Skrócona lekcja biegania – 3 PKO Bieg Niepodległości

Przez ostatni tydzień przed startem gorączkowe sprawdzanie prognoz pogody. Będzie wiatr czy nie będzie? Będzie padać, czy nie będzie? I wreszcie powrót do przeszłości, sny dziwne i niespokojne, bóle niespodziewane dolnych narządów ruchu, łącznie z plecami i okolicami, w których te ostatnie tracą swą szlachetną nazwę. NKE na granicy wyrzucenia mnie z domu przez moje ględzenie, krótko mówiąc stres.

Gdyby ktoś mi powiedział, że będę się stresował łamaniem życiówki na 10 kilometrów, że w jakiś magiczny sposób stanie się to najważniejszym startem jesieni, chyba nie uwierzyłbym. Jednak gdy skończyłem maraton zawodów przełomu września i października, dotarło do mnie, że od Maratonu Krakowskiego (klik), nie poprawiłem żadnej życiówki, żadnej. No smuteczek, prawda? Jedną wprawdzie ustanowiłem na 5 km (kto nie czytał klik), ale sprinty się nie liczą? Prawda!!! Dlatego to 45 minut stało się celem, o który miałem walczyć z całych sił.

Jako, że konkursowo zawaliłem ubiegłoroczną dyszkę, chciałem zemsty i czegoś jeszcze, hmm… satysfakcji. Dochodził aspekt rywalizacji i charytatywny. Tyle celów na raz i moja jedna głowa, no cóż kto by się nie stresował. Chciałem żeby sezon zakończył się z przytupem, tak żeby rozbudzić apetyty na kolejny sezon.

 

Dzień przed

Odbiór pakietów, tego roku bez pośpiechu, na spokojnie, po ostatnim treningu. Udało mi się także zwerbować prywatnego fotografa (Kasia jeszcze raz dziękuję), który będzie uwieczniał moje wyczyny podczas zawodów. Ehhh ta sława – co nie!!! Wieczorem w domu przygotowania, z których NKE jak zwykle się podśmiewa, bo przecież wszystko to można zrobić jutro, jednak tradycja rzecz święta przygotować się należy dzień przed, ani godziny później. Mam też rozkminkę, regulamin mówi jasno, że start powinien się odbyć w koszulkach od organizatora (ktoś sobie wymyślił, że zrobi z biegaczy na starcie żywą flagę), tyle że moje serce bije dla drużyny i koszulka Smashing pĄpkins musi być. Decyduje się na pewien półśrodek pod spodem będę miał koszulkę drużyny (zawsze bliżej serca), a na zewnątrz koszulkę orgów.

SONY DSC

Kto powiedział że odbieranie pakietów jest nudne fot. Surmi

 

Kibice

Jako że rodzinny Rzeszów ciągle jest w biegowych powijakach (jeśli chodzi o kibicowanie), kultury kibicowania należy naród uczyć. Dlatego ekipa pod wodzą NKE jest perfekcyjnie przygotowana do misji niesienia siły biegaczom w tym mnie na czele. Ekwipunek mają zacny: trąby, kołatki, rękawiczki, a także doskonale rozwinięte aparaty mowy (czy też raczej krzyku – jeśli chodzi o Hunów). Do “moich” kibiców zalicza się także moja Mama, brat i Kasia, której sympatia jest podzielona, bo jestem jednym z kilku jej znajomych ścigających się tego dnia. Brak tylko mojego Teścia, który niestety musiał wyjechać w Bieszczady, a którego nieśmiertelne – Bartek powoli! – Bardzo by mi się przydało.

Z kibicami prezentuję że mam koszulkę SP fot. Surmi

Z kibicami prezentuję że mam koszulkę SP fot. Surmi

Myśli sto   

No właśnie, nerwy wciąż mi towarzyszą, chyba wszystkimi zapowiedziami, rywalizacjami i presją wywieraną sam na siebie spowodowałem, że stres narasta. Jednak wiem, że minie w momencie przekroczenia linii startu, bo wtedy nie będzie miejsca na kalkulację, na myślenie – będę tylko ja i trasa.

 

Start

Stojąc na starcie wkładam słuchawki do uszu, wiem że tym razem nie popełniłem żadnego błędu, nie stoję z tyłu, nie będę musiał przedzierać się do przodu przez tłum wolniejszych biegaczy. Zapuszaczam pierwszy kawałek ze specjalnie przygotowanej listy, którą niektórzy z Was za pomocą fejsa pomagali mi tworzyć. Pierwszy z nich to Haka – taniec wojenny Maorysów – ten rytm i te słowa zawsze wprawiały mnie w bojowy nastrój. A tutaj muszę obudzić w sobie walczaka, bo wiem, że nie będzie łatwo ani troszkę, będzie walka, wojna jak w hace – na śmierć i życie. Obok mnie szykuje się do biegu Radek, z którym umówiliśmy się na wspólny bieg, to znaczy on zapowiedział, że będzie się mnie trzymać dopóki da radę. Wreszcie odliczanie i strzał po krótkiej chwili wyruszam.

DSC_0142

Start jaki jest każdy widzi – Biało Czerwony. fot. festiwalbiegowy.pl

Jak się nic nie dzieje…

… to zawsze coś się musi spieprzyć. Po kilkuset metrach biegu obsuwa mi się kompresja z prawej nogi. I dylemat, zatrzymać się i poprawiać, próbować poprawiać w biegu, czy pierdzielić to wszystko i biec tak jak jest. Ostatecznie wygrywa opcja ostatnia, nie będzie czasu ani siły na odrabianie strat, to nie połówka czy maraton, żeby można było coś odrobić, to pieprzone 10 km. Lecę, ale jakoś tak mi się wydaje, że noga nie podaje tak jak powinna, tak jak to robiła podczas niedzielnego treningu, gdzie kilometrówki leciałem w tempie 4:15 min/km. Nie ma się co zastanawiać trzeba napierać.

 

Wieje

Prognoza pogody mówiła, że wiatr między 12 a 13 będzie wiał z zachodu z prędkością 28 km/h. Nie wiem czy wieje z taką prędkością, ale faktem jest że wieje, ba nawet piździ. Jednak pierwszy kilometr wbijam w 4:20, troszkę się zaniepokoiłem, bo chciałem zacząć spokojnie po 4:30, a później przycisnąć po 6 kilometrze. Jednak wiatr zmusza mnie do zmiany taktyki – póki jest siła cisnę, a pod koniec powinno wyjść z wiatrem, więc może będzie łatwiej. Jest jeszcze na tyle tłoczno, że można się schować za grupkami biegaczy. Z tych wszystkich przemyśleń o mało nie przeoczyłem Kasi stojącej z aparatem na początku drugiego kilometra, jednak nie ma czasu na fotki trzeba cisnąć.

SONY DSC

Na początku luz w ramionkach fot. Surmi

 

Cisnę

Ul. Kopisto i Most Zamkowy, na moście zwężenie trasy, cholernie niewygodne, bo tam akuratnie wieje w mordę i nie dość, że trzeba pilnować żeby nie podeptać wolniejszych biegaczy przed sobą to dodatkowo jeszcze walczyć z wiatrem. Szybko jednak wyprzedzam grupkę biegaczy, za mną jak cień leci Radek. Drugi kilometr 4:21 jest spoko. Do tego ekipa Ultramaratonu Podkarpackiego robi hałas wspierając biegaczy. Trzeci kilometr, dość dobrze osłonięty przed wiatrem (w tym wypadku bocznym), pokonuję w 4:15. Zaczynam się zastanawiać czy nie za szybko, może trzeba nieco zwolnić?

 

Zwalniam

Wpadam na ulicę Piłsudskiego i biegnę z wiatrem wprost w twarz, na zachód. Nie chcę się szarpać, bo znów jest wąsko i biegaczy sporo. Czuję się całkiem nieźle, choć z niepokojem spoglądam co chwila na zegarek – jednak jest dobrze, kurcze czym ja się martwiłem? Idzie, ba a nawet biegnie. Kilometr wchodzi w 4:24, ciągle buduję sobie zapas.

 

Wspomnienia

W myślach wspominam ubiegłoroczny bieg, no na tym odcinku to ja byłem już umierający, kolka, siku, wszystko naraz. Jak ja chciałem wtedy przebiec tą 10 poniżej tych 45 minut, to nie wiem. Bez odpowiedniego wybiegania, na kacu, chyba tylko dobrymi chęciami, hmmm teraz z perspektywy czasu wiem, że było to niemożliwe. Hmmmm na naukę pokory nigdy nie jest za późno. Tymczasem dobiegam do półmetka. Czas niezły 5 kilometr 4:15, na pomiarze czasu mam sporo zapasu.

 

Centrum

Biegnę przez okolice, w których się wychowałem, ścisłe centrum Rzeszowa. Znam tu każdy kamień, każdy zakręt. Na Placu Farnym, który było widać z okna mojego rodzinnego domu pod pomnikiem płk. Leopolda Lisa – Kuli trwają uroczystości z okazji Święta Odzyskania Niepodległości, ale kilka osób kibicuje biegaczom. Zaraz będzie krótki zbieg, a potem długa prosta. Biegnę, ale zaczynam czuć, że nadchodzi czas walki. No nic, gdzieś za kilometr powinien być Brat i kibicować. Uffff 6 kilometr 4:12 – teraz już bliżej niż dalej 🙂 Wpadamy na bruk, jest pod górkę, to znak, że Rynek jest tuż tuż. Ja widzę jedną rzecz, góry oddają siłę. Jest pod górkę, łagodnie, a ja widzę, że jestem w stanie utrzymać tempo, gdy inni zwalniają. Rynek mijam szybko, wśród latających kubków, bo jest tam umiejscowiony wodopój. Ja nie piję, nie potrzebuję. Gnam. Czekam na doping Młodego, kurde on potrafi mnie zmotywować. Ulica 3-go Maja, gdzieś powinien być Łukasz, nie ma cholercia. Słabnę, ale zaraz zbieg. OOOO jest Młody, drze japę, autor hymnu Smashing pĄpkins – “ooo ooo ogień z dupy”. Dzieje się to co zwykle przy dopingu – przyśpieszam, zostało jeszcze jakieś 3 kilometry (7km – 4:14). Lecę, już wiem, że za chwilę będzie naprawdę ciężko. Znów z górki wpadamy na Olszynki, by za moment natrafić na podbieg na Most Zamkowy, to już droga powrotna. Kilkoma mocnymi odbiciami z pośladków pokonuję wzniesienie i….

3 - go Maja szukam Brata. fot. www.blekitna.tv

3 – go Maja szukam Brata. fot. www.blekitna.tv

… chwilowy brak zasilania

Właśnie tu rozpoczął się dramat fot. Grześ/Tri-fun.pl

I stało się zaczyna mnie odcinać. Czuję, że siły mnie opuszczają, że te mocne odbicia kilkadziesiąt metrów wcześniej to była rezerwa, którą tak głupio roztrwoniłem. Jednak widzę na moście znacznik 8-go kilometra i wiem, że jest jeszcze nadzieja. Rzut oka na zegarek 34 minuta biegu. Powinno się udać – Zwolnij Paselcia i dasz radę dowieziesz, zostało 2 kilometry. Biegnę, ale trasa mi się dłuży przedostatni kilometr to długa prosta, która KURWA z jakiegoś powodu nie chce się skończyć. Biegnę i biegnę 9 kilometr nareszcie 4:24, to się powinno udać!!! Zaciskam zęby i zaczynam długi finisz.

 

Ostatnia prosta.

Pędzę, napieram, nie słyszę muzyki w słuchawkach, nie słyszę nic. W głowie kołacze się – Do mety, do mety.  Już widać, ale wciąż jeszcze daleko, gdzieś tutaj powinna stać NKE i Hunowie, oni mają mi dodać sił na ostatnich metrach. Radzio twardziel siedzi mi na kole. GO TIGER, jeszcze tylko troszkę, momencik. Gdzie moi kibice? Potrzebuję Was bardzo!. Widzę, są, NKE w mojej różowej bluzie Hunowie coś krzyczą jest i moja Mama. Dlaczego nic nie słyszę? Ile zostało 200 m? Może mniej. Ogień z dupy!!! Już szpaler ludzi, zegar co on tam pokazuje? Widzę niewyraźnie, ale chyba 43 minuty i upływające sekundy. Jedna brama, druga – już się nie ścigam – dogoniłem marzenie, kiosk z napisem 45 minut zmieciony, ręce do góry JEEESSSTTTT!

SONY DSC

Finiszuję z Radkiem fot. Surmi

Nareszcie meta fot. Krzysztof Kapica

Ostatni akord

Tak właśnie zakończyłem swój 2 sezon startowy. Walką do końca, piękną życiówką. Odcięciem prądu. Dopiero na zdjęciach zobaczyłem, że kibice na mecie stali nie po tej stronie barierek (co tam robili, kto ich tam wpuścił?), na mecie Dagmara powiedziała mi, że mówiła do mnie gdy mijałem ich na ostatnich metrach – Że jest dobrze. – Nie słyszałem ani słowa, ale podobno na zegarek spojrzałem. Sms z czasem brutto poinformował mnie, że zawody ukończyłem na 166 miejscu open/1095 osób w kategorii wiekowej M30 byłem 52. Czas netto i nowy rekord na 10 km od 11 listopada wynosi 43 minuty 19 sekund (oklaski). Solidnie przepracowany miesiąc przed startem, dał świetny efekt. Jeszcze raz dziękuję wszystkim, którzy wspierali mnie na trasie.

pĄpki rzecz święta fot. Surmi

pĄpki rzecz święta fot. Surmi

 

To był piękny sezon, który podsumuję w następnym wpisie, zdradzę Wam plany na 2016 rok. Teraz “cieszę się” z chwili przerwy od biegania, roztrenowanie nie potrwa jednak zbyt długo, bo już czeka plan na półmaraton przygotowany przez pĄojca Wybieganego i wyzwanie pod nazwą Wiosenna Połówka 2016, ale o tym już następnym razem.