Pierwsza połówka

Spowiedź biegacza

Nazywam się Bartek i jestem biegoholikiem… Nie, nie jest to historia mojego nałogu biegowego, choć pewnie to były jego początki. Nie jest to także historia pierwszej półlitrówki wody mineralnej wypitej po treningu. Zacznijmy jeszcze raz, historycznie, tak z lekką nutką Wołoszańskiego. Był pogodny wieczór 28 maja 2013 roku, kiedy wyposażony w małą buteleczkę po soku mojego starszego syna (młodszy popijał wtedy jeszcze tylko mleko z piersi więc nie miałem sumienia mu zabierać) stanąłem przed pierwszym poważnym wyzwaniem biegowym. W buteleczce woda z rozpuszczonymi witaminami i łyżeczką glukozy, w głowie kozacka myśl przebiec półmaraton, tak bez zawodów, dla siebie, udowodnić sobie że potrafię. Po niespełna dwóch miesiącach treningów, po przekroczeniu magicznej granicy godziny biegu non-stop, staję do pierwszego długodystansowego wyzwania, 21 km 97,5 metra. Dużo? Teraz z perspektywy czasu nie, ale kiedyś był to biegowy kosmos, moja waga 103 – 102 kilogramy, jeśli dobrze przeczytałem kiedyś moje stawy amortyzują trzykrotność mojej masy przy każdym kontakcie z podłożem czyli jeśli dobrze liczę to moje stawy zaamortyzują jakieś lekko licząc 6456 ton przy założeniu, że robię kroki metrowej długości, a wyznam wam w tajemnicy, że nie robię aż tak długich kroków. Jeśli to prawda to jest kolejny dowód na to jak niesamowitym tworem jest ludzki organizm. Szczerze – wyliczyłem sobie to po raz pierwszy przed chwilą i jakoś tak dziwnie wydaje mi się to nierealne. Ale wracając do tematu.

1 – 5 km

Jedyne co wiedziałem gdy wyruszałem na trasę, to że nie mogę biec za szybko zaczynam więc spokojnie, bardzo spokojnie, jak na siebie, niezmiernie nudzi mnie wolne szuranie. Teraz po kilku dłuższych biegach w życiu wiem że to szuranie, dla początkującego długodystansowca to podstawa. Więc szuram tempo mało zawrotne (gdzieś na poziomie 6:30 min/km), ale mam w głowie świadomość doniosłości chwili, staje się właśnie długodystansowcem półgębkiem, nic to że nieoficjalnie, ale jednak. Jedno co mnie cholernie denerwuje to ta pieprzona butelka w dłoni. Niby mała niby lekka, a przeszkadza i irytuje. Zwykle biegając słucham audiobooków, takie zboczenie, nie wiem dlaczego, ale lubię, muza może wyznaczać mi rytm kiedy biegam szybkie odcinki (np. test coopera), ale jestem uzależniony od czytania dużo dłużej niż biegam. Bieganie to jest czas, kiedy jestem sam ze sobą, sam ze swoimi słabościami sam ze swoim organizmem, stanowi znakomity czas do zdystansowania się od codzienności i nie chcę tych chwil zagłuszać muzyką, choćby moją ulubioną. Trzeci kilometr jest najwolniejszy, ponieważ składa się z kilku podbiegów może nie jakichś koszmarnie długich, ale dość stromych.

6 – 10 km.

Ta cholerna butelka doprowadza mnie do szału, ale popijam z niej ostrożnie co około 20 minut po małym łyku. Tempo ustabilizowane odcinek biegowy lubiany – rzeszowskie bulwary, gdzie ilość biegaczy zwiększa się mam wrażenie z dnia na dzień. Czuję się dobrze, biegnie się dalej, dzieje się historia.

11 – 15 km.

Wbiegam do strefy w której nigdy nie biegałem, aha – ważna informacja nie korzystałem wtedy w pełni z uroków Endomondo, więc na dobrą sprawę nie wiem ile przebiegłem, opieram się tylko na swojej znajomości terenów po których biegnę. Na 14 kilometrze pozbywam się wreszcie tej cholernej butelki. Zaczynam jednak odczuwać ból w stawach kolanowych, moja masa robi swoje.

półmaraton międzyczasy

Takie miałem międzyczasy

16 – 21 km.

Skończyła się woda, no i oczywiście zachciało mi się strasznie pić. Odzywa się peptalk, poprzez który żona informuje mnie że mam już za sobą 16 km. Taaak a gdzie ja przebiegnę brakujące 5 km? Moje obiegane trasy się skończyły. A ja chorobliwie nie lubię biegać tą samą trasą, którą podczas biegu już pokonywałem, tak samo nie lubię gdy ścieżki mojego biegu się krzyżują. Biegnie mi się coraz ciężej, nogi nie kręcą już tak jak dwa kilometry wcześniej, aczkolwiek później dowiem się że najszybciej pokonałem 17 kilometr. Szybko w głowie obliczyłem jeszcze jedną małą pętelkę, ale guzik już się nie biegnie fajnie, ciężko, każdy krok przypomina, że moje stawy jeszcze nie są gotowe na takie obciążenia, ale czym by było wyzwanie bez bólu. Jestem na wysokości mojego domu, kiedy odzywa się peptalk: You made it, to moja Najwierniejsza Kibicka, daje mi znać, że zrobiłem to, co jeszcze dwa miesiące wcześniej wydawało mi się Mount Everestem.

Trening półmaraton

Podsumowanie mojej pierwszej połówki.

 

Podsumowanie.

Trudno mi napisać obiektywne podsumowanie mojego pierwszego długodystansowego biegu, zwłaszcza, że w momencie gdy piszę te słowa jestem bogatszy w doświadczenia długodystansowe. Prawdopodobnie było dla mnie dużo za wcześnie na takie wyczyny. Przekonałem się o tym boleśnie przez kilka następnych dni gdy moje kolana “mówiły” mi co o mnie myślą. Jednak połknąłem bakcyla i przepadłem. Czas jaki osiągnąłem nie powala na kolana 2:12:00 wg endomondo, jednak wtedy nie liczyły się czasy. Półmaraton zostanie chyba, dystansem, do którego żywię bardzo duży sentyment, zwłaszcza, że jak do tej pory to on pokazał mi co to wyczerpanie i ból, ale to już całkiem inna historia…