Przez błoto do gwiazd czyli Zaporowy Półmaraton

Wyjazd

Samochód pękał w szwach, ale to nie z powodu ilości rzeczy biegowych, ale… mydeł! A było to tak… W trakcie jednej z rozmów z Matką BO (współorganizatorki Zaporowego Maratonu), wyszła opcja, aby moja firma (CzysteMydło.pl) została partnerem Zaporowego Maratonu AD 2015, więc od początku tygodnia zgodnie całą rodziną pakowaliśmy mydła. Zrobiło się tego całkiem sporo, do tego stopnia, że nocnik Jerzyny dopychałem w przepastnym zadawałoby się bagażniku mojej Skody niemal nogą. Tym razem na wyjazd jechała mocna grupa, a w niej Hunowie, jako podstawowy element chaosu, NKE, która miała piastować odpowiedzialną rolę szefowej stoiska z mydłami, moja Mama jako inspektor nadzoru nad Hunami, Teść w odwiecznej roli kibica, Młody w roli górskiego debiutanta, Janusz jako kibic Młodego i moja skromna osoba w charakterze biegacza coraz bardziej górskiego.

 

IMG_0001

mydła wszędzie mydła

Jesień

W sobotni poranek w miejscu wyznaczonym przez organizatorów stanął całkiem zgrabny (w naszym mniemaniu), zorganizowany w sposób spontaniczny stragan z mydłami. Dwaj klienci na początku zostawili całkiem pokaźną sumę pieniędzy i uszczuplili zapas mydeł, w sposób, który sugerował, że już wkrótce, stoisko się zamknie z powodu braku mydeł. Jednak pogoda, która przez miesiące przyzwyczaiła nas do upałów i suszy wykonała efektowny zwrot (wszak jesień swoje prawa ma) i zafundowała nam burze z opadami deszczu. Skutkiem czego całe stoisko trzeba było co chwile przykrywać, potem odkrywać osuszać i tak wkoło Macieju i dookoła Wojtek, toteż poziom sprzedaży poleciał na ryj i zaległ w bezruchu z twarzą wtuloną w błoto. Jednak sprawa stoiska i sprzedaży była mniej ważna bowiem w sobotę po raz pierwszy mogłem zobaczyć jak przebiega impreza triatlonowa. Powiem tak: II edycja Zaporowego, a widać, że za jej organizację biorą się osoby, które głowę mają nie po to by im szyję zdobiła. Perfekcja i dbałość o każdy szczegół. Same zawody na dystansach ⅛ i ¼ IM, rozegrane zostały w trudnych warunkach, zimna woda, burza i deszcze, błoto na trasie biegowej (nie wiem jak niektórzy przebiegli trasę biegową w butach na asfalt). Jednak to niedziela była dniem, na który czekałem z utęsknieniem – po trzech miesiącach miałem wrócić na trasę długodystansowego biegu górskiego.

 

IMG_0024

pralka foto by R. Rut

Niedziela

Wszystko było pod kontrolą, tylko na początku tygodnia przyplątała się jakaś franca infekcja, a wraz z nią całe dobrodziejstwo inwentarza, katar i ból gardła, lekkie, ale wyczuwalne osłabienie organizmu. NOSZ KURWA, chciałoby się wykrzyknąć, ale gardło boli. Jednak mocne i intensywne leczenie daje efekty i do Oreleca dotarłem tylko z katarem. Boli tylko fakt, że zapowiadałem walkę, a może się okazać, że będą to tylko czcze przechwałki. Jednak sprawdzoną metodą, mobilizuję się do startu i twierdzę, że biegnę swoje, to zawsze pomaga. Planuję być na mecie przed upływem 2,5 godziny. Sama noc z soboty na niedzielę mija niespokojnie nad głową krążą burze, a także Hunowie, którzy nie mogą się ułożyć do spania. Ja też śpię kiepsko, zastanawiając się czy moje stoisko odleciało, czy też może spłynęło.

Rano okazało się że nie jest źle, ale padające przelotne deszcze zmuszają nas do przeniesienia się pod dmuchany namiot PGE i za tę możliwość serdecznie dziękuję organizatorom imprezy. Przeprowadzka zabiera nam niemal cały czas pozostały do startu,  dzięki czemu nie ma czasu na zbędne nerwy. Jest za to czas na wspólne pĄpkinsowe zdjęcie, zrobione przed stoiskiem CzystegoMydła.

Ekipa SP przed startem

Ekipa SP przed startem

Decyduję się biec po raz pierwszy w zawodach bez muzyki w słuchawkach, chcę posłuchać własnego organizmu, tego co mi będzie mówić na trasie. Godzina 11 i rozlega się wystrzał startera i wyruszam na 22 kilometrową trasę Zaporowego Półmaratonu.

 

12011353_509968162515382_6963810183550265479_n

tuż po starcie bracia biegną razem

 

Błoto – Słynne Bieszczadzkie Błoto

Pierwsze 500 m biegu wiedzie trasą asfaltową, więc leci się, szybko nawet bardzo szybko, a może nawet za szybko. Muszę się nieco uspokajać, bo nogi wyrywają do przodu. Nie sztuką jest się zajechać, na pierwszych kilometrach, a potem ómierać. W połowie pierwszego kilometra, skręcamy z asfaltu i już kilkadziesiąt metrów dalej czai się podejście, niby nic strasznego – górka, jak górka, ale rozmiękczone deszczem błoto staje się cholernie wymagającą przeszkodą. Ludzie jadą w dół nie mogąc złapać przyczepności, wreszcie z tłumu wydobywa się głos – Stawiajcie stopy w tym żlebiku gdzie płynie woda. – Rzeczywiście wspinaczka staje się o wiele łatwiejsza. W tym momencie następuje porwanie się peletonu na mniejsze grupy. Ja trafiam do grupy z dziewczyną i dwoma facetami. Wszyscy są mocni na podejściu i prą do przodu jak małe czołgi, umięśnione łydki śmigają jak szalone. Trochę zaczynam mieć kompleksy, że moje łydki jakieś takie chuderlawe. Wspinamy się z mozołem na górę Michałowiec, żeby za moment zbiegać w dół do Myczkowiec. W drodze na górę zaczynam się zastanawiać, czy nie trzeba było wziąć ze sobą swojego camelbaga, ale po chwili porzucam myśli o piciu, bo trzeba skupić się na zbiegu.     

 

Zbiegi, Panie – trenuj zbiegi

Jak się okazuje, treningi terenowo – górkowe, w podrzeszowskim Przylasku, podkrakowskich Zielonkach, jak również całkowity brak wyobraźni piszącego te słowa, przyczyniły się do wzmocnienia umiejętności zbiegania. Lecę w dół jak dyliżans ścigany przez żądnych skalpów czerwonoskórych. Mijam wspomnianą wcześniej dziewczynę i facetów i jeszcze kogoś i jeszcze, przed samym zbiegiem na brukowaną drogę w Myczkowcach dopadam jeszcze jednego zawodnika, ale w tym momencie odpuszczam. Wiem, że teraz będzie płasko, dlaczego więc nie powieźć się tempem kolegi z przodu? Rzut oka na łydkę, no zacna – zapada decyzja – JEDZIEMY. Następne dwa kilometry przemierzamy w średnim tempie 4’53/km czyli całkiem nieźle. Mijamy jakichś zawodników, chwilami zastanawiam się czy to nie przesada i czy kolega delikatnymi acz wyczuwalnymi zmianami w biegu nie próbuje mnie zmęczyć. – Nie!!! – myślę sobie w duszy – A zresztą niech próbuje! – dodaję po chwili niefrasobliwie.

11219587_509968905848641_1698976856717597502_n

Gdzieś na drodze do Myczkowiec

Czulnia

W końcu mijam mojego zająca, ale nie na długo i tak narodziła się nowa świecka tradycja na dystansie ponad 16 kilometrów, zmienialiśmy się na “prowadzeniu” kilkukrotnie. Na podejściu pod Czulnię pierwszy wodopój, pomny różnych doświadczeń chwilę wcześniej wciągnąłem żel, opakowanie zostawiam wolontariuszom, piję wodę tracąc na to jakieś 20 może 30 sekund. Dochodzi do nas grupa, którą zostawiliśmy na zbiegu do Myczkowiec. Na podejściu odpoczywam, daję się wyprzedzić, będąc pewnym, że na zbiegu znów ich wyprzedzę.

Zaczynam jednak odczuwać trudy tego biegu, dopada mnie zniechęcenie, które pewnie zwykle zagłuszane jest sączącą się ze słuchawek muzyką. Tym razem nie chce mi się, nuży mnie to monotonne wspinanie się pod górę, lewa, prawa, lewa, prawa… Ciężki oddech i myśli – Po co mi to było? Te góry, ten wysiłek, przecież za tydzień lecę maraton. Po co się ścigać, komu chcesz coś udowodnić? – A jednak chwilę później, gdy rywale zaczynają mnie trochę odstawiać budzi się to drugie ja, w którym każde włókno mięśniowe spina się do wysiłku i krzyczy go Tiger, nie przyszedłeś tutaj spacerować! To nie jest wyścig, to jest KURWA smok, Twój wróg, właśnie kroczysz po jego grzbiecie, żeby go dopaść, załatwić, unicestwić, skopać mu dupę, rozpieprzyć w drobny mak, uwolnić księżniczkę i zdobyć pół królestwa i wrócić do domu w glorii i chwale. OOOOO tak, tak mi graj, okazuje się że to tylko jakiś niespodziewany kryzys mentalny. Zaczyna ustępować, chować się w mrokach mojej podświadomości, szczególnie, że osiągamy szczyt i zaraz będzie zbieg, a na zbiegach to ja mocny jestem.

 

Jazda figurowa na błocie, droga krzyżowa i schody.

Jeśli pierwszy zbieg był trudny to zbieg z Czulni na Zwierzyń, można nazwać tylko masakrą. Młody, który po biegu opowiadał swoje perypetie mówił mi, że na odcinku 200 m leżał trzy razy. Cóż? Było cholernie ślisko, nawet mnie osobnikowi pozbawionemu instynktu samozachowawczego, kilka razy śmignęło przez myśl zwolnij, nie szarżuj tak, ale jak tu nie lecieć skoro bez problemu doganiam kolejnych zawodników i znów mijam ich jak TGV mija stojący na bocznicy skład towarowy. Oesu jak ja lubię zbiegać, błoto pryska spod stóp, nogi dziwnie się ślizgają, nie ma jak zahamować, trzeba leeeeecieć w dół. Na dole droga asfaltowa, most na rzece San, cerkiew – tak pięknie, aż tu nagle… Droga krzyżowa – Czy to jakaś przepowiednia tego co nas czeka? Nie, biegnie się całkiem spoko ze średnim tempem 5’29/km. Wciągam żel i okazuje się, że docieram do drugiego wodopoju – stąd już tylko krok do zapory, a tam będzie doping swojaków. Ale najpierw schody, w górę, potem w dół i już jestem na zaporze w Myczkowcach. Gdy tylko się pojawiam słyszę głośne BARTEK!!, na dwa gardła, to niezawodny Teść i Janusz. Jak zwykle gdy słyszę doping, instynktownie przyśpieszam, chcę pokazać drzemiącą jeszcze w nogach moc, na zdjęciach jednak wygląda to jakbym miał zaraz wyzionąć ducha.

12009627_509970419181823_388472175216366455_n

Zwierzyń – jeszcze jest uśmiech

Jądro ciemności

Mijam kibicujących mi Janusza i Teścia, i zaczyna się dziać ze mną coś niepokojącego. Odcina mi zupełnie moc. Wbiegam na grań i zaczynam się potykać o własne nogi, tudzież korzenie, a wszystko to kwituję swojską – kurwą macią. Jestem na grani w lesie i jest pięknie, ale nie mam siły cieszyć się tym co mnie otacza, dookoła drzewa, mgła, bajkowo, baśniowo, cudnie. Ja biegnę zrywami, wyprzedzają mnie zawodnicy, których mijałem. Spoglądam na zegarek, a ten pokazuje że na trasie jestem już 1:45’. To jeszcze mi dokłada, przecież pół roku temu już byłem po półmaratonie a teraz jestem na 16 kilometrze i mi się nie chce. Tak naprawdę nie wiem ile czasu straciłem na to żeby w tym lesie wziąć się w garść. Pozbierałem się tak naprawdę dopiero gdy zobaczyłem skryty za mgłą wyglądający magicznie nieczynny kamieniołom w Bóbrce. Być może dotarło do mnie, że tak naprawdę najtrudniejszą część mam już za sobą, odradzam się zaczynam gonić, znów bonusem dla mnie są zbiegi, dopadam wszystkich, którzy mnie wyprzedzili w momencie kryzysu, przed sobą widzę jeszcze dwóch zawodników, którzy są do łyknięcia. GPS pokazuje że jestem na 20 kilometrze, zostało jeszcze dwa.

12032949_509970662515132_9042980047395038413_n

Zapora w Myczkowcach jeszcze nie wiem, że zaraz niedaleko czai się kryzys

Finisz

Do dościgniętego po raz kolejny towarzysza biegu rzucam krótkie – Dajesz! – Mam nadzieję, że razem weźmiemy się za majaczącą z przodu dwójkę. Ale to już koniec, wyprzedzania na dziś. Gość mówi, że nie ma sił. Wyczerpuje je dodatkowo trzy wzniesienia, takie niewielkie pagórki, które prowadzą do drogi asfaltowej. Próbuję gonić sam, ale jest ciężko, raz już mi się wydaje że ich mam, ale odjeżdżają mi. Zaczyna padać deszcz, zbliżamy się do asfaltu, to już koniec, tu trzeba dać z siebie maksa. Oglądam się za siebie czy nikt mnie nie goni, ale nie widzę nic bo deszcz zalewa mi okulary. Próbuję je przetrzeć zawiniętym na przedramieniu buffem, ale robię tylko smugi, a widoczność się nie poprawia. Ściągam okulary i gnam jakby gonili mnie wszyscy diabli, rzut oka na zegarek mówi mi, że zmieściłem się w zakładanym czasie. Cisnę. Zakręt, na zakręcie dostaję doping od mojej Mamy, naciskam jeszcze bardziej. Słyszę spikera witającego na mecie tych dwóch, których nie dogoniłem. Spoglądam w niebo i uśmiecham się, czuję ogromną radość, uwielbiam to uczucie. Ręce wędrują do góry, na mecie stoi znów Janusz z Teściem, kończę Zaporowy Półmaraton z czasem 2:21:50. Na mecie medal i gratulacje od Janusza i Teścia po chwili do gratulujących dołącza NKE, na naszym stoisku.

12039695_509970922515106_1183098585300314352_n

Tak wygląda pełnia szczęścia

Finisz nr 2

Wracam na trasę biegu, wypatrując Młodego. Wiem, że to jego górski debiut i będzie mu bardzo ciężko na końcu. Widzę go i krzyczę dawaj, dawaj. Łukasz jednak twierdzi, że nie ma już z czego biec. Po jego twarzy płynie pot zmieszany ze słynnym bieszczadzkim błotem. Ruszam razem z nim, zagrzewam go do ostatniego wysiłku, tłumacząc, że to już finisz, że teraz do dna, do spodu, że za kilkaset metrów czeka nieśmiertelna chwała. Wreszcie na jakieś 30 metrów przed metą przyśpieszam, odbieram od dziewczynki medal i zawieszam go na szyi Młodego, gdy przekracza linię mety. Tak oto Łukasz ukończył swoje 2 zawody, a pierwsze górskie.

IMG_0074

Finisz Młodego

pĄpki w błocie czyli to co Tygryski lubią najbardziej

pĄpki w błocie czyli to co Tygryski lubią najbardziej foto by R. Rut

Podsumowanie.

Jeśli kiedyś, będziecie chcieli wystartować w niedużych zawodach, ale w takich gdzie wszystko jest przygotowane perfekcyjnie, to zdecydowanie polecam Zaporowy Maraton. I nie piszę tak dlatego, że imprezę organizowali znajomi. Naprawdę musiałbym na siłę szukać rzeczy do których można się przyczepić, a zależały od organizatorów – no może mogliby się postarać bardziej o lepszą pogodę ;). Trasa biegowa urozmaicona, malownicza i tak oznaczona, że naprawdę trzeba było się postarać żeby się zgubić. Jeśli tylko się uda w przyszłym roku pojawię się na starcie Zaporowego.

Co do wyniku, który osiągnąłem jestem bardzo zadowolony 28 miejsce w kategorii open, w najliczniejszej kategorii wiekowe enigmatycznie określanej M1 zająłem miejsce 16. Nie spoczywam na laurach, wciąż widzę dużo możliwości do poprawy, przede wszystkim w drodze do góry.