Plany, plany podsumowanie miesiąca i rekordy.

śluby rycerskie poczyniwszy…

Minął kolejny miesiąc moich przygotowań do Maratonu Warszawskiego imprezy, która miała zamykać mój sezon startowy. Jednak śluby rycerskie poczyniwszy postanowiłem w trzy tygodnie od Maratonu Warszawskiego, zregenerować się i przebiec Maraton Rzeszowski na moim terenie, w moim mieście. Wiem, że start nie będzie miał nic wspólnego z walką o życiówkę, bardziej będzie walką o życie, ale taki mój wybór i czasem musi boleć. Życiówka w maratonie jest planowana w Warszawie: czas planowany poniżej 4:15, czy się uda?

W tym miesiącu mam zapłacony start i przejazd na BMW Półmaraton Praski w Warszawie sprawdzian o tyle ważny, że planuję zejść z czasem poniżej 1:50, a jak się uda to nie przekroczyć 1:45.

lipiec treningi

Zestawienie lipcowych treningów

 podsumowanie właściwe

Lipiec jest o tyle trudnym miesiącem do podsumowania, że już na samym początku wypadł mi urlop. Nie, nie nagle, planowany od niemal samego początku roku i nawet było w planach bieganie po Toskanii (wszystkie rzeczy spakowane), ale… No właśnie po przejechaniu 1300 km z 1500 km w jedną dobę (niecałą i głównie nocą), mój organizm powiedział mi, że jestem głupi i że nie będzie ze mną współpracował na takich warunkach i postanowił dać mi nauczkę. Dostałem gorączki i chociaż było to tylko 38 stopni (normą u mnie jest gorączka dobijająca do 40 stopni) leżałem jak skóra z diabła przez cały jeden dzień, a przez drugi byłem wyraźnie osłabiony. Gdy już pozbierałem się do kupy, nie chciałem ryzykować i poświęciłem tydzień treningów na odpoczynek i wygląda na to, że była to słuszna decyzja.

Po powrocie wziąłem się ostro za siebie i nie odpuściłem żadnego treningu, niestety prawdopodobnie tą przerwą pogrzebałem swoją szansę na wygraną w rywalizacji z Jackiem na to kto pierwszy przekroczy 1000 km na dzień dzisiejszy mam do niego jakieś 80 km straty. Oprócz biegania, coraz więcej kręcę rowerem i gdzieś tam w tyle głowy kwitnie myśl o triatlonie, ale jeszcze nie teraz. Do porażek tego miesiąca mogę zaliczyć test Coopera, który nie wyszedł tak jak planowałem, czyli znów nie przekroczyłem 3 km. Jednak jeśli coś miało na to wpływ, to na pewno tropikalne upały, nienawidzę biegać w upale. Nienawidzę upałów, ale tutaj płynnie przechodzimy do sukcesów. Do tej pory biegałem bardzo późno gdzieś około 21 – 22, jednak zdałem sobie sprawę, że zawody, oprócz biegów nocnych odbywają się się za dnia, zacząłem biegać w weekendy rano i powiem wam, że sobie chwalę wstaję o 6:00 wybiegam o 6:30  temperatura znośna (zazwyczaj przez pierwszą godzinę), a potem mam taaakii długi dzień.

lipiec podsumowanie

Kilometry w lipcu

Nie daj się zabić Endomondo!!!

Największy sukces odniosłem jednak w ostatnim tygodniu lipca. Kiedy we wtorek przeczytałem co przygotował mi plan z Endomondo, pomyślałem że chce mnie zabić (10 km z czego 20 minut w tempie 4:43, ja tak szybko nie biegałem) i mieć mnie z głowy, jednak dlaczego? Przecież płacę subskrypcję Premium. Jednak podejmuję wyzwanie wybiegam z domu w słuchawkach Quenn coś śpiewa o grubych tyłkach dziewczyn, biegnę, patrzę na zegarek i pierwszy km znika w 5:10 nie czuję tego w ogóle, przyśpieszam bo wiem że gdzieś przede mną czeka podbieg, a niechciałbym go robić w tym zabójczym tempie. W pewnym momencie widzę jakieś 50 metrów z przodu biegnie sobie parka, fajnie, szybko, doganiam ich i mijam. W słuchawkach AC/DC, ich kawałki gdy biegnę szybko dają power. Drugi km 4:40 już czuję, że jest moc, ale wiem, że za moment spuchnę i skończy się rumakowanie. Jestem 200 metrów dalej widzę smukłą kibić, na plecach chustka i nie wiem skąd wiem, że to moja idolka Bo (klik tutaj i czytasz jej bloga). Gdy ją mijam odwracam się, macham ręką i uśmiecham od ucha do ucha i w odpowiedzi widzę uśmiech i odmachanie. Wooow jestem w biegowym niebie – moja idolka mnie pozdrowiła, no to lecę dalej. Trzeci kilometr zgodnie z planem 4:43, Jezuuuu a we mnie ciągle jest moc, biegnę. Czwarty – czuję kryzys, czuję ból, ale nie odpuszczam, bo czuję też krew!!! A i jest podbieg nie jest jakiś straszny, ale daje mi w dupę. Chcesz dziadu przebiec Rzeźnika? – pytam się w myślach. – To biegnij!!! – i biegnę dalej i wiem, że zaraz umrę tylko czekać aż zgasną światła, kilometr w 4:38. Gdzieś w słuchawkach słyszę komunikat od mojej żony, że zwariowałem i ta myśl dodaje mi sił (Dzięki Kochanie), zawracam i jest z górki aaaa błogość już wiem, że nie umrę i jeśli nic złego się nie stanie złamię barierę 50 minut na 10 kilometrów. – Ruszaj się, biegnij. W połowie: 4:23 – najszybszy kilometr. Powrót dziwnie się dłuży, ale kilometry uciekają 4:31, 4:35, 4:37 cholera ja zwalniam, ale chyba już nic mnie nie powstrzyma. Przed sobą widzę gościa, biegnie odpowiednim tempem, przyklejam się do jego pleców i tak biegniemy 4:37 na 9 km, jestem tak blisko, znów mijam Bo, ale teraz już tylko biegnę mój lider skręca i zostaje mi 1000 m samotnego biegu. W słuchawkach odzywa się muzyka z Rockego, wiecie, ta gdzie biegał, ten słynny kawałek z fanfarami na początku. Będzie, czuję to będzie, będę go miał byle tylko się GPS nie wysypał. Kiedy słyszę komunikat że przebiegłem 10 km rozpiera mnie energia, czas co prawda nieoficjalny, ale zarejestrowany 46:48. Małe rozciąganie i tryumfalny powrót do domu, w międzyczasie jeszcze prężenie muskułów na fejsie, jest rekord i to nie jeden jak się okazało ale trzy 10, 5 km i 3 mile.

rekordzik

Rekordowa dyszka

Jak więc widać na załączonym przykładzie jest postęp i tego się będę trzymał, nie odpuszczam treningów w sierpniu i do Warszawy na połówkę jadę po życiówkę. I tym pięknym rymem częstochowskim kończę na dziś.