W pogoni za ulgą – X Bieg Kazików

Ni pies ni wydra

Są takie biegi, do których podchodzę jak pies do jeża. Bo po co, na co i dlaczego? Pasują mi jak kwiatek do kożucha. Podobnie było z X Biegiem Kazików. Wróciłem do domu z delegacji, NKE przy laptopie stwierdza: Zapisałam Cię na bieg. Przyznam szczerze zamurowało mnie. Nie żebym nie wiedział  o biegu organizowanym w moim nowym mieście zamieszkania.  Ale po co? Za tydzień Zimowy Ultramaraton Karkonoski, a tu dyszka. Pasowałoby pobiec mocniej. Ale z czego? Treningi szybkościowe robię od trzech tygodni. I do szybkości przelotowych z początku ubiegłego roku to mi bardzo daleko. Po głowie błądzi jeszcze wspomnienie ostatniej 10 w ramach sztafety maratońskiej i ómieranie od 3 kilometra. No ale skoro słowo się rzekło to kobyłka u płota, biegnę. Po pierwsze żeby poczuć znów to łaskotanie w brzuchu tuż przed startem, po drugie żeby wreszcie rozpocząć sezon biegowy, po trzecie żeby spełnić założenia na ten sezon, że biegi 5 i 10 km będą sprawdzianami i wyznacznikami formy.

Bieg Kazików (szczerze mówiąc nie szukałem dlaczego tak się nazywa, może mnie ktoś oświeci) to impreza, która w środowisku biegowym Radomia chyba ma status kultowej. Po raz pierwszy usłyszałem o niej siedząc u kadrowej w mojej byłej już pracy. Założenie jest proste, nie zarżnąć się, ale z drugiej strony bieganie dziesięciu kilometrów na zawodach bliżej 50 minut to dla mnie niespecjalny powód do dumy. Pomiędzy 40 a 50 jest 45 i ten wynik będzie celem. Jak to stwierdził kiedyś Krasus od 45 minut/10 km zaczyna się fajne bieganie, zatem niech będzie fajnie. Co więcej rozszerzam plany – pierwsza pętla w tempie 4:40, a druga 4:20, taki test charakteru.

 

Hunowie biegają

Pierwsi na starcie staną jednak Hunowie. Biegi dla dzieciaków to dla mnie ciekawe doświadczenie. Można poobserwować, jak zachowują się rodzice. Niestety z wielu wychodzi zwykła i okropna cebula. Chłopaki startują w najmłodszej grupie przedszkolaków widać więc przekrój wiekowy od lat trzech do siedmiu. Tylko co robią rodzice z tymi najstarszymi? Rozumiem z trzy, czterolatkiem, ale z koniem który ma lat sześć? Hmmm. I stoją w tłumie dzieciaków, najlepiej w pierwszej linii, tak żeby zablokować wszystkich innych i zdziwieni, że przed nich próbuje się wepchnąć dziecko. Ustawiamy się z Jerzym nieco z tyłu, to ma być dla niego zabawa. Ryśka kieruję żeby ustawił się jak najbliżej startu i życzę powodzenia. Przepychanki trwają, wreszcie zniesmaczony sytuacją stwierdzam głośno, że nie jest to wyścig o złote gacie. Kilku rodziców piorunuje mnie wzrokiem. Masakra trwa nadal, teraz wolontariusze muszą usunąć z alejki parkowej wszystkich rodziców, dziadków i gapiów, którzy nie rozumieją, że to nie jest ani slalom, ani bieg z przeszkodami, to nie jest też Tour de France. Mam tu zastrzeżenia do organizatorów. Przecież można było odgrodzić ten kawałek alejki. Szczególnie, że to także ostatnia prosta do mety biegu głównego.

Radość w stanie czystym fot. NKE

Nie będę się dużo rozpisywał, po starcie okazało się, że po trzech metrach leżał już mały chłopczyk, którego ktoś przewrócił na ziemię. Cholera, patrzę gdzie Rysiek, ale zdaję sobie sprawę, że opiekuję się Jurkiem, a ten jak to na niego przystało mocnym krokiem z uśmiechem na ustach biegnie do mety. Bo o to w tym chodzi, o radość z udziału w zawodach. Na laury być może kiedyś przyjdzie czas. Bezpiecznie docieramy do mety, Rysiek już na nas czeka, zadowolony, bo dał z siebie wszystko. Idziemy odebrać soczki dla chłopaków. Medali nie ma, za to na pamiątkę zostały im numery startowe i koszulki z logo “Lekkoatletyka dla każdego”.

mistrzowie fot. NKE

Sezon 2017 uważam za otwarty

Gdy staję na starcie, niemal czuję wyrzut adrenaliny do organizmu. OoOO rany jak ja za tym tęskniłem. Teraz tylko nie dać się ponieść emocjom, zwłaszcza, że pierwsza część trasy wiedzie lekko w dół. Wśród tłumu spotykam jeszcze najsłynniejszego z leśników Pawła zwanego Janushem. Umawiamy się na wspólny bieg. A potem już niezmienne 3…2…1…. poszli.

kibicing by Jerzy fot. NKE

Startuje ponad 1000 osób, więc jak to bywa, na starcie tłoczno. Trzeba uważać, trzeba wyprzedzać, tyle że każdy chce wyprzedzać każdego. Ludzie kotłują się sobie pod nogami, kurczak – trzeba uważać. Próbuję trzymać się pleców Pawła, ale w tym tłumie niespecjalnie mi to wychodzi, ale widzę go jest jakieś 15 – 20 metrów przede mną.

relaksing fot. NKE

 

Pit stop

Po przebiegniętych 300 metrach muszę się zatrzymać, bo rozwiązała się sznurówka w lewym bucie. Szybkie wiązanie i jestem znów w biegu. Staram się nie szaleć. Raz tylko rzucam okiem na zegarek: 4:15, trochę za szybko, ale jest z górki, jak nogi niosą to trzeba korzystać, potem się zwolni. Ale jakoś nie chce się zwolnić, nóżki podają, gonię Pawła i ciągle wyprzedzam. Lenny Kravitz śpiewa Fly avay, jest fajnie. Pogoda dobra, pierwszy raz od dawna całkowicie na krótko.

 

Nitro

Skąd ta moc? Kolejne kilometry uciekają w zastraszającym tempie, dużo szybciej niż zakładałem, ale czuję się dobrze. Czyżby moc z buraka? Całkiem możliwe. W ramach przygotowań do ZUKa otrzymałem shoty ze skoncentrowanego soku z buraków Beetit Sport. Ich rola jest taka sama jak soku z buraka, ale po pierwsze są to buraki ze specjalnej hodowli, dwa – nie muszę wypijać całej szklanki, trzy – shota mogę zmieścić wszędzie. Sok z buraka to naturalne nitro dla naszego organizmu. Nie trzeba się brudzić, przy wyciskaniu. Z zalet płynących z Beetit’a korzysta wielu zawodowych sportowców.  

Tymczasem kończę pierwszą pętle biegu, w parku na placu zabaw, Hunowie pod czujnym okiem NKE relaksują się po swoim starcie. W połowie dystansu melduję się z czasem 21:36, mocno, jest zapas, można zwolnić. Tylko po co – nie czuję zmęczenia, pogoda dopisuje nie jest gorąco, trzeba lecieć.

 

Pit stop nr 2

Nosz ku&*!!!a! Robi się wkurzająco – drugi raz w tym samym niemal miejscu, tym razem w drugim bucie, rozwiązuje się sznurówka. Opieram godnie prawą nogę o kosz na śmieci i klnąc na czym świat stoi wiążę buta. Kibice zgromadzeni w pobliżu, mają nielichy ubaw. Chwilę później już znów pędzę. Nie muszę przyśpieszać, mam zapas. Staram się pilnować tempa. I lecę dalej. Kurcze już nie pamiętam kiedy tak lekko biegło mi się w zawodach. Podczas sztafety maratońskiej charczałem, jęczałem i plułem. Tutaj spokojny oddech. Chłodna głowa, podpowiada zwolnij. I zwalniam 8 i 9 kilometr w tempie około 4’26. Zbieram siły na finisz. Fajnie, gdy udaje się realizować, założenia tak na spokojnie, bez nerwów. Gdy mijam 9 kilometr przyśpieszam. To tylko 1000 metrów i jednocześnie w głowie zaczyna się nerwówka, bo widziałem co pokazał stoper. Jestem w zasięgu życiówki, trzeba biec, a może nie? Jednak ambicja nie pozwala odpuścić, naciskam i próbuję sobie przypomnieć ile to ja mam nabiegane na 10 km. 43:20? Coś koło tego, no to ciśniemy, gdy zbliżam się do finiszu tak jakieś 150 metrów przed metą, puszczam nogi i mijam dwóch zawodników. Na mecie ręce wysoko, radość rozsadza serce, udało się, po chwili oficjalny wynik smsem, potwierdza uzasadnioną radość 43:00, jest życiówka, ale nie będę jej uznawał. Trasa nie atestowana, dużo w dół. Poczekamy na sprawdzian na trasie atestowanej.

finisz fot. A. Krzemińska

Na mecie spotykam Pawła, który zameldował się na mecie kilkanaście sekund wcześniej. Robimy sobie wspólne foto, a ja z Hunami usiłuję zrobić pĄpki, ale jakoś nam nie idzie.

pĄpki fot. NKE

Ulga

Po zakończeniu sezonu biegowego 2016, nie miałem zbyt wiele powodów do radości. Zakończenie było z tych smutnych, ale trzeba się było pozbierać. Udało się zrealizować założenia, przedstartowe z nawiązką. Dzięki temu mogę podejść z chłodną głową do startu w ZUKu imprezy, o której myślałem od momentu zakończenia poprzedniej edycji.

Więc może ta 10 była mi jednak potrzebna? Chyba tak. Głowa spokojna forma wydaje się niezła. Dziwne ale czułem podczas biegu, że jest jeszcze sporo zapasu. Teraz przede mną dużo trudniejsze wyzwanie, ale znów wierzę w moją głowę.