Trzeba było zbierać znaczki – Chudy Wawrzyniec 2016

Geneza

Budzi mnie deszcz, rytmicznie uderzający o dach, coraz mocniej i mocniej.  Słyszę szumiącą w rynnach wodę i już wiem, że błoto będzie i to takie nie byle jakie. A jeszcze kilka godzin wcześniej na odprawie Krzysiek Dołęgowski et consortes zapewniał, że błota nie ma dużo. Dzień przed zawodami temperatura oscylowała w okolicach 30 stopni Celsjusza, ciekawe jak będzie na biegu? Rozmyślam wsłuchując się w rytmiczne stacatto deszczu. Powinienem spać,  szczególnie, że za dwie godziny o 2 (w nocy) pobudka. Dwa łóżka obok snem sprawiedliwego śpi Tomek – ten to ma nerwy – myślę sobie. Jednak nie, Tumek zrywa się nagle, rusza do otwartego okna dachowego i je przymyka. Każdy z nas chyba na swój sposób przeżywa ten start, on chce oczyścić umysł po nieudanym starcie, ja chcę walczyć z czasem. Jestem jednak cicho, milczenie jest złotem – po chwili odpływam w sen.  

Budzę się jak zwykle przed budzikiem, pada jakby trochę mniej. I właśnie w tym momencie wpada do głowy myśl – Trzeba było zbierać znaczki. Absurd, tak niedorzeczny,  w kontekście tego co za chwilę będę robił, a mimo to rośnie mi w głowie i pragnie się uwolnić tak bardzo, że palce same wypisują status na fejsie. Kolejna myśl –  dobrze, że jest druga w nocy i nikt tego nie przeczyta – acha – marzenia ściętej głowy.

Wstajemy zaczyna się normalna przedstartowa krzątanina kawa, wafel ryżowy, WC,  owsianka,  banan, WC – tak na wszelki wypadek. W międzyczasie ubieranie. Trzy cienie snują się po kwaterze od czasu do czasu rzucając jakieś głupie słowo, czy zdanie ot tak dla rozluźnienia atmosfery.

Trzej Amigos o świcie fot. Judyta Mazur

Trzej Amigos o świcie fot. Judyta Mazur

Droga z Istebnej do Rajczy, dłuży się niemiłosiernie, mgła otula wszystko wokół, dodatkowo dr Google i jego słynne mapy wyprowadzają mnie po raz pierwszy w życiu na manowce. W momencie gdy nawigacja twierdzi, że jesteśmy w Rajczy, my znajdujemy się tuż przed łąką na wąskiej drodze. A czasu do startu coraz mniej! Po szybkiej korekcie kursu jednak udaje nam się znaleźć właściwe miejsce i parking. I za dziesięć czwarta jesteśmy na starcie, gdzie czeka Krasus (kulawy, ale żwawy), Ala, Zajonc i Bonku. Szybka wspólna fota i już odliczamy 4. 3. 2. 1….

 

Poszły konie po… asfalcie

Start Chudego Wawrzyńca, klasyfikuję bardzo wysoko, absolutne top 3 jeśli chodzi o moją krótką ultra karierę. Nawet pogoda, która nie rozpieszcza (trochę mrzy), nie zakłóca mojej oceny. Czerwone race w strefie startu tworzą fantastyczny spektakl światła i cieni no i jest Krasus naparzający kulą o kulę i drący ryja, jak pirat kibicujący pojedynkowi kamratów w nadmorskiej Tawernie. Jest pięknie. Jeśli jest coś czego bardziej nie lubię od rozbiegówek na asfalcie, to chyba tylko końcówek biegów górskich na asfalcie. Ciągnie się to wszystko i ciągnie, a człowiek niepewny – czeka, jakąż to niespodziankę sprawią mu góry. Tymczasem ramię przy ramieniu jak na nieodległym w czasie Rzeźniku truchtamy z Robertem w drodze, jak nam się wydaje, na długą trasę Chudego. Wyprzedzają nas absolutnie wszyscy, babcie z balkonikami, dziadkowie o laskach, jest pewne, że gdyby obok był Krasus o kulach też by nas wyprzedził. Ale ambitny plan jaki założyłem (poniżej 13 godzin) mówi, że podobnie jak na Rzeźniku, zaczynamy spokojnie, żeby gdzieś około 65 kilometra odpalić rakietę. Robi mi się cieplej więc ssuwam w dół rękawki i już za chwilę, opuszczamy cholerny asfalt i ruszamy na pierwsze podejście.

Jeden z najpiękniejszych startów ever fot. Piotr Dymus

Jeden z najpiękniejszych startów ever fot. Piotr Dymus

Do góry

Wstawał szary poranek, kiedy razem z Robertem, krok za krokiem napieraliśmy do góry. I okazało się, że już zaczynamy wyprzedzać stopniowo, jednego zawodnika, za drugim. Powoli nie napinaliśmy się, wiedzieliśmy, że mamy jeszcze bardzo długą drogę przed nami. Podejście na Rachowiec jest dość długie, ale jakoś nie specjalnie wymagające. Jestem świeży, czuję się dobrze, to może być piękny dzień. Na szczycie jesteśmy zgodnie z planem. Jednak tu zdarza się mi pierwszy wypadek, nadwyrężony zębem czasu pasek od mojego wiernego Suunciaka postanawia zakończyć żywot. Zegarek świadomie zawinięty na nadgarstku buffką, w momencie sprawdzania jak stoję z czasem spada z ręki. Odrywam pasek i jego resztki chowam do kieszeni, natomiast zegarek chowam do plecaka i wtedy nie zauważam, że przez przypadek go zatrzymałem.

 

W dół

Pierwszy zbieg na trasie, o jak fajnie i przyjemnie, pomimo tego że jest mokro i błotniście zbiegam szybko, mijając kolejnych zawodników. Muszę przyznać że dla moich stóp mud clawy są idealne, świetnie trzymają się podłoża, rwą błoto jak prawdziwe pazury, żadnych uślizgów. Jednak dzieje się coś niepokojącego, nie ze mną, z Robertem, który twierdzi, że nawala mu kolano. Mówi mi żebym biegł swoim tempem, bo widzi, że hamuję się na zbiegu. Trochę się waham, ale wiem, że jest to lepsze rozwiązanie ruszam sam do przodu. Znów podejście,  na początku wyciągam żel i napieram – ostro, tak jak lubię. O dziwo nie wyjąłem jeszcze kijów z plecaka, nie czuję takiej potrzeby. Za sobą słyszę głośne spanie to jeden z zawodników postanowił podłączyć się do mojego tempa, ale utrzymał się za mną tylko kilkadziesiąt metrów.  Czuję moc – jak fajnie. Pogoda nie rozpieszcza, ale temperatura sprzyja. Z różnych stron słychać sarkanie na błoto, którego miało nie być – ludzie, serio?

Na pierwszym zbiegu, luzik w ramionkach fot. Fotomaraton

Na pierwszym zbiegu, luzik w ramionkach fot. Fotomaraton

Plan zaczyna się sypać

Kolejny zbieg, rozpoczynam mocno skoro czuje moc, czemu nie? Jednak nie – mój organizm buntuje się. Nie wiem dlaczego. Każdy krok, każde mocniejsze odbicie od podłoża powoduje,  że moje wnętrzności zaciskają się w kamienną kulę, która niczym kula od maszyny do wyburzania rozbija się w moim wnętrzu powodując tępy ból. Pomaga gdy napinam z całej siły mięśnie brzucha, ale jak długo będę w stanie tak biec?

 

Wielka Racza

Kolejne podejście, na którym o dziwo nic mnie nie boli i czuję, że mogę cisnąć dalej. Jednak na wypłaszczeniu ze zgrozą obserwuję, że po płaskim bieganie też sprawia mi ból. Zaczyna do mnie docierać, że szanse na dobry wynik oddalają się bardzo szybko. Podejście pod Wielką Raczę, w sumie na luzie, dlaczego nie mam problemów pod górę? Rwę do góry jak szalony, co chwilę stopując się i tłumacząc sobie w głowie, że zajeżdżając się w ten sposób nic nie nadrobię.

Wreszcie Wielka Racza tu w schronisku można uzupełnić zapasy na własny koszt. Stoję na zewnątrz i czekam na Roberta, liczę że we dwóch uda nam się jeszcze powalczyć. Czekam i czekam, zaczynam marznąć i martwić się o Roberta, wreszcie jest. Niestety Robert mówi, że biegnie krótszą trasę, bo szkoda mu kolana, ja mówię, że sam nie biegnę 80 km i zdradzam co dzieje się z moim brzuchem, a dzieje się coraz gorzej. Teraz gdy stoimy skurcze w okolicach brzucha, są jeszcze gorsze. WTF? Zapada decyzja, że robimy postój wypijemy ciepłą herbatę ogrzejemy się i ruszymy dalej. To właśnie wtedy pożegnaliśmy się z dobrym wynikiem na każdej z tras. Czy był to dobry pomysł z tym wypoczywaniem? Sam nie wiem. Ciepła, słodka herbata podziałała rozluźniającą i moje wnętrzności nieco odpuściły tortury.

Panie i Panowie masakra w stanie czystym fot. Fotomaraton

Panie i Panowie masakra w stanie czystym fot. Fotomaraton

W dół o ja pier#*!!!

Zbieg z Wielkiej Raczy, połowa trasy za mną. Zbieg to jest dużo powiedziane – radośnie pokraczny galopik z hamowaniem co jakiś czas, zaciskaniem z bólu zębów i rzucaniem półgębkiem przekleństw, tylko najwięksi optymiści i laicy nazwaliby zbieganiem. W duchu modlę się o pod górę. Wreszcie jest, podejście pod Jaworzynę, z jednej strony chcę tam być z drugiej, wiem że po szczycie jest zbieg, a ja już nie mogę biec nawet gdy teren się wypłaszcza. Równo nóżka za nóżką tak, ale nie ma równo, są kamienie, jest błoto, nie da się biec równo. No i co biedny misiu – zdziwiony? W górach błoto, kamienie – nie jojcz tylko zapierdalaj!!! Po Jaworzynie zbieg, a potem fragment raz w górę, raz w dół. Jest zimno, mży, szaro i ponuro, a szkoda bo pomimo całej tej brzusznej przygody, dostrzegam jak tu może być pięknie gdy jest pogoda.

 

Czas na jedzenie

Droga do Przełęczy Przegibek, miejsca gdzie na krótkiej trasie jest umiejscowiony jedyny punkt żywieniowy, jest dwukierunkowa, mijamy się z ludźmi, którzy wracają na trasę i zaraz będą zdobywać Wielką Rycerzową. Powiem szczerze, że nie radują mnie te uśmiechnięte gęby, które powtarzają że już blisko, zaraz będzie jedzenie i ciepła herbatka. Walić to, jestem w takim stanie psychicznym, że jedyne na co mam ochotę to już skończyć. Po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna świta mi w głowie, żeby sobie odpuścić i zejść z trasy. Może zrobię to na tym punkcie?

Jednak Robert nie pozwala mi za długo myśleć o zejściu z trasy, tu się zakręcił, tam się zakręcił i za chwilę przyniósł mi dwie tabletki. Myślę ryzyk fizyk biorę, na Rzeźniku farmakologia zadziałała to teraz też będzie ok. Jeszcze chwila przerwy w schroniskowym przybytku i w drogę, na szczęście teraz droga będzie prowadzić w górę aż na Wielką Rycerzową. Humor mi się nieco poprawił, Robert też dowcipkuje, wspominamy coś o dwóch tetrykach, ja próbuję podśpiewywać.

 

Jeszcze w dół chyba do piekła!

Na Wielką Rycerzową wspinamy się z Robem, mając 15 minut zapasu, przed zamknięciem długiej trasy. Tęsknym wzrokiem spoglądam na ścieżkę prowadzącą na 80+, rozsądek jednak zwycięża, daję sobie założyć sylikonową opaskę w kolorze czerwonym z białym napisem 50+  i już ruszamy z Robertem na 12 ostatnich kilometrów tego biegu. Na początku jest dobrze, tabletki chyba działają, można biec. Mijamy sporo ludzi, którzy o dziwo wyglądają na mocno zajechanych, w pewnym momencie łapię flow i zaczynam nieco wariacki zbieg, odrywam się od Roberta. Biegnę jak szalony przez kałuże rozbryzgując wodę na dość dużą wysokość i w duchu modlę się, żeby wreszcie zobaczyć oznaczenia 5 km do mety.

droga na Wielką Rycerzową mina mówi wszystko fot. Fotomaraton

droga na Wielką Rycerzową mina mówi wszystko fot. Fotomaraton

Tymczasem wspinamy się na Muńcuł i tam kolejny demotywator, jak pociągi ekspresowe zapierniczają w dół uczestnicy biegu towarzyszącego Małej Rycerzowej – O Gasz jak ja bym chciał teraz tak zbiegać!!! Cały czas w dół od Muńcuła, w dół, w dół i… W DÓŁ. Mam dość, gdy docieram do tej upragnionej tabliczki 5 kilometrów. Znów mnie boli, dogania mnie Robert, zwalnia, ale mówię mu żeby cisnął sam. Po raz drugi tego dnia mam ochotę skończyć ten bieg, skończyć przez nieukończenie. Gdy słyszę tupot stóp zwalniam schodzę w bok, bo wiem, że nadbiegają uczestnicy Małej Rycerzowej. Chce mi się płakać – hasło, że trzeba było zbierać znaczki nabiera sensu – bieganie, bieganie ultra to synku nie dla Ciebie, jesteś cienki Bolek, brzuszek Cię boli? Zejdź sobie odpocznij, popłacz. Spoglądam na mijane tabliczki, w głowie obliczam ile jeszcze mi zajmie droga do mety. Zostało półtora kilometra informują mnie wolontariuszki. Zaciskam zęby i krzyczę na siebie w duchu – NIE BĘDZIESZ CZŁAPAŁ DO METY JAK JAKAŚ CHABETA, BIEGNIJ. I staje się cud biegnę, zaciskając zęby biegnę. Jeden zakręt, już widzę, że meta jest tuż tuż. W pewnym momencie słyszę jak jeden człowiek krzyczy do mnie – uważaj tu skręcasz – i rzeczywiście są taśmy. Lecę, widzę mostek, widzę metę. Nareszcie koniec.

Nareszcie koniec fot. Fotomaraton

Nareszcie koniec fot. Fotomaraton

Za linią mety Krzysiek Dołęgowski ściska mi dłoń, spogląda na koszulkę i ze stoickim spokojem stwierdza – No to czekamy na pĄpki. Padam przed nim w rozmiękczoną deszczem ziemię i robię te pĄpki. Kawałek dalej czeka Robert z Judytą. Sponiewierani przez trasę idziemy jeść posiłek regeneracyjny, a potem w większym towarzystwie regenerujemy się na inne sposoby ;).

Uścisk ręki zamiast medalu, kasa za blachę poszła na szczytny cel fot. Judyta Mazur

Uścisk ręki zamiast medalu, kasa za blachę poszła na szczytny cel fot. Judyta Mazur

Po gratulacjach tradycyjnie pĄpki fot. Judyta Mazur

Po gratulacjach tradycyjnie pĄpki fot. Judyta Mazur

Co nie pykło?

Zasadniczo nie wiadomo, co działo się z moim brzuchem podczas tego biegu, podobne skurcze miałem jeszcze przez kilka dni. Badania nie wykazały nic. Mogę biegać, jestem zdrowy jak koń. Wiem jedno, że na trasę Chudego wrócę, bo warto. Bo wcale nie jest lepiej zbierać znaczki, znacznie lepiej jest spędzać czas z ludźmi tak samo zakręconymi jak ja, którzy rozumieją mnie bez słów, albo tych słów nie potrzeba za dużo. Wrócę w Beskid Żywiecki z nadzieją, że ładniejsza pogoda pozwoli się cieszyć pięknem tych gór. I wreszcie wrócę na trasę, bo mam rachunki do wyrównania. Na metę wbiegłem po 9 godzinach i 6 minutach, to czas dużo poniżej moich możliwości i poniżej formy w jakiej byłem w dniu startu. Wyobraźcie sobie, że tylko 11 minut wolniej ukończyłem piekielnie trudny ze względu na panujące warunki ZUK, a na Chudym było łatwiej. Dlatego postanowione: z Chudym Wawrzyńcem widzimy się za rok.

Janusz ultra dziękuję za uwagę fot. Judyta Mazur

Janusz ultra dziękuję za uwagę fot. Judyta Mazur