Warszawski Sen

Są takie chwile w życiu, które chciałoby się przeżywać bez końca. Jedną z nich z pewnością pozostanie 10. PZU Półmaraton Warszawski. Zaplanowałem go jeszcze w ubiegłym roku, pod wpływem Smashing Pąpkinsowej braci, która zapowiadała liczną i wesołą ekipę, a to gwarantowało rewelacyjną zabawę i świetną atmosferę. Sama myśl o tych świrach sprawia, że na mych ustach pojawia się banan, a przebywanie w ich towarzystwie to już stan, w którym można przemieszczać się z prędkością światła na wysokości lamperii, nie przesadzam. Miał to być jedyny start, w którym będę walczył o życiówkę, z tej racji, że inne zawody do czerwca traktuję jako wybiegania przedrzeźnikowe i nie chciałbym nabawić się jakiejś kontuzji. Życiówka w tym wypadku była o tyle ważniejsza, że po sierpniowym BMW Półmaratonie Praskim (klikaj i czytaj), mieliśmy ja i półmaraton kilka rachunków do wyrównania. Jeszcze dwa tygodnie temu chciałem złamać 1:50, ale ostatni sprawdzian formy tydzień przed startem rozbudził apetyt na nieco więcej. Typując swój czas w rywalizacji drużyn SP i Biegam żeby Bartek mógł biegać założyłem, że pobiegnę ten półmaraton w 1:47:33 i taki był plan, choć w duszy śpiewało wciąż i grało ciche 1:45 (tralalalala).

Ten start był wyjątkowy także z innego powodu, otóż mój osobisty młodszy brat Łukasz, raz – miał zadebiutować w oficjalnych zawodach, dwa – miał zadebiutować w barwach BEST TEAM EVER – Smashing Pąpkins (oklaski). Młody, od razu zdradzę sekret, wystartował, ukończył i jeszcze zgarnął nagrodę od Krasusa.

 

Stres zżerał mnie jak zwykle już ponad tydzień przed. Sny, wątpliwości, gonitwy myśli. Wszystko to pomimo regularnych solidnych treningów, które prognozowały dobry wynik. Myślę, że kiedyś o tym napiszę i rozprawię się wreszcie z tym moim potworkiem biegowym, albo pozostanie ze mną na wieki wieków.

 

Przyjazd do Warszawy Polskim Busem planowy i w miarę komfortowy. Na miejscu czekał już nasz nieoficjalny support w osobie Leszka, któremu w imieniu swoim i Łukasza jeszcze raz serdecznie dziękuję. Leszek z anielską cierpliwością znosił nasze zachcianki, a to zawieźć nas do Vapiano gdzie spotkaliśmy się z Pąpkinsami – Łukasz dostał koszulkę, zjedliśmy pyszny makaron i wypili piwko, a to na Stadion Narodowy, gdzie łaziliśmy z Młodym od stoiska do stoiska w celu zakupu odpowiedniej kompresji (mina pana z Royal Bay, kiedy mi sprzedawał kompresyjne skarpety rozmiar 45 – 47 w kolorze różowym – BEZCENNA), a to w końcu gdy wiózł mnie i NKE do Marek, czy też gdy później obwoził Młodego po trasie biegu. Leszku – w pewnym stopniu mój medal i Łukasza też należy się Tobie.

DSC_0905

Pakiecioch jest mój foto by NKE

 

Później już było standardowo – Marki, oaza dobrego jedzenia (oczywiście w wykonaniu Michała) i dobrej zabawy (w wykonaniu zespołowym Moni, NKE, Michała i moim). W międzyczasie przyczepianie czipa, numeru startowego, kontrola sprzętu – ustawienie budzika, rozciąganie różowych podkolanówek, przygłupawe zdjęcia 😉 i spanie.

DSC_2849

głupawe zdjęcia foto by Monia

 

Rano standardów ciąg dalszy: kawa, tzw. jedynka i dwójka, owsianka, wafle ryżowe z masłem orzechowym – budzenie zaspanego Michała (spaliśmy godzinę krócej, bo zmiana czasu). Wreszcie wyjazd na start. Przed startem rozgrzewka z drużyną , przed rozgrzewką profilaktyczna 1 w toi toiu. Życzenia powodzenia etc. i rodacy do stref czasowych na start. Po chwili zostaję sam i co… siku mi się zachciało i to tak jakbym wypił 3 piwa. Do startu coś 5 minut, kolejki do toi takie, jak za crocsami w Lidlu tyle, że bez rękoczynów. No nic stoję w kolejce i czekam, obrana strategia wydaje się pasować do warunków biegnie tu 13 000 naroda, będzie ciasno na początku więc wolniej potem nadrobię i tak jak pisałem na fejsie lecę w trupa (prorocze to były słowa). I powtarzam sobie w głowie jak mantrę – Nic nie muszę, nic nie muszę, biegnę swoje. Nagle słychać oklaski i okrzyki tak to właśnie wystartował 10. PZU Półmaraton Warszawski, a ja stoję jak ten cieć przy hałdzie żwiru i czekam na swoją kolej bo mi się chce LAĆ!!! No nie zdążę, chcąc nie chcąc daję się ponieść tłumowi, tak przekraczam linię startu czując parcie na pęcherz i złość na samego siebie, że teraz to będę miał za swoje. Jednocześnie czuję radość i szczęście, że znów mogę biec na zawodach, że znów mogę walczyć sam ze sobą o zwycięstwo nad sobą samym.

 

Zwarci i gotowi na wszystko  foto by Leszek

Zwarci i gotowi na wszystko bracia foto by Leszek

Ostatnie rady przed debiutem ;) foto by Leszek

Ostatnie rady przed debiutem 😉 foto by Leszek

Ciasno, bardzo ciasno jest na początku, chyba tylko raz mi się w czasie tego półmaratonu udało biec we względnym luzie w tunelu pod Wisłostradą, tak to cały czas poruszałem się w grupie ludzi a momentami nawet w ciżbie ludzkiej. Co mnie najbardziej wkurza w czasie biegów masowych? Nieprzestrzeganie stref czasowych – ludzie kochani jak biegniecie na 2 godziny to jaki sens jest ustawiać się zaraz za pacemakerami na 1:30? Nosz kur zapiał w dziób kopany, specjalnie dla debili dodatkowo oznaczono strefy kolorami wystarczy porównać sobie i dopasować kolor strefy czasowej z kolorkiem na numerze startowym. Takie trudne? Chyba jednak tak. Mniejsza o to, chce mi się siku i jest mi deczko zimno może to znak, że trzeba przyśpieszyć – no to rura.

 

Jeśli mam być szczery to w pierwszej części dystansu poza walką z głupim sikaniem i tęsknym oglądaniem się na krzaki i tojtojki nie działo się nic nadzwyczajnego. Trzeba było uważać żeby kogoś nie rozdeptać i nie być rozdeptanym. Biegnę mając cały czas w zasięgu wzroku pacemakera na 1:45 więc jest dobrze. Jedyne co zaczyna niepokoić to, to że robi się coraz cieplej, na szczęście mam na sobie tylko koszulkę i krótkie gacie, więc może się nie przegrzeję. Tempo pierwszych 5 km – 4:59 czyli jest super, zakładałem że będzie wolniej. Druga piątka 4:50 min/km leci mi się lekko i przyjemnie, kontroluję czas i zastanawiam się do kiedy dam radę utrzymać to tempo i kiedy się zacznie dramat, ale póki co połowa dystansu za mną. Powoli zostawiam za sobą pacemakera z flagą 1:45. Chwilę później wpadam do wodopoju na 11 km i co – zaczynam się denerwować sytuacja przypomina tę z połówki z sierpnia pierwszy stół brak wody, drugi tak samo, trzeci takoż – KURWA MAĆ. Wolontariusze się miotają, próbują napełnić kubki, ale dużymi 5l baniakami i więcej kubków przewracają niż napełniają. Nie wiem czym było spowodowana ta sytuacja, ale zatrzymałem się przy stole i poczekałem chwilę, aż siostra zakonna napełniła kubeczek. Troszkę się wybiłem z tempa. Na szczęście jest jak nadrabiać ten odcinek prowadzi w dużej mierze delikatnie z górki więc odcinek pomiędzy 10 a 15 kilometrem lecę w tempie 4:49 min/km. Mijam kibicującego Leszka, który ma podać żel Łukaszowi, ciekawe jak radzi sobie Młody?

pwa15_01_mkd_20150329_111629_3

Jaka koszulka dodaje mocy? Tak właśnie TA!!! foto by jak widać 😉

 

Jak pięknie sprawdzają się założenia taktyczne, lecę na życiówkę i to niebylejaką, no ale ta wisienka na torcie jest dopiero przede mną. Tak naprawdę półmaraton zaczyna się dopiero teraz. Widzę Tunel Wisłostrady i pomny doświadczeń z MW przyśpieszam, bo strasznie mnie wkurza ten huk, raz muzyki z głośników, dwa drących się zawodników, za dużo mają siły czy jak? Wielkimi krokami zbliżam się do finiszu, który planuję rozpocząć około 18 kilometra, to tu będę musiał pokazać charakter. Zaczynam czuć, że słabnę, zaczyna robić się ciężko, jestem tak daleko i tak blisko – wystarczy sięgnąć wystarczy zdobyć się na ten ostatni wysiłek – 3 kilometry do mety.

 

19 kilometr PANIE I PANOWIE PROSZĘ ZAPIĄĆ PASY CZAS NA ÓMIERANIE, zaczyna się podbieg, wszyscy wiedzieli, że tam jest podstępnie umiejscowiony na finiszu, ja wiedziałem to również. Biegam podbiegi dość często taka jest specyfika Podkarpacia i takich podbiegów mam u siebie mnóstwo. Teraz ten niewielki podbieg urasta do miary Everestu – nogi jak z betonu nie chcą się już odbijać od podłoża. Mówili mi później, że tam wiało – nie czułem żadnego wiatru, nie było nic i nikogo – tylko ja i to MONSTRUM. Spoglądam na zegarek w krytycznym momencie ten bezwzględnie pokazuje tempo 5:57 min/km. W głowie odzywa się głos, którego tak nienawidzę –  po co Ci to? Życiówkę masz już w garści zwolnij. – O NIE! – mówię w duszy i po raz pierwszy w życiu w krytycznym momencie ratuje mnie muzyka ze słuchawek i ten tekst:

 

Los to żart, ciągle wiatr wieje w twarz nigdy w plecy,

ciągle grasz, trwasz, ale nic już cię nie cieszy,

żaden z rozegranych meczy, żaden z wyścigów,

wziąć się w pizdu i powiesić albo nażreć piguł.

Brak sensu, brak udźwigu, brak kondychy

Brak, tylko grad ciosów na twarz i kichy.

Jak się masz, ledwo dyszysz, bierz się w garść, na co liczysz?

Psia mać wiem, że stać cie na lepsze wyniki!

Poprawiasz statystyki ziom i wyrzucasz z siebie gniew,

przestajesz robić za tło, obudził się w tobie lew,

jakoś idzie trzymać pion, znaleźć ten zwierzęcy zew,

ostatni głęboki wdech, do góry łeb!

Serce wali jak dzwon, pompuje krew,

tętno rozsadza ci skroń, prześladuje pech,

czujesz nadchodzący zgon, sam byś już najchętniej zdechł,

ten kawałek to pomocna dłoń, do góry łeb!

 

Przetrwałem ten podbieg, nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale zawsze ten największy kryzys dopada mnie przed samą metą. Na MW też największy kryzys pojawił się tuż przed Mostem Poniatowskiego, gdy zobaczyłem tak bliską i daleką bryłę Stadionu Narodowego. Podbieg pokonałem w średnim tempie 5:08 min/km, ale czuję, że nie jest ze mną dobrze. Walczę sam ze sobą i biegnę zrywami, szarpię tempem. Tuż za podbiegiem wodopój postanawiam nie pić, ale chwilę później decyduję – piję. Łapię w garść izotonik i oczywiście próbując wlać go do ust większość wylewam na siebie, część połykam, a resztą się krztuszę. Biegnę już na oparach. Nagle dzwonek telefonu przerywa muzykę, odruchowo odbieram, to Janusz – Halo?! – Bartek dobiegłeś? – Nieeee właśnie finiuszujęęęęę!!! – A Łukasz?? – Nie odpuszcza głos ze słuchawki – Nie wiem za mną jest!!! NIE MOGĘ GADAĆ!!! – Koniec rozmowy! Jestem gdzieś na styku Bonifraterskiej i Miodowej. To 20 kilometr już prawie koniec. Pamiętam tylko ludzi kibicujących i dziękuję im za ten doping, bo to chyba dzięki nim dobiegłem. Z odmętów pamięci przypomina mi się bryła Pałacu Prezydenckiego (nie wiedzieć czemu moje tętno dopiero tam skoczyło do 192 uderzeń/min, a nie na podbiegu) odbicie w prawo i już meta, ale w mojej zmęczonej głowie wątpliwość, czy to meta czy może oznaczenie 21 kilometra i jeszcze będzie kawałek do przebiegnięcia – To mnie chyba zabije, niech to będzie meta. Dopiero w poniedziałek zobaczyłem ilu ludzi biegło tam razem ze mną, ja byłem we własnym świecie, zupełnie odcięty. A jednak meta, nie mam siły nawet podnieść rąk do góry, unoszę je tylko trochę i zatrzymuję zegarek. Wskazuje 1:44’04 – teraz dopiero dociera do mnie co zrobiłem i czarodziejskim sposobem całe zmęczenie zaczyna odpływać. Jeszcze w strefie wręczania medali nogi mi lekko drżą, a w głowie się kręci, lecz z każdym krokiem czuję się lepiej, a świat jest coraz piękniejszy. Spotykam Ewę i gratulujemy sobie życiówek, choć wciąż nie wiem jaki mam oficjalny czas, fotograf robi mi pamiątkowe zdjęcie.

pwa15_01_sw_20150329_114120_1

Niby moc jest, ale uwierzcie mi nie pamiętam żebym pozował do tego zdjęcia okolice 20 km

Czekam na Młodego i zaczynam się niepokoić, bo Łukasz biegnie z ITBSem. Odbieram gratisy, spotykam Leszka i już wiem, że Łukasz jest na meci. Zrobił to, pękam z pĄdumy, bo Łukasza pozyskałem dla biegania JA osobiście i wiem, że wsiąkł, pomimo bólu – jest już nasz. Idziemy jeszcze raz na Plac Piłsudskiego, tam po obowiązkowych pĄpkach dostajemy piękne różowe PąOKSY, kilka zdjęć pamiątkowych i rozchodzimy się.

IMG_20150329_133918

Jak zwykle to co zwyke foto by filipides 😉

 

Dostaję smsa z oficjalnym czasem i… werble (oklaski) 1:43’58 w średnim tempie 4:55min/km i życiówka poprawiona o osiem minut, miejsce OPEN 3567, w kat. M30 1530 – to jest mój najlepszy wynik, warto było przeżywać ÓMIERANIE na trzech ostatnich kilometrach, wylewać pot na treningach, śnić głupkowate sny przed startem, mieć wątpliwości – ludzie – tak wygląda szczęście w najczystszej postaci. Nota bene taki czas przepowiedziała mi NKE, a numerów totolotka nie potrafi. Wyśniony w tamtym roku sen o Warszawie spełnił się z ponad minutową nawiązką. Wygląda na to, że dobrze przetrenowałem zimę, ale nie mogę spocząć na laurach, bo choć PMW był ważnym startem, który miał dać mi pewność siebie to nie on jest moją wisienką na torcie w tym roku.