O tym że warto mieć pasję

Co się ze mną działo?

Dawno mnie nie było, oj bardzo dawno. Najpierw miał być post o nieudanym biegu Trzech Kopców, potem o chorowaniu i sztafecie maratońskiej,  następnie o porażce na Łemkowynie, wreszcie podsumowanie trzech powyższych i w końcu podsumowanie biegowego roku 2016. Nie wyszło, uroki bycia samotnym ojcem przez 5 dni w tygodniu, nocnej pracy w pubie, a w weekendy chęć spędzenia czasu z rodziną, wybaczcie to zawsze będzie ponad blogowaniem. Ale wiecie Nowy Rok nowe wyzwania. No właśnie, a jednak przez prawie cały styczeń też nic nie pisałem. Cóż pod koniec grudnia dowiedziałem się, że definitywnie zmieniam swoje aktualne miejsce zamieszkania, ponieważ dostałem świeżą pracę w Radomiu. Chciałoby się rzec nareszcie!!! Przeprowadzki, poszukiwania mieszkania, organizacja szkoły dla Ryśka, przedszkola dla Jerzego. Proza życia. Z drugiej strony czekałem na kwalifikację do ZUKa, żeby plan w pełni się skrystalizował. Jednak to wszystko musi ustąpić wydarzeniom, które od kilku tygodni postawiły mój świat na głowie i nadal się trochę boję, że obudzę się z tego snu. Żeby jednak zacząć o tym pisać potrzebna będzie krótka dygresja.

 

Bardzo krótka dygresja

Kiedy prawie cztery lata temu, zaczynałem moją przygodę z bieganiem odmierzałem kolejne pokonane dystanse, 3, 5, 10 km wreszcie półmaraton – ten pierwszy przebiegnięty samotnie. Nie myślałem wtedy o bieganiu jako pasji ot po prostu dupa rośnie bezszelestnie, a masa zbudowana przy okazji gry w rugby, może się zmienić bardzo szybko w oponkę tłuszczową, bo przekroczyłem magiczną  barierę lat 30, po której bardzo wielu moich znajomych zaczyna niepokojąco rosnąć. Biegać mogłem kiedy mi się podobało więc wybór był prosty. Jednak bardzo szybko okazało się, że to bieganie oprócz tego że potrafi zmęczyć daje także mnóstwo satysfakcji i frajdy.

Po pierwszym roku spędzonym na biegowych ścieżkach zacząłem startować, pojawiły się pierwsze marzenia o łamaniu kolejnych barier czasowych, dystansowych. Zawody – magia gorączki przedstartowej, emocje związane z biegiem, przezwyciężaniem kryzysów i własnych słabości i radość z przekroczenia linii mety. Pierwsze słowa napisane na tym blogu – relacje, wspomnienia. Wreszcie najważniejsze – niesamowici ludzie, których poznałem dzięki bieganiu. Jednak w najśmielszych marzeniach nie przyszło mi do głowy (no dobra w marzeniach tak), że dzięki swojej pasji mogę dostać pracę z nią związaną. Aż tu nagle… (koniec dygresji)

 

“Czuję że mam temat dla Ciebie

Nowy Rok nowy projekt

Musimy pogadać jest robota”

Tak wyglądała wiadomość, którą odczytałem na ekranie swojego smartfona – pochodziła od człowieka, którego, jak szybko policzyłem, znam ⅔ mojego życia. Głowa zaczęła rozkminiać – co i jak, dlaczego? No i jak – teraz, kiedy mam już pracę w Radomiu? Kiedy mam na głowie przeprowadzkę? Jednak po kilku zdaniach zamienionych telefonicznie wiedziałem, że muszę się z Bartkiem spotkać. I tak oto po tej rozmowie, po tygodniu pracy w Radomiu złożyłem wypowiedzenie, a od 1 lutego zaczynam pracę w nowej firmie. A moja nowa praca będzie ściśle związana z bieganiem, co więcej będzie w dużej mierze związana z bieganiem ultra. Fajnie, co?  

Czy marzyłem, że będę pracował w branży sportowej? Hmmm – chyba otwarcie nigdy o tym nie wspominałem. Gdzieś tam, kilka razy, ta myśl sobie przemknęła poprzez próżnię mojej głowy, ale nigdy nie artykułowałem jej w sposób bezpośredni. Blog też nigdy nie służył jako środek, który pozwoli mi czerpać jakieś korzyści z mojej pasji. Zawsze był miejscem, gdzie dzieliłem się z Wami moimi wspomnieniami i przemyśleniami po biegach. Teraz to się może zmienić i to chyba na lepsze… Mam nadzieję, że nowa praca wymusi nieco na mnie regularną aktywność na blogu, bo bidulek od września wisi sobie na serwerze zapomniany. Dobrze, że na fejsie uda mi się od czasu do czasu coś wrzucić, bo inaczej bardzo szybko odszedłby w zapomnienie.

 

Jaram się tak bardzo…

…jak Rzym za Nerona i odliczam dni do pierwszego lutego. Jednak zdaję sobie sprawę, że czeka mnie bardzo trudne wyzwanie – wejście z nową, znaną niewielu marką na rynek nie będzie łatwe. Duży komfort daje mi fakt, że stoi za mną zespół doświadczonych w branży sportowej ludzi. Po raz kolejny świat dał mi dowód, że otaczają mnie wspaniali ludzie. Dzięki temu, że mam pasję otrzymałem olbrzymie możliwości rozwijania siebie, poznawania nowych, pozytywnie zakręconych na punkcie sportu ludzi, wyjazdów na różne eventy związane ze sportem. Na sam początek jadę do Monachium na największe w Europie targi sportowe. Spodziewajcie się relacji. Już wkrótce zdradzę Wam więcej szczegółów.