Pierwszy Raz – po raz pierwszy

Historia biegowa pierwsza…

Mazury, tak dawno temu że ludzie tyle nie żyją. Leśna droga w okolicach Jeziora Plusznego. Wdech, wydech, wdech wydech i znowu, zaczyna brakować tchu, a w głowie myśl: jak ja nienawidzę biegać! Lewa prawa, lewa prawa, w chińskich trampkach przesypuje się piasek. W głowie błyska światełko ostrzegawcze: zdążę czy nie, ile już biegnę? To druga pętla, drugie półtora kilometra, mój najdłuższy w życiu bieg ile zostało czasu do magicznej bariery 15 minut, która przekreśli moje szanse na zaliczenie tego testu, jak daleko do mety na tym cholernym 3 km.

Zwalniam, zamiast przyśpieszyć zwalniam, co jest do cholery? Zaczynam słyszeć za sobą przyśpieszony oddech, ktoś biegnie za mną, dyszy jeszcze gorzej niż ja – albo mi się tak tylko wydaję, zwalniam jeszcze bardziej, może poholujemy się do końca. Spoglądam przez ramię to Konrad (mogę się mylić po tych wszystkich latach), dogania mnie, i o ZGROZO przechodzi do marszu. Przez chwilę walczy o oddech, a ja po krótkim zastanowieniu, również zaczynam maszerować. Chwilę dreptamy w ciszy przerywanej jedynie naszymi oddechami (ile trwa ta chwila, do tej pory się zastanawiam, pewnie jakieś 15 sekund). Wreszcie pytanie, które wisi nad nami jak klątwa nad grobem faraona zostaje wypowiedziane moimi ustami – Konrad ile nam jeszcze czasu zostało? Konrad spogląda na zegarek i potem na mnie i mówi słowa, które brzmią jak wyrok – Jakieś 30 sekund! Te słowa działają na mnie jak ostroga, ruszam sprintem, Konrad za mną, biegnę jakby goniło mnie stado lwów. Nic już nie jest ważne tylko meta, tylko zmieszczenie się w limicie czasowym. Jeden zakręt, drugi wypadam na skrzyżowanie leśnych dróg widzę ludzi, tak to tu meta, koniec. Instruktor (nie pamiętam teraz już który) spogląda na zegarek. Ile? – pytam drżącym z niepokoju głosem. 13:36* – słyszę w odpowiedzi, ale zaraz jak to może coś się zepsuło, Konrad mówił że zostało 30 sekund. A może biegłem tak szybko, że zagiąłem czas, hmmm? Nie to niemożliwe Konradowi się coś musiało pomylić. Udało się, zaliczyłem, cholera może polubię bieganie?

Biegacz po dekadzie

Ponad dekadę później polubiłem bieganie, widocznie do wielkiej miłości trzeba dorosnąć i w sumie to by się zgadzało. Jednak to bieg nad Jeziorem Plusznym  jest  pierwszym w mojej karierze biegiem “długodystansowym”. Tak to się zaczęło, ziarenko zostało zasiane. Później były jakieś bardzo krótkie przygody z bieganiem. Nawet pojawił się jakiś start na Regionalnej Olimpiadzie Pracowniczej, chyba na 1,5 km. I żeby nie przedłużać w roku 2011 – 10,16 km,
w roku 2012 – 10,49 km wg Endomondo. Nadszedł jednak rok przełomowy 2013, zamajaczyła przed oczyma wizja zmiany kodu trójki z przodu i wreszcie dzień urodzin 9 marca, wtedy to będąc na zakupach w Lidlu dokonałem zakupu butów do biegania po promocyjnej cenie
i zegarka z pulsometrem. Jednak do pierwszego treningu trzeba było zaczekać aż do 7 kwietnia 2013 roku, ale to już osobna historia…
* – Gdzieś w moich papierach mam jeszcze kartę zaliczeniową z wpisanym czasem, może jak uda mi się ją odnaleźć wrzucę ją tutaj ad perpetuam rei memoriam