Ultra heroina

Z pewną dozą niepokoju.

Decyzja o starcie w Ultramaratonie Podkarpackim, zapadła tuż po przekroczeniu mety ubiegłorocznej edycji. Jak zwykle pojawił się kolejny “niedokończony” biznes (kto nie wie o co chodzi KLIK).  W skrócie: po pierwsze należy poprawić czas z ubiegłego roku i złamać 6 godzin, po drugie nie zarżnąć się, bo za pasem, albo jak kto woli za rogiem, czai się nomen omen Rzeźnik. Tym samym tworzy się pytanie: jak biec? Dorzućmy do tego zmianę pracy, na taką w której sen schodzi trochę na drugi plan, a na sam tydzień przed startem pojawia się jakaś zaraza i na dokładkę ból w odcinku lędźwiowym kręgosłupa i to taki, że chce się chodzić na czworaka. No jeszcze raz pytam: jak biec? Ano jakoś trzeba, najlepiej z rozsądkiem, z którym mi jakoś nigdy nie po drodze.

Szybkie leczenie gardła, zmniejszenie ilości treningów, modły żeby katar odpuścił i wizyta u fizjo sprawia, że po pakiet startowy zgłaszam się w stanie ogólnym niezłym. Poklejony, ale sprawny.

Ultramaraton Podkarpacki to młody bieg – dopiero trzecia edycja, ale organizowany z wielkim zaangażowaniem i profesjonalizmem – dla biegaczy przez biegaczy. 4 trasy do wyboru, każda malownicza, urozmaicona, dopieszczona i perfekcyjnie oznaczona. Polecam na debiut, sam rok temu stawiałem tu pierwsze kroki na ścieżce ultrasa.

 

Poranek

Wstaje nowy dzień, zapowiada się pięknie. Jestem na nogach od 4. Wszystko miałem przygotowane, owsianka tylko do zalania, kawa w ekspresie, banan na stole, ciuchy czekają. O 4:30 wychodzę z domu najedzony i gotowy na kolejną ultra przygodę. Na start na rzeszowskim rynku przywozi mnie niezawodny teść. Tutaj spotykam znajomych, z którymi niejeden kilometr się przebiegło i pewnie niejeden przebiegnie. Po chwili jednak zakładam słuchawki na uszy, żeby jeszcze na moment uciec w świat muzyki, która ma mnie zmotywować i dodać powera. Przyklękam na moment kładę czoło na bruku zamykam oczy – tak jestem gotów, to jest ten czas. Na pięć minut przed startem zjawia się Młody, który dziś ma zostać ultrasem.

Powitania - fot. Ryszard Rut

Powitania – fot. Ryszard Rut

Plan

Jest a jakże, chcę poprawić ubiegłoroczny wynik tak żeby zamiast 6 z przodu pojawiła się 5. Wiem że będzie trudno, wiem że organizm jest osłabiony infekcją, ale wiem też dlaczego to robię, a robię to, bo to kocham. Wiem że ta miłość jest kapryśna i czasem bardzo boli, ale jest moja. I niewiele uczuć, może się równać z tym co spotyka mnie na mecie. Do mety jest dziś 52 kilometry i żeby nie wpaść w pułapkę, że to tak daleko ustalam cele na poziomie kolejnych punktów odżywczych na 23 i 35 kilometrze. Potem już tylko długa droga w dół, ale o tym za chwilę.

Start

Na starcie już komplet zawodników, zagrało Iron Maiden, 3… 2…1… i poszli. W tym roku, mając na uwadze odczucia na kilku zbiegach w ubiegłym roku, biegnę w moich Inov-8. Mają zapewnić mi stabilność na zbiegach. Trochę się martwię faktem, że sporo będą musiały przebiec po asfalcie, ale pocieszam się, że w razie czego pobiegnę po trawie.

Początek po asfalcie - fot. Janusz Jędrzejczyk

Początek po asfalcie – fot. Janusz Jędrzejczyk

Wybiegamy z Rzeszowa, pierwsze  kilometry to główna droga. Zakładałem, że pobiegnę tu około 5:40, ale noga jakoś tak podaje, że żal nieskorzystać. Głowa spokojna – to będzie piękny dzień – to już jest piękny dzień.

Wreszcie koniec asfaltu można pohasać. Do góry, w dół – jak ja to lubię. Wiecie co? Jeszcze nie było takiego biegu, w którym pierwsza część dystansu tak szybko mi mijała. W pewnym momencie dopada do mnie Jacek jeden z czterech startujących dziś pĄpkinsów, ciśnie 70, ale jak ciśnie! Gadka szmatka, a tu 5:00 – Pasela!!!! – drze się wniebogłosy moja dusza – Kretynie zwolnij bo ómrzesz na połowie dystansu!!!

 

Chwile grozy

Zwalniam, ale chyba ciut za późno. Organizm chyba nie jest w optymalnej formie, w pewnym momencie w lesie na podejściu robi mi się ciemno przed oczami. O KURWA – myślę sobie – tego jeszcze nie grali. Zwalniam jeszcze bardziej, wyciągam żel. Mija mnie Radziu, jak ekspres furmankę. Znowu. Kilka głębszych oddechów.

 

Powrót

Ta chwila odpoczynku wystarczyła, żebym znów zaczął normalnie funkcjonować. Nie wiem co to miało oznaczać? Jestem już na 19 kilometrze, zbliżam się do Tyczyna, widoki takie, że dech zapiera. Panorama Rzeszowa jak na dłoni. Czy wspominałem że jest pięknie?

Trochę po lesie fot. Janusz Jędrzejczyk

Trochę po lesie fot. Janusz Jędrzejczyk

Tyczyn

Na pierwszy punkt, wpadam około 10 minut wcześniej niż rok temu. Nie spędzam tam też za dużo czasu, ot napełniam jedynie bidon. Odpocznę na mecie. Jest też Radziu i Jacek, wyruszamy na trasę we trzech. Spokojnie tylko spokojnie, robię swoje, to tylko długie wybieganie. Chłopaki biegną do przodu, ja spokojnie po swoje. 

 

Na trasie

Ten odcinek biegu znam najlepiej, jednak pamiętając ekscesy z ubiegłego roku, gdzie pomimo rewelacyjnie oznaczonej trasy poszliśmy z Robertem jak szkapy dorożkarskie w nie ten skręt, pilnuje się. Wszak nie ma ze mną Roberta, samemu będzie ciężko. Na tym etapie cieszę się biegiem, tak po prostu. Wiem że niektórzy nie są w stanie mnie zrozumieć, jak może cieszyć coś co powoli zaczyna boleć, a niestety zaczyna. Jednak ten wysiłek i wszystkie myśli nagromadzone w mojej głowie ustępują radości z pokonywanego dystansu, przezwyciężenia własnego bólu, który gdzieś tam od czasu do czasu szarpnie lekko przy oklejonych plecach, jednak nie ma tragedii. Trochę bardziej martwi ból palców u stóp, dwa palce w prawej i jeden w lewej odzywają się bólem. Ale cóż to? Słychać bębny, to znak, że punkt na 35 kilometrze już tuż, tuż.

Ultramiłość - fot. Janusz Jędrzejczyk

Ultramiłość – fot. Janusz Jędrzejczyk

Razem

Na punkcie zwanym Grzybkiem doganiam Jacka, który teraz będzie już śmigał sam, tutaj bowiem rozdzielają się trasy 50 i 70 km. Tuż za mną wpada Radziu, którego wyprzedziłem w międzyczasie. Rzut oka na zegarek mówi mi, że zakładany plan powinien się udać. Mógłbym teraz przycisnąć zostało mi 17 kilometrów, po znanym terenie. Jednak nie chcę, w głowie mam że za niespełna trzy tygodnie wezmę udział w Rzeźniku i nie powinienem teraz dawać z siebie wszystkiego. Spoglądam na Radka i pytam jak mu się biegnie w odpowiedzi słyszę, że już kiepsko. A w mojej głowie pojawia się plan żeby pobiec razem. No i biegniemy.

 

Długa droga w dół

Kolejne kilometry uciekają. Zbliżamy się do Budziwoja, droga w dół, napieramy. Kilka odcinków pokonujemy marszem. Mijają nas ludzie i zachęcają do większego wysiłku, a ja ze stoickim spokojem odpowiadam, że mam już swoje. Choć w głębi duszy pojawia się żal i chęć, a może jednak się pościgać, nacisnąć, została już jakaś 10. Oto jest most wiszący, odtąd znam na pamięć, każdy krok – to już naprawdę kilka kroków. Na wysokości oczyszczalni ścieków stoją kibice Radka, zamawiamy zimne piwo na mecie i ciśniemy. Zbliżamy się do trzeciego punktu żywieniowego, to już moje stałe ścieżki biegowe, prawie jak w domu. Wolontariusze na punkcie pytają czy chcemy izo czy wodę, a my że nic, że wodę mamy lecimy do mety. Już blisko, coraz bliżej, znów to zrobiłem, już wiem, że 6 godzin pęknie, czuje rozsadzającą mnie radość. Wiem co mnie czeka na mecie. To są te chwile dla których warto żyć, dla których warto cierpieć, bo co z tego, że bolą mnie plecy, chyba stracę dwa, albo trzy paznokcie u stóp, a mięsień dwugłowy w prawym udzie jest jakiś taki dziwnie luźny. Przecież znów zrobiłem coś co uwielbiam robić, coś co kocham, ból przemija, chwała jest wieczna. Mijamy zaporę stąd to już naprawdę blisko.

 

Meta

Gdy wpadamy na ulicę 3-go maja umawiamy się na pĄpki przed linią mety, drużyna zoobowiązuje. Już zaraz, za moment, skręcamy w prawo widać, słychać. Jakieś 20 metrów przed metą padamy na ziemię i prezentujemy idealne ugięcia ramion w podporze przodem. Przekraczam metę, a tam tak jak rok temu NKE wita mnie z Jerzym, w chwilę później pojawia się Rysiek. Gratulacje, medal. Dziękujemy sobie z Radziem za wspólny bieg, otwieramy piwo, teraz pozostaje czekać na Młodego. Powinien być niedługo.

Tak się robi pĄpki - fot. Ryszard Rut

Tak się robi pĄpki – fot. Ryszard Rut

Niepokój

Nie ma go i nie ma. Mama, która też jest na mecie, wyraźnie się niepokoi. Spokojnie, tylko spokojnie to debiut, Młody jest uparty da radę. Wychodzę po niego kawałek, nadal go nie ma. Cholera co jest? Mija mnie jedna z zawodniczek, która spoglądając na koszulkę Smashingów mówi, że jeden z naszych ma problemy ze skurczami. Wiem że to Łukasz. Cholera!!! Wracam na metę, żeby powiedzieć co jest grane. W chwilę później pojawia się Łukasz. Wrzeszczę ja, krzyczy nasza Mama, NKE, mój teść dodajemy mu sił na tych ostatnich metrach. Właśnie spełnia się jego marzenie. Przed metą pĄpki, mimo zmęczenia, mimo potwornego bólu. Pytam wolontariuszkę, czy mogę ją wyręczyć w dekoracji medalem i już zawieszam Łukaszowi na szyi jego nagrodę. Młody pochyla głowę, słyszę łkanie. Zrobił to, został ultrasem, niech se popłacze. Jeszcze raz Ci gratuluję przeszedłeś bardzo długą drogę i zrealizowałeś marzenie, czas na kolejne.

Tak wygląda debiutant :P fot. Ryszard Rut

Tak wygląda debiutant 😛 fot. Ryszard Rut

Podsumowanie.

Bieg zakończyłem z czasem 5:53:32 na 61 miejscu open. Rok temu było niecałe 40 minut gorzej i 30 miejsc niżej w klasyfikacji. Tak można było pobiec szybciej, myślę, że nawet jakieś 20 minut, jednak jestem pewien, że strategia odpuszczenia końcówki w kontekście zbliżającego się Rzeźnika była słuszna i opłaci się 27 maja kiedy o 3 w nocy stanę z Robertem na starcie w Komańczy.

Jak zwykle na sam koniec podziękuję wszystkim, którzy kibicowali mi tego dnia. Jest to dla mnie ogromnie ważne, że stoicie na mecie, odwozicie mnie na start bladym świtem, wpatrujecie się w tabelki z wynikami. To sprawia ogromną frajdę i daje mi dodatkową satysfakcję. Kochani dziękuję.