Raz, dwa, trzy, cztery, pięć czyli Ultramaraton Podkarpacki po raz trzeci

Znakowanie

Moja historia i przygoda z IV edycją Ultramaratonu Podkarpackiego rozpoczęła się około tygodnia po zakończeniu III edycji (kto nie czytał klik). W pubie, gdzie wówczas pracowałem, odbyła się impreza organizatorów tego biegu. Przeżyłem szok, kiedy zobaczyłem ludzi, których w większości widywałem w strojach sportowych – kobiety w sukienkach, mężczyźni w koszulach z kołnierzykiem. Niby normalnie, a jednak nie do końca. Wtedy to zaproponowałem swoją skromną pomoc w organizacji imprezy w roku 2017. Gdzieś w grudniu, a może w styczniu odezwał się do mnie Andrzej, który jest szefem znakowania trasy UP i powiedział, że moja pomoc będzie polegała na oznakowaniu części trasy od miejscowości Tyczyn do tzw. Grzybka, gdzie zlokalizowany jest drugi punkt żywnościowy. Powiedziałem tylko OK.

Andrzej po raz kolejny odezwał się w pod koniec kwietnia, żeby ustalić ostateczny termin znakowania – czwartek, czwartego maja i umówić się na szybki rekonesans trasy trzeciego maja. Kronikarskim obowiązkiem należy dodać, że wiosna tego roku nie rozpieszczała i w długi weekend majowy na terenie Rzeszowa i okolic codziennie lało, może nie przez cały dzień, ale wystarczająco dużo, żeby odcinki trialowe trasy wiodące przez las spłynęły błotem, którego nie mogłaby się powstydzić, kultowa pod względem błotności, Łemkowyna.

Na znakowaniu było błotniście

Na znakowanie właściwe zabrałem ze sobą dwóch młodych gniewnych tj. Młodego i Radka, którzy w ubiegłym roku debiutowali na trasie UP 50. Taki 10 kilometrowy rekonesans trasy na dwa dni przed biegiem. Młody miał porachunki z trasą z ubiegłego roku, teraz wracał dużo mocniejszy, choć po kontuzji. Radek odpuścił długi dystans, ale ze swoją szybkością chciał powalczyć o jak najlepszą lokatę w biegu towarzyszącym Wisłok Trial 30. No i byłem jeszcze ja – w zasadzie nie wiedziałem co robię na trasie tego biegu. Treningów bardzo mało od marcowego ZUKa tylko jedno długie wybieganie, które wymordowało mnie przeogromnie, jednak serce i dusza chce pobiec. Plan jest jeden dobiec, wiem mało ambitnie, ale z drugiej strony wiem, że bezmyślna szarża nawet na dystansie 50 kilometrów może skończyć się źle.

Znakowanie przebiega radośnie, na licznych poślizgach i uślizgach. Młody i Radek lądują w błocie, ja ratuję się podpórką, ale generalnie udaje się wykonać zadanie. W piątek odbieramy pakiety, idziemy się nawodnić. Pogoda pod psem, ale nastroje dopisują.

humory dopisywały

Wyścig zbrojeń

Długo zastanawiałem się jakie buty zabrać do Rzeszowa na długi weekend. Ostateczny wybór padł na Lone Peak amerykańskiej firmy Altra. Bardzo ciekawy but trialowy z zerowym dropem, ale sporą ilością amortyzacji. Szerokie jak kopyta łosia podeszwy wyglądają bardzo solidnie i wzbudzają zaufanie. Testowałem je już na trasach ośnieżonych, oblodzonych i suchych, jednak nie miałem nigdy okazji sprawdzić ich na błocie. Moje łydki mają wspierać skarpety kompresyjne McDavid w jedynym słusznym różowym kolorze. Na tyłek naciągnę spodenki kompresyjne McDavid z zastosowanym systemem wspierającym mięśnie przywodziciela. Na grzbiet pĄpkinsowa koszulka i plecak Nathan Air 7 z dwulitrowym bukłakiem, kilka “buffek” i to w zasadzie tyle. Żywność: kilka grejfrutowych żeli, jeden o smaku coli, magnez w shotach i power shot wszystko od firmy AMSport + dwa batoniki Chiacharge. Do spania.

 

Moje miejsce

Pobudka tuż przed 4 rano. Biegowe śniadanie z Bratem, wspólne żarty, trochę żeby się rozluźnić, trochę żeby zamaskować stres, bo przecież za chwilę ruszamy na trasę ultramaratonu niby nie po raz pierwszy, ale zawsze to ultra. To bieganie chyba bardzo nas połączyło. Wcześniej kopaliśmy coś razem w piłkę, graliśmy w jakieś gry na kompie, jednak to bieganie stało się wspólną pasją i z dumą patrzę na tegoroczne osiągnięcia Łukasza.

jest ekipa na starcie Jacek, Młody i ja fot. A. Tomczyk

Idziemy na start – z naszego rodzinnego domu to jakieś trzy minuty. Ścisłe centrum Rzeszowa – Rynek, Ratusz, Kościuszko na cokole, w tle piosenka UP “Moje miejsce” i wiecie co – to jest prawda. Uświadamiam sobie, że od tego miejsca się wszystko zaczęło, to tutaj stawiałem swoje pierwsze biegowe kroki, tutaj debiutowałem w zawodach i to właśnie na tym biegu, dwa lata temu stałem się ultrasem. Dziś znów jestem wśród ludzi, którzy tworzą ten bieg, dla których bieganie jest pasją i sposobem na życie. I wiecie co? Czuję ogromny spokój, wiem, że sobie poradzę, pomimo braku treningów, że będzie dobrze.

Tymczasem Rzeszów spowity jest we mgle, wszystko wokół jest wilgotne, bruk rynku lśni jakby dopiero co spadł deszcz. Krążymy pomiędzy grupkami biegaczy, tu przybijemy piątkę, tam poślemy uśmiech, jesteśmy wśród swoich. Wreszcie ustawiamy się na starcie, obejmujemy się z Młodym i życzymy sobie powodzenia. Wspólne odliczanie TRZY…. DWA… JEDEN… Start. Ruszamy.

 

Skleroza daje znać o sobie

Biegniemy. Po bruku, po chodniku. Młody odpala rakietę i rusza przed siebie. Ja staram się nie szarżować. Pierwsze kilometry to asfalt, który wyprowadza nas za miasto. Ja po pierwszym kilometrze jestem na siebie zły. Wiedząc, że być może czeka mnie samotny bieg przygotowałem sobie długą książkę do słuchania. W momencie, gdy Młody ruszył wiedziałem, że jakoś trzeba sobie umilić czas. Chwytam za kieszonkę z telefonem i już wiem, że sobie nie posłucham, bo słuchawki zostały w domu na stole. W głowie rodzi się myśl, no i co teraz? Głupiś jest to teraz licz. No i zaczynam liczyć: Raz, dwa trzy, cztery, pięć… Raz, dwa, trzy, cztery, pięć… I wiecie, że to pomaga, przynajmniej mnie. Tymczasem zbiegamy z asfaltu i zaczynamy biec po mokrej trawie, na spotkanie lasów Słociny.   

 

Gleba RAZ

W lesie jest cholernie błotniście. Od dawna nie widziałem na podrzeszowskich ścieżkach takich ilości błota. Jednak biegnie mi się w miarę dobrze, do czasu. W pewnym momencie podczas zbiegania stopa nie łapie odpowiedniej przyczepności i w tym samym momencie pierwszy raz od niepamiętnych czasów lecę na pysk. Upadek udaje się zamortyzować dłońmi, ale błoto prysło na wysokość chłopa. Mam w błocie plecak, policzek i obydwie dłonie. Mija mnie zylion osób. A ja stoję jak ta sierota i próbuję się doprowadzić do porządku. Powiem Wam szczerze, że odechciało mi się wtedy, bardzo mi się odechciało. Straciłem rytm. Próbuję się zebrać w sobie, ale mi nie idzie. Przystaję, próbuję wycierać ubłocone dłonie o mokrą trawę, efekty są jednak marne. W końcu zaciskam zęby i ruszam dalej.

Po pierwszej glebie fot. D. Matuła

W kupie raźniej

Tu podłączę się do grupki, tam podłączę się do grupki i jakoś się biegnie. Wreszcie trafiam na Tomka. Nie pamiętam, kto zagadał pierwszy ja czy on, ale od tego czasu lecimy razem. Okazuje się, że Tomek jest debiutantem, mówię mu, że moim planem jest pobiec poniżej 6 godzin. Jemu to pasuje i jeszcze obiecuje, że jeśli doprowadzę go do mety to stawia piwo. No żyć nie umierać – lecimy. W międzyczasie zaliczam drugą glebę. Teraz wyglądam już jak potwór z bagien, ale mam z kim biec, więc wkurzanie się na siebie zagłuszam rozmową. Choć gdzieś w głowie snują się myśli, że od dawna nie zaliczyłem tylu gleb. Pilnuję czasu, założenie jest takie, żeby mocniej nacisnąć, po drugim punkcie żywieniowym. Tymczasem biegniemy sobie we trzech, dołączył do nas chłopak z dystansu 70 km, który kojarzy i mnie i mojego brata. Na rozmowach przyjemnie mija czas i tak oto zbliżamy się do Tyczyna, zbieg i w chwilę potem podbieg i już jesteśmy na tyczyńskim rynku.

FUCK IT or LOVE IT whatever

Na punkcie pojawiłem się po 2 godzinach 23 minutach, to słabiej od ubiegłorocznego wyniku o 3 minuty, zważywszy, że rok temu do punktu było trochę dalej to ten czas jest dużo, dużo słabszy. Pierwszą rzeczą, którą dostrzegam na punkcie nie jest jedzenie, nie jest picie tylko wolontariuszka z dużą butlą wody, która płucze ubłoconego zawodnika. Początkowo nie chciałem się zatrzymywać na punktach, ale pokusa zmycia z siebie błota zwyciężyła. Płuczę się dokładnie, fotografowany przez Wojtka. To co pokazywałem do obiektywu to środkowe palce, miały być kciuki, ale pojebało mi się wszystko na tym punkcie. Wojtku mam nadzieję, że się nie obraziłeś? Dwa szybkie kubeczki izo, wołam do siebie Tomka i już ruszamy dalej.

A miało być, że jest OK fot. W. Sroka

W górę i w dół

W tej chwili czuję się jak u siebie w domu. Ten odcinek znam niemal na pamięć, w ciągu ostatnich trzech dni trasę od pierwszego do drugiego punktu żywieniowego przebyłem dwa razy znakując trasę. Jestem gotowy, wiem jakie błoto mnie czeka.

Na początek jednak trzeba zaliczyć długi asfaltowy odcinek, który ma parę “przyjemnych” górek. Niestety na tym odcinku widzę, że mój współtowarzysz niedoli zaczyna słabnąć. Coraz częściej przechodzi do marszu. Gdy jesteśmy przy zbiegu do Przylaska, stwierdzam, że nie mogę dostosowywać swojego tempa do Tomka, bo jest to dla mnie zbyt męczące. Odrywam się od niego i w dalszą drogę ruszam sam. Tego jeszcze nie grali, od trzech lat pokonuje te kilometry z kimś, a to z Robertem, a to z Radkiem. No cóż zobaczmy jak smakuje prawdziwa samotność długodystansowca.

Gdy brakuje mi muzyki i towarzystwa włączam moją dzisiejszą mantrę – RAZ, DWA, TRZY, CZTERY, PIĘĆ… I tak kilka razy. Pomaga. Bez większych przeszkód pokonuję leśny odcinek, teraz tylko szybki zbieg i długie podejście i już jestem na drugim punkcie, co oznacza, że do kolumny MA dorzucamy kolejne 10 kilometrów. Zbieg pozwala się rozpędzić, a na podbieg planuję już posiłek – batonik ChiaCharge. Żuję ten baton przez większość tego podejścia, jest smaczny, ale strasznie mnie posklejał, popijałem go kilkukrotnie. Na ostatnich metrach podbiegu tuż przed punktem, czają się fotografowie, no to trzeba się popisać.

Pan Żabka fot. A. Tomczyk

Długa droga w dół

Na punkt zwany Grzybkiem wbiegam po 3 godzinach i 41 minutach. Szukając analogii rok wcześniej byłem na punkcie minutę później, czyli mimo trudnych warunków nadrobiłem stracony czas. Czuję się bardzo dobrze, wysyłam w eter meldunek. Tankuję i nie zabawiając zbyt długo ruszam w dalszą drogę. Teraz czeka mnie długi zbieg i długi, bardzo długi odcinek po płaskim. Z doświadczenia wiem, że na tym odcinku można bardzo wiele zyskać, ale też bardzo wiele stracić. Jednak ja czuję się bardzo dobrze, o dziwo bez długich wybiegań, bez dużej ilości treningów, jestem w stanie biec. I to mnie bardzo cieszy. Byle do głównej drogi. Po jej przekroczeniu już jestem nad Wisłokiem. A stamtąd już blisko, bliziutko. Nie ma umierania, nie ma kalkulacji, trzeba biec, tam na mecie czekają na mnie. Byle do mostku. W głowie i pamięci przesuwam kolejne miejsca tak dobrze mi znane z treningów. RAZ, DWA, TRZY, CZTERY, PIĘĆ…

 

Finisz…

Byle do ostatniego punktu, tego na Bulwarach. Tu znam każdy kamień, tam będą czekać znajomi ludzie z ekipy ParkRun. Nie zamierzam się tam zatrzymywać, ale wiem, że będzie tam dobry doping. Wiem że mam przynajmniej dwie, trzy osoby za plecami. Jednego kolegę wyprzedziłem przed mostkiem, ale on miał problem z nogą. Po prostu wiem, że tam są. Przekraczam Wisłok. I nagle pojawiają się tuż za mną. Znajome twarze, mocni zawodnicy. Ohhh NIE…. – Krzyczy coś w mojej duszy. Nie dam się uciekam. Słyszę ich przez chwilę za sobą. Cisnę ile mogę, nie za wiele ale zawsze. Jeszcze chwila i początek Bulwarów. Już słyszę punkt, z daleka wrzeszczę – Zróbcie hałas! HALO PARKRUN!!! Dobiegam do nich. Wiem, że nie mam czasu. Szybki łyk coli i rura. Klepią mnie jeszcze po plecach. W nogi Paselcia, teraz już blisko. Oglądam się za siebie. Nagle zza pleców wyskakuje mi zawodnik, mija mnie lekko. Cholera!!! Próbuję go gonić jednak nie jestem w stanie. Biegnij swoje! Nakazuje sobie w myślach.

Ultra Radość fot. R. Rut

Krok za krokiem, z nóżki na nóżkę, bez szarpania. Byle do zapory, tam mijam wymęczonego zawodnika. Gdy jestem pod zaporą, myśli pchają mnie pod Most Zamkowy. To tylko około kilometr. Pod mostem – byle do Olszynek. Gdy tam jestem zwalniam do marszu. Za sobą nie mam nikogo. Spokojnie robię 100 metrów marszem. Pod górkę i naprzód. Teraz już tylko ostatnia prosta ulicą Słowackiego i meta. Uśmiecham się do swoich myśli. Biegnę, przyśpieszam, mimo że ostatnie metry pną się lekko do góry. Teraz to już nie ma znaczenia, teraz zmęczenie znika. Jeszcze kilkaset metrów. Oddycham pełną piersią. Widzę ratusz. Słyszę głos Grzegorza Żebrakowskiego – który co roku wita zawodników na mecie, słyszę dźwięki utworu U2. Wypadam zza zakrętu. Jest meta, tu niecałe 6 godzin temu startowałem. Jest piękny dzień. Na mecie stoi Łukasz, uśmiechnięty i z medalem. Jest NKE, Hunowie, Mama i Teść. Po chwili jestem w ramionach Młodego. Tradycyjnie już NKE i któryś z Hunów (Jurek) zawieszają  mi na szyi medal. Tak znów to zrobiłem. Jeszcze tylko pĄpki.

Z Młodym na mecie – fot. A. Tomczyk

 

 

Ja i moje koślawe pĄpki fot. A. Tomczyk

Podsumowanie

Znów się udało!!! 5 godzin 42 minuty i 18 sekund czas poprawiony o 10 minut. Trochę tego nie rozumiem, no bo jak? Rok temu byłem w znakomitej formie, w szczycie przygotowań do Rzeźnika. W tym roku nie miałem czasu na przygotowania, a urywam bez większego trudu 10 minut. Jak to jest? Czy to doświadczenie? Pamięć mięśniowa na tym dystansie? Naprawdę jestem zadowolony z tego startu, bo od początku do końca realizowałem założony przez siebie plan. Bieg bez historii, bez spektakularnych kryzysów, zjazdów, pobiegnięty na zimno. Chciałbym kiedyś pobiec te zawody dobrze przygotowany na 100% moich możliwości. Może kiedyś? Ale chyba nie za rok. Bo za rok owszem wystartuję w UP, ale będzie to krok treningowy w drodze do Rzeźnika, który pobiegniemy z Młodym. Młody pokazał po raz kolejny, że mieszka w nim ogromny potencjał, po kontuzji i zejściu z trasy miesiąc wcześniej w Rzymie, pokazał, że forma nie uleciała 29 miejsce OPEN czas 5:17, Młody – po raz kolejny to piszę i mówię – jestem z Ciebie dumny!!! Dzięki, że możemy razem dzielić tę pasję i że za rok spróbujemy razem zrobić coś fajnego w Rzeźniku.

 

Dziękuję wszystkim, którzy trzymali kciuki przed ekranem i na mecie. Że tak zrymuję Wy wiecie! Po raz kolejny chylę czoła przed organizatorami i wolontariuszami UP, jesteście w ścisłej czołówce jeśli chodzi o organizację ultra – robicie to dobrze i róbcie to dalej.