Ostatni raz

Geneza

Na początek cofnijmy się w czasie, niedaleko bo do 8 maja bieżącego roku. Podczas pĄsta party przed Ultramaratonem Podkarpackim. Wtedy to Łukasz zdradza wszystkim swój plan zmierzenia się z dystansem maratońskim. Chce to zrobić podczas maratonu w Rzeszowie. Do akcji wkracza jednak Matka BO, która kilkoma trafnymi argumentami przekonuje go, że lepiej/łatwiej będzie mu zadebiutować w większej imprezie. Młody po przeżyciach warszawskiej połówki bez wahania wybiera 37. PZU Maraton Warszawski.

Misja

Fajnie jest mieć starszego brata? Co nie? Ja nim jestem. Jako poniekąd odpowiedzialny za początek biegowej kariery, poczuwam się do odpowiedzialności i opieki nad Łukaszem w jego maratońskim debiucie. Zbieram więc pieniądze w akcji Biegam Dobrze i w tym miejscu chciałbym bardzo podziękować wszystkim, którzy każdą kwotą wsparli Fundację Dzieci Niczyje, a przy okazji mój start w maratonie. Plan wygląda następująco Łukasz trenuje, a ja 27 września na całej trasie biegnę razem z nim dodaję otuchy, wspieram, kiedy trzeba opierdzielam.

Mali Bohaterowie Narodowego

W ubiegłym roku się nie udało, przegapiłem czas zapisów, w tym roku Hunowie start mieli opłacony na dobry miesiąc przed startem. Żeby było trudniej ich starty weszły w drogę imprezie towarzyszącej MW czyli RunBlog Fest. Ktoś wpadł na genialny pomysł, żeby zaprosić kilkudziesięciu blogerów biegowych z całej Polski zorganizować kilka paneli warsztatowych i after party. Zostałem zaproszony byłem i mam nadzieję, że troszkę skorzstam (na pewno z koszulki :D). Dużo ważniejsze jednak były biegi Hunów, obydwaj w koszulkach Smashing pĄpkins, ostro dali czadu. Duma rozpierała, niemal parowała uszami.

Najlepsza biegowa fotka ever Jerzy Wielki fot. Piotr Dymus

Najlepsza biegowa fotka ever Jerzy Wielki fot. Piotr Dymus

12043076_1507543479259052_3218293321489256242_n

Ryszard zwycięzca

Zadanie

Do Warszawy jechałem z ważnym zadaniem przekonać Roberta do wspólnego startu w przyszłorocznym Biegu Rzeźnika (tak, mam pewne porachunki do wyrównania z tym biegiem i chcę wystartować jeszcze raz). Miało być na owo przekonywanie sporo czasu, ponieważ Robert w swojej nieświadomości zaprosił mnie NKE i Hunów do siebie na maratoński weekend. O dziwo czworo naszych przeuroczych dzieci  nie rozpieprzyło domu Roberta (choć starań nie można im odmówić) i ten dalej ma gdzie mieszkać, z czego niezmiernie się cieszę, bo być może znów nas zaprosi. Co więcej nie musiałem go za bardzo namawiać na wspólny start, tym samym osiągnąłem pierwszy sukces.

 

Smashing pĄpkins party

Wyjazd do Warszawy zawsze się wiąże (przynajmniej ja zawsze się załapałem) z małą imprezką zwaną pĄsta party. Tym razem z racji najazdu blogerów pojawiła się także Matka BO. Imprezka w towarzystwie sobie podobnych świrów zawsze jest inspirująca. Z racji luzu przedstartowego – przecież nic nie muszę nie determinuje mnie wynik, muszę tylko! pilnować Młodego przez 42 kilometry, bawię się świetnie. Młody troszkę się stresuje, ale towarzystwo wokół chyba daje mu nieco psychicznego wytchnienia.  

 

Poranek

Budzi mnie cisza. Chyba jednak odczuwam stres :D. Bo wstaję 5 minut przed budzikiem. Ale nie codziennie Wasz młodszy braciszek debiutuje w maratonie, a Wy macie go wspierać. Przebieram się w ciuchy, przypinam numer startowy. Wszystko przygotowałem poprzedniego wieczora, wszak rytuał to rytuał – swoje prawa ma. Śniadanie maratońskie – wafle ryżowe z masłem orzechowym, kawa i banan. I już jedziemy z Robertem na stację, a potem od razu wsiadamy do kolejki i już pędzimy na Stadion Narodowy

 

Stadion

W kolejce więcej biegaczy niż zwykłych zjadaczy chleba. Czuć atmosferę wielkiego biegowego święta. Uwielbiam ten stan i choć tym razem nie walczę o życiówkę, to upajam się nim jak przedszkolak zlewkami na domówce. Impreza ma charakter szczególny, po raz ostatni meta usytuowana jest na płycie stadionu. Szkoda, szczególnie dla tych, którym nie będzie dane zaznać tego uczucia, gdy przez tunel wbiegają na ostatnią prostą a trybuny i cały stadion wrze jak ul. Naprawdę to przeżycie niezapomniane.

 

Rozgrzewka

Jest godzina 8 rano, zjawiam się na miejscu rozgrzewki, po chwili dołącza Łukasz, a wraz z upływem czasu reszta pĄpkinsów. Jest nas sporo, BO pokrzykuje przez megafon witając kolejnych uczestników biegu, czy też kibiców z naszej drużyny. Tworzymy całkiem malowniczą grupę. Chwila rozgrzewki i już idziemy do naszej strefy startowej. Młody zadecydował, że chce spróbować złamać 4:30, ja przy moim debiucie nie byłem taki cwaniak i ustawiłem się w strefie na 5 godzin. Wśród zająców na 4:30 jest Kargol, też pĄpkins. Atmosfera w grupie na 4:30 rewelacyjna – endorfiny wypływają uszami. Słychać z głośników “Sen o Warszawie” Czesława Niemena, to jest ten czas, ta chwila, start maratonu

DSC_0327

 

Luz w ramionkach

Jeszcze nigdy nie podchodziłem do dystansu maratońskiego na takim luzie. Wiem, że Młody przebiegnie, szczerze: wiem też, że nie przygotował się na 100%, ale jestem pewien, że gdzieś głęboko w genach obydwaj mamy ten zadzior, wolę walki i tę ambicję graniczącą czasem z szaleństwem na granicy obłędu. Dla mnie tempo zakładane na cztery i pół godzniny biegu jest tempem trochę poniżej możliwości. Dlatego na pierwszych kilometrach dowcipkuję i wydurniam się ponad miarę. Przy punktach kibicowania, pląsam jak człowiek ogarnięty chorobą św. Wita, podskakuję, rzucam jak to określono luźne gadki. Wszystkich, któych moje zachowanie drażniło serdecznie przepraszam, dopiero później zdałem sobie sprawę z faktu, że dla niektórych to 4:30 to szczyt możliwości, a osiągnięcie tego wyniku wymaga skupienia. Tymczasem biegniemy.

mwa15_01_jgl_20150927_091637

 

Pierwsza połówka

Tak naprawdę ciężko napisać cokolwiek o tej części dystansu. Upływała głównie na wspomnieniach biegowych, opowiadałem wszystkim, którzy mieli ochotę słuchać (Ci którzy nie mieli i tak słyszeli). Nowa trasa biegu wiedzie po zakątkach Warszawy, których nie znam, więc z zainteresowaniem rozglądam się na boki. Docieramy do Wału Miedzyszyńskiego najdłuższej ulicy w Polsce, gdzie rok temu podczas Półmaratonu Praskiego ómierałem (kto nie czytał KLIK). Biegniemy wzdłuż prawego brzegu Wisły. Na 13 kilometrze przekraczamy Wisłę i tu postanawiam nakręcić krótki filmik, o tym że jest zajebiście.

DSC_0332

krzywy uśmiech znaczy jest dobrze

Robi się coraz luźniej na trasie. Widać też już ludzi, którzy sobie maszerują, a dopiero jesteśmy za ¼ dystansu. Biegnie się równo, jednak widzę, że na każdym punkcie z wodą zające oddalają się od nas i za każdym razem musimy ich gonić. Takie zrywy mogą wykończyć Łukasza. Zmieniam nieco taktykę staram się na punktach z wodą wziąć dla niego i dla siebie kubek i doganiać go. Dawać mu kubek przeznaczony dla niego. Pilnuję też żeby jadł żele nie chcę żeby osłabł. Jest i połowa dystansu 2:12 co oznacza, że jest dobrze.

 

Jest trudniej

Powoli docieramy do momentu kiedy robi się trudno. Widzę jak Młody stopniowo opada z sił gdy przekraczamy 22 kilometr jesteśmy na ziemi dla niego nieznanej. Pojawiają się pierwsze kurwy, szeptane gdzieś pod nosem. Na pytanie jak jest odpowiada, że jeszcze na kilka kilometrów starczy sił, ale kilka to nie 20 z pozostałego dystansu. Zaczynam się denerwować. Szczególnie, że na tym odcinku jest dużo trudniej, teren jest lekko pofałdowany i jest pod wiatr. Niewiele pociesza fakt, że jak będziemy wracać będzie z wiatrem. Oddaje Młodemu żel, ja mam aż nadto, szczególnie, że do tej pory wciągnąłem tylko jeden i nie odczuwam jakichś wielkich ubytków energetycznych.

 

pĄmoc

Jest taka grupa ludzi, która potrafi zainspirować, zmotywować i dopingować jak nikt inny na świecie. Mówimy oczywiście o Smashing Pąpkins, którzy rozłożyli swój punkt kibicicowania w miejscu gdzie trasa tegorocznego maratonu łączy 25 kilometr i 34 łączą się. Gdy docieramy do tego miejsca od razu pojawiają się butelki z wygazowaną colą. Słychać doping skierowany dokładnie do nas. Budzi się pĄmoc. Tymczasem coraz bardziej zaczynają nam odjeżdżać zające na 4:30. Nie próbujemy ich gonić. Oglądam się na Łukasza, który zaczyna wyglądać jakby toczył największą bitwę w życiu. Szczerze powiedziawszy mnie też zaczyna męczyć ten bieg. Odczuwam jakieś dziwne ciągnięcie w lewej stopie i achillesie, czuję kolana, cholera to tempo nie jest moim tempem, 6’18/km boli. Biegniemy mijając się z biegaczami, którzy mają bliżej do mety, na mnie działa to cholernie deprymująco.

 

Podbieg

Młody mówi, że bolą go plecy. Motywuję go jak mogę, ale wiem, że za chwile założy sobie na mnie firewalla i będę mógł do niego mówić. Szczególnie, że mam bardzo niewiele w sobie z siostry miłosierdzia, bardziej jestem sierżantem-skurwysynem. Mam jednak asa w rękawie: na 34 kilometrze czekają jeszcze raz pĄpkinsi. Wiem, że oni poderwą Łukasza do walki, ja tylko będę musiał to w nim podtrzymać. Gdy widzę ich z daleka przyśpieszam. To bardzo dziwne, bo im bardziej wydłużam krok i przyśpieszam tym łatwiej mi się biegnie. Dopadam do Krasusa, BO i reszty – Dajcie Młodemu trochę motywacji, bo leci na oparach – mówie . Od razu zrywa się doping pojawia się butelka z colą, na 34 kilometrze skarb. Rusza z nami na podbieg BO, biegnie  i mówi do Łukasza, podzwania dzwonkami. Ja biegnę obok i już wiem, że jak przetrwamy ten podbieg będzie dobrze, będzie BOsko. Jest 35 kilometr. BOhaterka prowadzi nas przez cały podbieg. Już będzie dobrze, tylko 7 kilometrów.

 

Kryzys

Mijamy kolejne ulice wpadamy na most Gdański, Młody zaczyna odstawać, ale nie odpuszcza, mimo, że mówi, że chyba pora przejść do marszu. Widzę, że plecy muszą mu nieźle doskwierać, bo jego bieg stał się kaczkowaty. Zachęcam go do wysiłku – mówię mu, że jeśli wytrzyma jeszcze chwilę to będzie mógł poszczycić się faktem, że przebiegł cały maraton, zrobi coś, czego ja w debiucie nie dokonałem. Niestety tuż przed bramą Zoo przechodzimy do cholernego marszu. Jednak wyznaczamy cel i od znaku zaczynamy bieg. Słyszę jak Młody klnie, słyszę głośne – PIERDOLIĆ. I dzieje się cud Młody przyśpiesza, naprawdę z metra na metr biegnie coraz szybciej. Choć w śmiesznym stylu, ale tak właśnie walczy się głową, gdy nogi nie mogą. Proste PIERDOLIĆ, a potem OZD. Brawo Młody – krzyczę w myślach.

 

Finisz

Łukasz wyczuł finisz. Zebrał się do niego w dobrym momencie, dobrze ocenił siły. Lecimy, uskrzydleni, mijamy całą masę biegaczy. Już widać bryłę Narodowego, jest już blisko 40 kilometr, jeszcze bliżej 41. Wyciągam telefon i kręcę filmik. Tuż, tuż, już niedaleko tunel. Krzyczę do Młodego, że to jego czas jego moment, na tą chwilę czekał i doczekał się. Przyśpieszam wiem, że sobie poradzi. Widzę kibicującego Janusza i Leszka, wypatrują Młodego. I w pewnym momencie STOP widzę dwóch facetów jeden podpiera drugiego, ten podpierający w koszulce Rzeźnika zwalniam i pytam czy nie trzeba pomóc, ale nie kolega kiwa głową, że jest OK, że sobie poradzi. Wpadamy do tunelu, tak to magiczna chwila. Wypadam na płytę i tu mam ochotę się popisać, tak po prostu przyśpieszam, czuję, że zawodnik obok mnie przyśpiesza również, ale nie tym razem przyjacielu i nie ze mną, wyciągam krok i mijam go na luzie. Meta, ręce do góry – szczęście, udało się 4:33:57. Za linią mety wita nas Robert z Waldkiem to kolejny debiutant ze SP. Są pĄpki, jest medal, jest szczęście.

DSC_0334

buziak musi być

20150927_134213

pĄpasy na mecie podstawa

 

Epilog czyli ostatni raz

Nigdy nie mów nigdy, ale prowadzenie debiutantów na dystansie maratonu już raczej się nie zdarzy. Zadanie to ze wszech miar trudne i męczące, a ja leń nie lubię się męczyć za bardzo. To był ostatni raz tak jak i meta na Narodowym. Chciałbym bardzo podziękować wszystkim, którzy dopingowali nas na trasie, bez Was na pewno byłoby dużo trudniej. W szczególności dziękuję Judycie i Robertowi, za to, że nie bali się podjąć ryzyka i gościli u siebie Dagmarę, Hunów i mnie, to był świetny weekend – dzięki Wam.