Pocałuj chwałę albo zgiń – ZUK 2017

Magia

Ona istnieje naprawdę. Są takie chwile gdy wyraźnie wyczuwam jej obecność. Właśnie wtedy moje wszystkie zmysły wyostrzają się maksymalnie. Ktoś powie – To adrenalina. Odpowiem krótko – Nie tylko. Część tej magii jest zawarta w bieganiu, moim zdaniem najwięcej w ultra, a żeby być dokładnym najwięcej tej magii odczuwam w Zimowym Ultramaratonie Karkonoskim. Dlaczego tak jest? Nie wiem. Może to magia gór? Może dlatego, że nad organizatorami i uczestnikami  biegu czuwa niespokojny duch Tomka Kowalskiego, którego ZUK jest memoriałem? Może organizatorki są czarownicami, które zaklinają wszystko wokół – pogodę, biegaczy, wolontariuszy?  Możliwe, że to suma wszystkich wymienionych wyżej czynników. Dla mnie osobiście ZUK to synonim słowa magia – miejsca, czasu, ludzi.

Że ile do mety? fot. Bike Life

Noc

Kładę się spać, bo wszystko jest już przygotowane i milion razy sprawdzone. Całe wyposażenie obowiązkowe spoczywa w dokładnie wyselekcjonowanych miejscach nowego biegowego plecaka. Tak, aby podczas kontroli sprzętu można było szybko to wyjąć nie burząc całego perfekcyjnie tworzonego układu. Myśli zaczynają błądzić. Staję się niespokojny, bo przecież nie jestem tak dobrze przygotowany fizycznie jak rok temu. Gdzieś jeszcze z tyłu głowy mieszka myśl, że ostatniego swojego biegu ultra nie ukończyłem, poddałem się, zszedłem z trasy. Dłoń bezwiednie sięga po książkę, którą przywiózł mi Robert. “Biec albo umrzeć” brzmi tytuł, a autorem jest żywa legenda biegania i nie tylko – Kilian Jornet. Robert powiedział, że jest tam fragment, który koniecznie muszę przeczytać przed startem. Hmm, ale który? Niby mógłbym zapytać, bo Rob śpi tuż obok za ścianą, ale nie będę go budził. Może spróbuję poszukać tego fragmentu sam. Otwieram książkę, a tam już pierwsze zdania pierwsze trzy słowa, krzyczą inspiracją: “Kiss or kill. Pocałuj albo zabij. Pocałuj chwałę albo zgiń podczas próby.” I czytam dalej rozdział, który jest tylko wstępem, ale po jego lekturze spływa na mnie spokój. I jeszcze jedno zdanie gdy już kartkuję kolejne strony: “Dlaczego biegniemy? Jest to pytanie stawiane nam przez osoby, które nie biegają, ale przede wszystkim stawiamy je sami sobie – każdej nocy przed zaśnięciem.” Zasypiam.

 

 

Start

Przyjeżdżamy na Polanę Jakuszycką kilka minut po godzinie 7. Jesteśmy bardzo mocną grupą pod wezwaniem Smashing pĄpkins i większość nas bez względu na płeć, ma na sobie różowe polarowe spódniczki SNAG – bo była jak zwykle akcja charytatywna, a prawdziwi mężczyźni różu się nie boją. Zwolnieni z obowiązku spódniczkowego przez Ojca Krasusa są tylko: Radzio i Młody, obydwaj perfekcyjnie przygotowani i mocno zmotywowani do osiągnięcia dobrego wyniku. Moje plany nie są szalenie ambitne, bo brak dostatecznej ilości odpowiednich treningów sprawia, że każdy lepszy wynik od ubiegłorocznego będzie swoistym sukcesem. Ostatnie zdjęcia, życzenia sobie nawzajem powodzenia, uściski rąk, zbijanie piątek ze znajomymi i już stoimy. Ustawiam się gdzieś w trzecim lub czwartym rzędzie, bo wiem, że pozycja na starcie w tym biegu ma bardzo duże znaczenie – jeśli utkniesz po pierwszych dwóch kilometrach w “pociągu ludzkim” będziesz się tylko denerwować. I nadchodzi ten czas kiedy 350 gardeł odlicza od 10 do 1, a Ania Kautz naciska na spust startera i ruszamy.

Gotowi do startu fot. Biegający Foto

 

W pogoni za mistrzami

Pierwsze dwa kilometry są szybkie, nawet bardzo szybkie. Przed oczami mam plecak Młodego, kilka “wagonów” dalej widzę różową buffkę Radzia. Czy aby nie za szybko wystrzeliłem do przodu? Chwilowo jest dobrze, ale to nie jest wyścig na 15 kilometrów tu czeka nas prawie 53 kilometry. Ale pogoda jest piękna, przyświeca lekko słoneczko. Nogi rwą do biegu. Świadomie nie spoglądam na zegarek. Nie chcę mierzyć czasu, chcę cieszyć się tym, że biorę udział w tym biegu, że znów się udało. Bo dostać się na te zawody nie jest łatwo. Ponad dwukrotnie więcej chętnych niż miejsc, chociaż limit w tym roku i tak został zwiększony. Tu nie biegną ludzie z przypadku. Docieramy do Hali Szrenickiej. Przy schronisku stoły ze smakołykami, pomarańcze, ciastka, banany i ciepła herbata. Przystaję na chwilę, Młody i Radziu napierają dalej. Ależ chłopaki zbudowali formę, podziwiam i trochę zazdroszczę. Mógłbym gonić za nimi, ale to nie byłoby rozsądne z mojej strony. Wyciągam kije niczym żółw ninja i zaczynam wspinaczkę do góry.

 

Na drodze ku Odrodzeniu

Pamiętam dobrze jak dziś ubiegłoroczną mordęgę drogi do drugiego punktu odżywczego. Byłem wtedy umęczony psychicznie jazdą “pociągiem”. Dziś jednak jest zupełnie inny dzień. Rozglądam się ciekawie, bo tam gdzie rok temu była tylko biel jest przepiękna panorama gór, teraz mogę stwierdzić, że Karkonosze są piękne. Warunki śniegowe też nieco lepsze, rok temu w wielu miejscach za Łabskim Szczytem nie można było biec tym razem jest inaczej. Kilometry mijają niepostrzeżenie jest jednak trochę samotnie, rok temu te kilometry pokonywałem razem z Avą. Wszystko jednak rekompensują widoki, Śnieżne Kotły i formacje skalne Wielki Szyszak, wreszcie Czeskie i Śląskie Kamienie, wyglądają jak porzucone zabawki olbrzyma. Wszystko jest oświetlone przez słońce. Jest niesamowicie, jest magicznie, jest pięknie.

Śnieżne Kotły fot. Bike Life

 

Gdy staniesz u wrót kwitnącej doliny…

Nie wiem jakim cudem w głowie świta mi ta piosenka, kiedy zbiegam ku Przełęczy Karkonoskiej. Och durny Ty widział kiedyś kwitnącą dolinę – myślę sobie w duchu, ale nadal z gardła rwie się cichutko ten tekst. W międzyczasie pochłonąłem, żel i magnez od niemieckiej firmy AMsport – moje niedawne odkrycie. Zbliżam się małymi kroczkami do Schroniska Odrodzenie. Wreszcie jest, w tym roku jest obowiązek przebiegnięcia obok schroniska. Wtedy spoglądam po raz pierwszy na zegarek prawie 20 km i niecałe trzy godziny. Nooo – myślę sobie w duchu – jest lepiej niż rok temu, dużo lepiej.

 

fot. Piotr Dymus

Samotność

Najedzony ulubionymi ciastkami i napojony ciepłą herbatą, ruszam w górę. Podejście na grań bardzo szybko odbiera mi siły. Mam wrażenie, że wszystko zaczyna mnie boleć. Najbardziej łydki. Na horyzoncie pojawiają się ciemne chmury. Zaczyna robić się szaro-buro. Śnieg w tym miejscu robi się wredny, konsystencją przypomina piasek, źle się idzie, a co dopiero biegnie. Jeśli pojawiają się odcinki gdzie można biec to są, znów się odwołam do wspomnień z ubiegłorocznej edycji, niekończącym się ćwiczeniem na stabilizację mięśni głębokich. Na jednym z odcinków do góry sięgam po baton Beetit, bo czuję, że trzeba uzupełniać energię, a jak stwierdziłem tydzień wcześniej moc płynie z buraka. Coraz bardziej doskwiera mi samotność, co z tego że wokół są inni biegacze. I nie wiedzieć czemu robi mi się smutno. To chyba najtrudniejszy etap tego biegu, przynajmniej dla mnie. Obawiam się nieco zbiegu ze Śnieżki, bo podobno oblodzony, ale co tam najpierw trzeba dotrzeć do Domu Śląskiego tam będzie support czyli NKE i Judyta. Przypomina mi to, że miałem pilnować się Roberta, a ja nierozważnie wystrzeliłem do przodu. Do głowy przychodzą inne myśli, a może jak byłem w Odrodzeniu to wszyscy mnie wyprzedzili. Krasus, Ala, Robert, Asia i Witek. Czy to możliwe? I wtedy nagle czuje dłoń uderzającą o mój pośladek i słyszę głos – A mamy Cię!!! Oglądam się i widzę uśmiechnięte twarze Ali i Krasusa, na szczęście to Ala klepnęła mnie w pośladek. Teraz już będzie dobrze w trójkę ruszamy do schroniska w Domu Śląskim.

W różu siła – fot. Biegający Foto

 

Dom Śląski

Jesteśmy obfotografowani ze wszystkich możliwych stron. Trzy różowe spódniczki SNAG w tym jedna z włochatym sercem na tyłku, robią wrażenie. Mnie też robi się raźniej. Pytam o resztę różowej ekipy, okazuje się, że Rob jest kilka minut za nami, podobnie jak Asia i Witek. Ja relacjonuję jak gnają nasi mistrzowie. I tak wzajemnie siebie wspierając, pod czujnym okiem pĄojca dobiegamy do Domu Śląskiego. Atmosfera panująca w tym schronisku przypomina nieco mrowisko. Niby chaos, ale gdy przyglądasz się bliżej, dłużej, dostrzegasz sens i logikę tego wszystkiego. Okazuje się, że dogoniliśmy Młodego, który zaczyna coś ściemniać, że go już wszystko boli. Szybko przywołuję go do porządku, Młody rusza w dalszą drogę. Ależ jestem z niego dumny. Po chwili pojawia się Robert i już wiem, że dalszą część drogi będziemy przemierzać razem. Tacy z nas pĄbracia. Tymczasem zajadamy się pomidorówką, popijamy colą (pomagają nam wspierające nas jak zwykle NKE i Judyta) i już jesteśmy gotowi do dalszej drogi, a tam już niedaleko czeka na nas…

To gdzie ta Śnieżka bo nie widzę fot. Biegający Foto

Królewna Śnieżka Wstydliwa

Nie wiem jak było z krasnoludkami, czy oni w ogóle Śnieżkę widzieli? Ja jestem tu drugi raz i znów wstydliwa cholera schowała się za woalem z mgieł czy chmur. Wspinając się do góry, mijając tłumy turystów, obiecuję sobie, że do trzech razy sztuka, może następnym razem się uda. Podejście ciągnie się niemożliwie, dwa razy mam wrażenie, że już, już widzę zarys stacji meteorologicznej i za każdym razem się mylę. Dopiero gdy na szczycie wita nas tata Tomka Kowalskiego i z przykrością w głosie stwierdza, że niestety już wyżej się nie da, chyba że na tą hałdę śniegu – wiemy, że ją zdobyliśmy, zaliczyliśmy Śnieżkę. W kilka chwil później podczas zbiegu żałuję tego frywolnego porównania. Lekki poślizg noga wyjeżdża i siadam na tyłku. Naciągam przy okazji pachwinę. Już więcej nie będę tak się zwracał do dam, obiecuję.

 

Do Okraju

Jeśli dobrze rozłożyło się siły droga do ostatniego punktu na trasie, jest bardzo przyjemna. Długie odcinki w dół, szlak fajnie przetarty dobrze wydeptany. Leci się jak na skrzydłach. Raz prowadzę ja, raz Rob, jak za starych dobrych czasów. Jeszcze tylko kawałek i już dobiegamy do wyciągu narciarskiego, obiegamy go, krótki odcinek przez las i jesteśmy na ostatnim punkcie. Tam atmosfera kryzysu bo brakuje coli, ale mimo wszystko biegacze traktowani są jak udzielni królowie. Wypijamy szybką herbatę zjadamy po ćwiartce pomarańczy i ruszamy w dół. Trudny technicznie zbieg prowadzący momentami korytem strumienia i jego mocno podmokłymi kamienistymi brzegami kosztuje mnie dużo sił. Błogosławię chwilę kiedy zatrzymuję się na cedzenie kartofelków, bo od Śnieżki wlałem w siebie bardzo dużo płynów. W tym czasie tracę z oczu Roberta, cholera – chwila postoju spowodowała, że w moim ciele coś się zablokowało, nogi nie chcą współpracować.

 

Kryzys

Niechże ten zbieg się już skończy. Kiedy się kończy rozpoczyna się szutrówka. Gdzie jest ten Robert – myślę coraz bardziej wściekły, na siebie, że nogi nie chcą biec, na niego, że nie zaczekał. Podbiegam świńskim truchtem, ale wyciągając prawą nogę czuję, odzywającą się naciągniętą pachwinę. Kurde nooo. Ale mijając kolejny zakręt widzę stojącego i wpatrującego się we mnie Roberta. Co ty tam biwakowałeś? – pyta mnie niecierpliwym głosem. A ja z ulgą stwierdzam – Jest!!! – zaczekał na mnie.

 

Ostatni wysiłek

Podejście na Budniki. To taki trochę gwóźdź do trumny na tej trasie, ale nie ostatni. Niektórym to podejście strasznie się dłuży. Ja je chyba lubię. Za sobą mam już ponad maraton. Teraz każdy krok zbliża mnie do mety (tak jakby te z początku wyścigu, tego nie robiły). Tu zawsze jestem w stanie wykrzesać z siebie więcej sił. Gdy docieramy do szczytu, niczym ogar wyczuwający ofiarę, ruszam naprzód, wiedząc, że meta jest tuż, tuż. Że znów to zrobię, ukończę ten wspaniały bieg. Z obliczeń wynika, że nie uda się złamać bariery ośmiu godzin, ale wynik z ubiegłego roku poprawię o około godzinę. Na szczęście instynkt nie sprawił, że zapomniałem o Robercie. Oglądam się co jakiś czas, biegnie za mną równo. Mijamy kilka osób. Ostatni smaczek, pozostaje na sam koniec, pinezka do trumny. Nomen omen bo obiegamy wokół cmentarz. Na ostatnim podejściu Robert mnie dogania, ja wiedząc co będzie za chwilę składam kijki. Już mi się nie przydadzą. Wskazuję Robertowi urządzenia wyciągu mówię, że tam już zbieg, dalej już tylko meta. Rob rzuca się w dół jak kuna w agrest. Prawie nie jestem w stanie go dogonić. Przed nami na stoku dwójka zawodników. Mostek, zbijam piątkę z Kamilem Leśniakiem, za mostkiem Młody uśmiechnięty już z medalem. Rozpędzamy się, bo już widać koniec. Kibice wzdłuż ulicy, wspaniała atmosfera. Chwilo trwaj. Słyszę jeszcze głos Roba – pĄpki na linii mety. I tak wspólnie kończymy kolejny bieg ultra. Wpadamy w ramiona NKE i Judyty. I tak kończy się ta wspaniała przygoda. Na zegarze tik tak, tik tak 8 godzin 9 minut i 54 sekundy.

Dla tych chwil warto żyć – fot. Biegający Foto

Podsumowanie

Czy jestem zadowolony? Tak biorąc pod uwagę stopień przygotowań wynik jest niezły, może nawet lepszy niż na to zasłużyłem. Czy jestem usatysfakcjonowany? Chyba nie do końca, ale to chyba dobrze, trzeba zostawić coś na przyszły rok. I gdy wychodziłem z Młodym w niedziele z biura zawodów, na pożegnanie tata Tomka zapytał – To co do zobaczenia za rok? Odpowiedzieliśmy jednym głosem: Tak!!!  Bo w tym biegu jest magia, ośmielę się powiedzieć, że Agnieszka z Anią i ekipą zaklęły w tym biegu cząstkę duszy Tomka. Bo są tu fantastyczni ludzie, bo są piękne i nieprzewidywalne góry, bo mieszka tu przygoda.

„Kiss or kill” fot. Biegający Foto

Podziękowania

Z całego serca chcę podziękować Dagmarze i Judycie. Jesteście dziewczyny THE BEST. Robert bieganie z Tobą to jak zwykle ogromna przyjemność – dzięki za wspólne kilometry. Osobne podziękowania należą się organizatorkom i wolontariuszom – to zaszczyt być częścią tej imprezy. Mojej firmie Weron dziękuję za możliwość przetestowania plecaka firmy Nathan i za suplementację produktami Beetit Sport i AmSport. Kibicom dziękuję za trzymanie kciuków.

Wreszcie ostatnie słowa podziękowania i wielkiego uznania kieruję do Młodego. Brat jestem z Ciebie dumny. Móc obserwować jak rozwijasz się jako biegacz to dla mnie olbrzymia przyjemność. To w jakim stylu pobiegłeś ten bieg i z jaką determinacją się do niego przygotowywałeś zasługują na szacunek. Mam nadzieję, że zgodzisz się pobiec ze mną Rzeźnika za rok.   

Czy przed czy po z uśmiechem fot. pracownia F11

Różowy Kartel w komplecie fot. Biegający Foto