VIII Półmaraton Rzeszowski pod znakiem zająca

Czy można przebiec półmaraton, bez napinania się na wynik, bez napierania i z przyjemnością płynącą tylko z czystej radości biegania? Jeszcze do niedzieli wydawało mi się, że nie. A jednak VIII Półmaraton Rzeszowski pokazał mi, że może być inaczej.

Ale jak to? Przecież to ten trud – brak oddechu w piersi na finiszu, gdy płuca palą żywym ogniem, gdy mięśnie nóg krzyczą – RATUNKU MORDUJĄ!!! – a każda z nich waży nie mniej niż tonę sprawia tę masochistyczną satysfakcję na mecie: A jednak wygrałem ze sobą, urwałem kolejne kilka sekund z życiówki, pokazałem sobie, że słabość tkwi tylko w głowie, że wola ma znaczenie równie wielkie jak trening. Tym razem miało być inaczej, po PMW (kto nie czytał ten klika i czyta) i kapitalnej poprawie życiówki, miałem stać się odpowiedzialnym za życiówki innych – zgłosiłem się jako zając do prowadzenia grupy na 2h w rzeszowskiej połówce. Niby nic, ale po głębszym zastanowieniu będę odpowiedzialny już nie tylko za siebie i jak dam dupy, to w zasadzie nic się nie stanie poza moralniakiem, tylko za grupę biegnących, często debiutantów, dla których ukończenie półmaratonu i złamanie bariery dwóch godzin jest wysiłkiem i wyzwaniem równie magicznym i ogromnym jak dla mnie, gdy debiutowałem w tej imprezie jeszcze rok temu. Tu nie ma miejsca na pomyłkę, tu muszę dopasować taktykę nie do swoich możliwości, ale do grupy nieznanych mi ludzi, o których sposobie trenowania nie mam zielonego pojęcia, nie wiem nawet czy po prostu nie zapisali się na zawody pod wpływem głupiego zakładu, albo po tygodniu treningów, bo przecież to półmaraton więc nic takiego. To miał być dodatkowy test mojej biegowej odpowiedzialności, przed Rzeźniekiem.

Po pierwsze – Ja muszę sobie przypomnieć jak biegać tempem 5:40, bo takie tempo daję wynik około 2 godzin na dystansie 21 km. I tu pojawia się problem – po warszawskiej połówce wszystkie komórki mojego ciała nastawiają się na ściganie, więc na treningach ciągle powtarzam sobie wolniej, wolniej. Zaczynam się dostosowywać do zakładanego tempa, ale w sercu i w duszy wszystko mi mówi – A nie chciałbyś się Filipidesie pościgać??? No ba! Jak nie, jak tak, ale powtarzam sobie, że tydzień później będę się ścigał na Krakowskim Maratonie i tam pokażę na co mnie stać, że tam gdzieś stoi kiosk, z napisem 3:45:00 i może warto byłoby go ROZPIEPRZYĆ!!!

Przed startem w biurze zawodów dostaję piękną oczojebną koszulkę “Biegnę na 2:00” i z żalem zakładam ją na moją ukochaną pĄpkinsową koszulkę, ale szyku dodaje mi moja różowa kompresja i pĄoksy. Start zaplanowano na godzinę 12:00 jest jeszcze kilka minut spotykam, całą masę znajomych, a oczojebna koszulka ma dziwną moc ściągania do mnie ludzi, którzy pytają o tempo w jakim będę biegł. Moja taktyka jest prosta i zakłada równy bieg przez całość dystansu. Jak dla mnie organizatorzy powinni zastanowić się na przyszłość nad godziną startu, południe to nie jest według mnie najlepszą porą do rozpoczynania biegów długich, zwłaszcza, że lampa szykuje się niezła.

11156159_371642816365658_7495315352000068366_n

Tuż po starcie, tłok jak wszędzie



Zbliża się godzina 12, a ja na dziedzińcu galerii handlowej gdzie zorganizowano start zaczynam się zastanawiać dlaczego nikogo tu już nie ma, a przecież w ubiegłym roku to tu był umiejscowiony start. Chwilę później w moją głowę wdziera się myśl, że na tym dziedzińcu jest już po prostu za ciasno żeby wypuścić stąd 1300 biegaczy – O ŻESZ KU… dałem dupy. Na szczęście nie jest za późno i szybko znajduję się na starcie, spotykając po drodze BO, której życzę powodzenia. BO jak ją znam to się będzie chciała ścigać. Tu moja kolejna uwaga do orgów (OGRÓW?!) imprezy, może warto rozpatrzyć od przyszłego roku stworzenie stref czasowych dla biegaczy – będzie łatwiej się połapać kto gdzie powinien stanąć. Już po chwili otacza mnie grupa ludzi, którzy położyli wiarę w moje nogi i chcą ze mną biec, jest kilkoro znajomych – znaczy jest dobrze. Start i ruszamy, na mojej prawej ręce opaska z rozpiską, która ma mi pomóc trzymać się planu.

No i sobie biegniemy, muszę powiedzieć, że dawno nie czułem takiego luzu kilometry uciekają jeden za drugim, rozmawiam z członkami mojej grupy, ale staram się nie narzucać się moją obecnością. Ja sam nie biegam z pacemakerami, jakoś wolę sam rozgrywać biegi, ale rozumiem, że niektórzy lubią biegać w stadzie. Mijamy kolejne ulice, a ja tak trochę myślami uciekam do ubiegłego roku, dokładnie rok i tydzień minął od dnia, gdy na tej samej trasie debiutowałem, próbując jak moi podopieczni złamać barierę 2h, wtedy był to dla mnie wyczyn, a ja czułem się jak mistrz świata. Dobiegamy do centrum, tam mogę się spodziewać pierwszego punktu kibicowania. Jak się okazuje bardzo niewielu ludzi wie jak kibicować biegaczom – trzeba robić hałas, klaskać, walić łyżką w garnek, w patelnie lub w co popadnie, pokrzykiwać, ogólnie okazywać biegaczom wsparcie, bo to im naprawdę pomaga. Mój punkt kibicowania rozciągnięty jest na sporej odległości jest moja Mama, Brat, któremu gul się huśta, bo ma ochotę pobiegać, a kontuzja nie odpuszcza. Tymczasem drze japę w koszulce Smashing Pąpkins, na samym końcu mój Teść, pełniący rolę mojego nieoficjalnego supportu, podaje mi buteleczkę z wodą i… Rozciąga transparent z napisem – BARTEK POWOLI. Woow! Mam swój własny transparent, ale czad, co nie??? Co jakiś czas (tak naprawdę co kilometr) sprawdzam na rozpisce jak stoimy z czasem i utwierdzam się w przekonaniu, że jest dobrze. Czasem biegniemy nieco szybciej, czasem nieco wolniej, ale bilans wychodzi na zero.

10952467_956810721018090_773096054940795474_n

Słynny transparent. fot. A. Mec

 

Jesteśmy już na pierwszym wodopoju, tam musimy nieco zwolnić, ja pić nie muszę, bo wciąż mam buteleczkę z wodą w dłoni, przy tym tempie wcale mi nie przeszkadza. Po chwili jesteśmy na bulwarach i tam czeka na mnie drugi punkt kibicowania jest NKE i Hunowie, którzy w nosie mają biegnącego ojca i w najlepsze gonią za piłką w starej niecce fontanny. Dostaję kolejną buteleczkę wody, którą po wypiciu łyka, 200 metrów dalej oddaje… Teściowi, który przeniósł punkt kibicowania i w większym gronie razem ze swoimi znajomymi dopinguje biegaczy. W zasadzie jest luz, mijamy zawody wędkarskie, nie rozkminiam o co kaman z moczeniem kija, ale mój szwagier zapalony wędkarz nie czai o co kaman z bieganiem. Przekraczamy Wisłok, jest nieco wiatru w twarz, ale wciąż mieścimy się w planie. Czuję przez skórę, że gdzieś tam czeka niespodzianka – ale miła, czy niemiła?

11134038_371656753030931_386838633656652371_o

Już z dzieckiem niespodzianką, Matką niespodzianką tfu z Matką BO.

 

Niespodzianka objawia się między 9 a 10 kilometrem, a na imię jej BO! Przecieram oczy ze zdumienia, ale ONA tam naprawdę stoi i czeka na nas! Pytam się  – Co się stało? Okazało się, że Matka BO, walczak nad walczakami, poległa w starciu z wiatrem i tempem, które sobie narzuciła, ale postanowiła pomóc mi w zającowaniu, bo ja biedny Miś mogę czuć się zagubiony. Ale tak naprawdę stanowiła wartość dodaną temu mojemu zającowaniu. No i tak naprawdę od tego czasu zaczyna się zabawa. Przed samym półmetkiem zwalniamy, bo wodopój, ale potem niesieni dopingiem na zawrotce, pod galerią handlową przyśpieszamy. BO show trwa w najlepsze, dziewczyna chwyta 5 litrową bańkę z wodą i obdziela sowicie naszą grupę. Biegnie mi się fantastycznie, ale chciałoby się opuścić strefę komfortu i dać ponieść się nieco szaleństwu, jednak powtarzam sobie w duchu – Dasz popis za tydzień. Na bulwarach znów dostaję butelkę od Teścia, łykam i puszczam w obieg wśród mojej grupy. Dziwnie dobrze się czuję, choć słyszę za uchem czyjś chrapliwy oddech. Nie dziwię się – rok temu na tym odcinku zrobiło mi się ciemno przed oczami. Na 19 kilometrze od grupy odrywa się kilka osób, które mają jeszcze zapas sił na dłuższy finisz. Przekraczamy Wisłok i wołam do grupy, że został nam ostatni wysiłek i już jesteśmy prawie na mecie. Dogoniliśmy też drugiego pacemakera na 2h, moja strategia się sprawdza. Ostatnie metry to taki w sumie triumfalny marsz, jakieś 150 metrów do mety wolontariusze stoją z wodą, część grupy daje się zmącić i sięga po kubeczki, ale do biegu podrywa ich BO – Nie pić wody! Ostatnie metry, na mecie się napijecie! OGIEŃ Z DUPY, ZAPIERDALAĆ! Biegnę do mety na dużym spokoju, wykonałem dobrą robotę, jestem z siebie dumny, pod galerią Mama z Łukaszem, NKE z Hunami (nieco zmęczonymi), Teść z Ewą i Andrzejem. Biegnę namawiając tłum do mocniejszego dopingu, tym finiszującym teraz to bardzo potrzebne, został im ostatni wysiłek. Wpadam na metę z wysoko uniesionymi rękoma, odbieram gratulację od najbliższych, moje Suunto pokazuje, że 21,097 km przebiegłem w 1:59:39, czyli jest sukces.

DSC_0924

Niby pacemaker a w sercu Smashing Pąpkins!!! fot. NKE

DSC_0921

Wciągam do pĄpowania następne pokolenie!!! fot. NKE

 

 

Słowem podsumowania: ten bieg, przebiegnięty bez większego wysiłku, dał mi olbrzymią satysfakcję, z racji wykonania założonego planu, ale przede wszystkim z powodu tych wszystkich ludzi, którym udało się pomóc w osiągnięciu wyniku. Czułem się bardzo dumny, gdy po biegu podeszło do mnie kilka osób z podziękowaniem za fajny bieg, dziękował nawet chłopak, któremu się nie udało. Wydaje mi się, że test na odpowiedzialność zdałem. Ale już wkrótce kolejny test 14. Cracovia Maraton.