Warszawa da się lubić

Zrób coś szalonego.

Chcesz zrobić coś niezwykłego, nie szablonowego, wykraczającego poza granicę możliwości? Nie wiesz jak? Załóż się. Że ja nie dam rady tego zrobić? Potrzymaj mi piwo i patrz.

O idei czelendżów Krasusa pisałem już wcześniej przy okazji oficjalnego ogłoszenia jednego z nich – i dla mnie chyba najważniejszego – Wyścigu (kto nie czytał KLIK). Tak się złożyło, że podczas 11. PZU Półmaratonu Warszawskiego nastąpiła mega kumulacja zakładów. Kto chcę dowiedzieć się o co się zakładałem KLIKA TUTAJ. Poza czelendżami Krasusa była jeszcze rywalizacja wewnętrzna Smashing pĄpkins o poprawianie życiówki.

Moją stawką było 1:34:58 czyli poprawienie rekordu życiowego na dystansie 21 kilometrów o 9 minut. Jeszcze rok temu uważałem, że będę rwał już Pbesty o sekundy – no może o minutę maksymalnie. Jednak ciągle udaje mi się robić postępy, a w realizacji celu miał pomóc plan ułożony przez pĄojca Wybiegnego. Przegrana w tym zakładzie oznaczała, że zrobię dla reszty uczestników zabawy mydła “limited edyszyn for Smashing pĄpkins”

 

Hania

Hania i ja - niezapomniane spotkanie

Hania i ja – niezapomniane spotkanie fot. Marta Mielec

Wszystkie zakłady świata, byłyby tylko głupią zabawą, jednak za czelendżami Krasusa stoi coś więcej. Pomagajmy – spełniając swoją pasję, realizując się – postarajmy się dać coś innym. Dzięki tej idei poznałem Hanię. Chcecie się dowiedzieć więcej o Hani poczytajcie bloga pisanego przez jej mamę KLIK. A jeśli chcecie jej pomóc (no myślę, że chcecie) KLIK tutaj. Do 2 kwietnia znałem Hanie tylko z bloga i fejsa, a mimo to zdołała chwycić mnie za serce i zatrzymać jego fragment dla siebie. Jednak gdy podczas wyprawy po pakiet, poznałem ją osobiście, a potem na pĄsta party zobaczyłem jakim jest wulkanem energii i jak wiele radości i beztroski w niej mieszka zrozumiałem, że mój start w tych zawodach będę dedykował właśnie jej.  

 

Różowy Kartel w natarciu

Różowy boysband - fot. Iska

Różowy boysband – fot. Iska

Wiecie jak to jest być na expo? Różowo, serio, nawet bardzo różowo. Chociaż po przyjeździe w piątek udało się niezbyt higienicznie zarwać noc razem z Młodym i Robertem i Panami Ballantine’sem i Jackiem Danielsem to spotykając Różowy Kartel, ból głowy przeminął jak ręką odjął, a banan nie znikał z twarzy. Nie wiedziałem, że to spotkanie i pĄsta party to tylko preludium do tego co stanie się na after party, jednak nie uprzedzajmy faktów. Wielokrotnie pisałem, że Smashing pĄpkins to ekipa, niesamowitych ludzi, a wszystko co robią (czy też robimy) jest na pełnej petardzie, zresztą zobaczcie na zdjęcia – wygłupy to nasza specjalność.

Drogi Adidasie sponsoruj nas ;) Lepszych ambasadorów nie będziesz miał

Drogi Adidasie sponsoruj nas 😉 Lepszych ambasadorów nie będziesz miał fot. Iska

 

Rozkminka czyli strategia dla ubogich

 

  • Chcesz wygrać wyścig?

  • Tak.

  • Jak bardzo?

  • Bardzo.

  • To musisz zapierdalać

Bardzo chciałem wygrać Wyścig z Pawłem. Bardzo chciałem zrealizować upgrejdowany plan treningowy (tak żeby zamiast 1:35 pękło 1:30). Ciężko trenowałem przez okres 18 tygodni. Jednak po ZUKu mój organizm, nie chciał przestawić się z trybu ultra, na szybkie bieganie. Jak to określił Błażej vel Sucha Szosa: “Moje ciało brzydzi się prędkością”. Treningi nie szły tak jak powinny, łydka nie podawała, pojawiły się wątpliwości, nerwy i galopada myśli. Jednak nie byłbym sobą, gdybym nie zaryzykował, nie postawił wszystkiego na jedną kartę. Gramy VA BANK, nie ma miętkiej gry, zgarniam albo całą pulę albo nic.

Ostatnie chwile przed startem - fot. selfie stick

Ostatnie chwile przed startem – fot. selfie stick

 

O krok za elitą

Najgorsze w starcie jest oczekiwanie na start. Stojąc w tłumie biegaczy na placu Trzech Krzyży, czułem się lekko spanikowany zwłaszcza, że kilkanaście metrów przede mną stała elita tego biegu. Co ja robię tu? Jedno spojrzenie w bok utwierdziło mnie, że jestem tu gdzie powinienem – obok mnie stoi Paweł Zając mój dzisiejszy główny rywal. Tuż obok stoi Smoua, człowiek który ma prowadzić mnie i Pawła do mety, tak żeby wyścig mógł się rozstrzygnąć na podbiegu Belwederską. Niemen śpiewa Sen o Warszawie więc już czas.

 

Piekielnie szybka 5.

I ruszyli. Na prowadzeniu Zając, tuż za nim ja. Na przedzie dzielnie toruje nam drogę Smoua. Pierwszy kilometr dość spokojny bo panujący tłok nie pozwala się rozwinąć 4’26 to stanowczo za wolno, jak na nasze plany. Trzeba odrobić stratę i zbudować sobie odrobinę przewagi przed podbiegiem na Belwederskiej. Przyśpieszamy. Kolejne kilometry, mimo zakrętów i tłoku wchodzą w tempie 4’02, 4’08, 4’06. Wydaje mi się, że jest dobrze choć ciągle jestem za Pawłem, nogi niosą, ale jak długo? To było chyba szaleństwo! Piąty kilometr wbijam w tempie 4’13. Cała piątka wchodzi w około 21 minut, cholernie szybko, za szybko, to przecież prawie moja życiówka na tym dystansie.

 

Jak liście na wietrze

Zbliżamy się do Wisły, jestem tuż tuż za chłopakami. Zaczynam odczuwać wiatr, wieje od rzeki dość mocno. Wyprzedzam Pawła. Po raz pierwszy prowadzę w wyścigu. Ależ piździ ten wiatr, na Moście Gdańskim miota zawodnikami po całej szerokości trasy. Tu po raz pierwszy i ostatni słyszę Pawła, który radzi koledze żeby schował się za moimi plecami bom taki duży. Phi. Zbiegając z mostu widzę Anię, którą poznałem na ZUKu, stoi przy drodze i kibicuje, uśmiecham się do niej i chyba jest to ostatni uśmiech na jaki mnie będzie stać na całej trasie.

 

Samotność długodystansowca

Nagle zaczynam kapować, że nie wiem gdzie jest Paweł. Był i znikł, nie wiem czy mnie wyprzedził, a ja tego faktu nie zauważyłem, czy nie wytrzymał tego tempa. Okazuje się, że już nic nie wiem. Jestem sam, trochę mi dziwnie, bo ten wyścig miał się rozstrzygnąć na ostatnich kilometrach, a my tu jeszcze połowy nie przebiegliśmy. Trochę mi dziwnie, ale na wszelki wypadek muszę cisnąć, gdyby to jednak Zając był z przodu.

 

Słabość

Jednak nie jestem w stanie biec takim tempem jak Smoua, zaczynam odstawać, on ogląda się kilka razy, ale przecież nie będzie czekał on musi zrealizować swój plan złamać 1:30. Ja muszę walczyć o swoje 1:34:58, szkoda. Ale z drugiej strony poprawa życiówki o 9 minut to przecież też coś, a zaczyna do głowy przebijać również myśl, że przecież za tydzień lecę trudny maraton w Rzymie. Jednak walczę dalej i cisnę ile mogę, a jeszcze trochę mogę – muszę!

Kiedy nie ma już mocy - fot. FotoMaraton.pl

Kiedy nie ma już mocy – fot. FotoMaraton.pl

Jednak nie muszę, z każdym krokiem robię się coraz słabszy i słabszy. Kiedy wracamy na zachodni brzeg Wisły jestem już w niezłym dole. W głowie kołacze się myśl, że spierdoliłem ten start konkursowo, za dużo ambicji, za mało pokory i umiejętności. Gdybym zaczął z bieg rozsądniej planując tempo, miałbym więcej pary – teraz to tylko walka o przetrwanie.

 

Łazienki

Zdaję sobie sprawę, że coraz bliżej, z każdym krokiem, z każdym metrem zbliżam się do tej cholernej belwederskiej. Tam chyba przyjdzie śmierć. W Łazienkach jak sportowy samochód mija ledwo toczącą się furmankę z sianem wyprzedza mnie Radek (biegliśmy razem 10 w listopadzie i na Zimowym Maratonie Bieszczadzkim), chłopak debiutuje w połówce, a leci jakby miał przy butach skrzydełka Hermesa. Rzucam mu – Leć chłopie masz swój dzień!. A sam powoli zbliżam się do ostatniego punktu żywieniowego.

 

Przerwa – Belwederska – Zgon

Przed punktem, nonszalancko się zatrzymuje, to jest 19 kilometr, a ja staję wyjmuję żel, otwieram wciągam, biorę kubek popijam. To głupota, wiem, ale tak chcę i koniec! Dostaje strzała w łopatkę, oblewam się wodą. Wiem że pora ruszyć.

 

Znów biegnę i już widzę, jest przede mną. Górka niby nic, a boli jak sto diabłów, każde oderwanie nogi od podłoża to męką, nogi ważą pierdyliard kilogramów. Pieprzę idę. Nie, nie idę, bo widzę kibicujących pĄpkinsów (Ewa i Paweł), ale chcę trochę oszukać mijam ich truchcikiem, a za jakieś pięćdziesiąt metrów przejdę sobie do marszu. Taaak idę, jak cudownie. I nagle słyszę: Biegnij KUUURWWWA, chociaż truchtaj, przyszedłeś tu spacerować? Aha zastawili na mnie pułapkę – Bela i Ola rozpoznali pĄpkinsową koszulkę i mnie, a Bela postanowił tymi okrzykami mnie zmotywować. I….

 

…Koniec

Od momentu mijania Beli nie pamiętam już praktycznie, nic. Podbieg się po chwili skończył i została ostatnia prosta do mety. Z daleka widać bramę mety, pamiętam tylko, że za nic się nie chciała zbliżyć, biegłem i biegłem i nic. Wiem, że to dziwne, ale ocknąłem się dopiero jakieś 100 metrów przed metą. Zawody kończę z czasem 1:35:39 na 1511 miejscu w kat. open do zakładanego czasu zabrakło 43 sekundy. W wyścigu z Pawłem udało się wygrać, bardzo żałuję, że był to korespondencyjny pojedynek.

 

Zwycięstwo czy klęska?

Analizując wielokrotnie ten cały bieg mam problem, czy uważać go za swoją przegraną, czy może za zwycięstwo. Można założyć, że taktycznie to była klęska. Faktem jest, że o wyniku zadecydowało pierwsze 5 kilometrów, podbiegnięte ewidentnie za szybko. Szkoda, ale wciąż się uczę i więcej nie popełnię takiego błędu (mam nadzieję). Zwyciężyłem w Wyścigu z Pawłem, zrobiłem życiówkę poprawiając czas o 8 minut i to jest sukces. Odczuwam satysfakcję, ale wiem, że stać mnie na więcej.

 

Afterek 😉

Nie pytajcie mnie o co chodzi

Nie pytajcie mnie o co chodzi

To co działo się po biegu, przeszło już do historii. Obok mety na Placu Trzech Krzyży mieszka Joey (Marcin), po wbiegnięciu ostatnich pĄpkinsów na metę udaliśmy się tam aby świętować swoje większe lub mniejsze sukcesy, a że jeden obraz jest wart 1000 słów popatrzcie – tak balują tylko RURZOWI 😉 Podczas afterka umówiłem się na rewanż z Pawłem podczas Chudego Wawrzyńca, zapowiada się długi wyścig. Ja tymczasem szykuję się na Rzym.

 

Na trasie rywale, po biegu kumple - fot. Rob

Na trasie rywale, po biegu kumple – fot. Rob