

po różowej kompresji go poznacie fot. NKE

po różowej kompresji go poznacie fot. NKE

Vici?

Czy odtrąbić zwycięstwo, czy myśleć, że zjebałem, po raz kolejny na przestrzeni tygodnia? Tak naprawdę to założenia były szumne. Tydzień po ciężkiej połówce pobiec mocno maraton, hmmm? Wydaje mi się, że gdybym zdecydował się na samotny bieg to miałbym dużo większe szanse na lepszy wyniki. Nie ja jeden narzekałem na zajęcy. Młody, który biegł na złamanie 4h też twierdzi, że panowie zające odpierdzielali dziwne sztuki. Krakowska para spotkana w strefie mety, twierdziła to samo. Widocznie selekcja pacemakerów na MdR nie jest najlepsza. Jednego nauczyłem się tego dnia, jeśli nie wiesz kim są prowadzący na dany czas odpuść sobie i biegnij po swojemu. Wychodzi na to, że w tym roku będę miał maraton jeszcze do poprawki, granica 3:40 musi być złamana, a może coś więcej?DSC_0495

DSC_0212

Po biegu

Był czas na sławę, na chwile pozowanych zdjęć, a potem przyszedł czas na posiłek. Makaron, poezja, wino, lody. Poniżej, żeby nie przedłużać kilka migawek z kolejnych dwóch dni w Rzymie.

DSC_0217 DSC_0218

DSC_0246 DSC_0291 DSC_0294 DSC_0352