Niedokończony biznes

Bywają w życiu pewne niezakończone sprawy. Do takich tegorocznych niedokończonych biznesów należy: Ultramaraton Podkarpacki (klik) i Bieg Rzeźnika (klik i klik), los zechce, a jeszcze się spotkamy i wyrównamy rachunki. Jednak w sercu kłuje jak cierń zadra z roku ubiegłego. Szumnie zapowiadana w ubiegłym roku życiówka na 10 kilometrów, roztrzaskała się w drobny mak jak kryształowy kieliszek upuszczony na marmurową posadzkę. Co z tego, że złamałem barierę 50 minut, co na początku ubiegłego sezonu wydawało się łohoho jakim wyczynem. Przebiec 10 kilometrów poniżej 45 minut, to już jest coś. Bieg Niepodległości AD 2014 (klik) pokazał mi jak ludzko słaby jestem pod pewnymi względami. Na szczęście uczymy się na błędach.

 

Motywacje

Od początku mojej “kariery” biegowej myślałem, że biegam tylko i wyłącznie dla siebie. W dużej mierze jest tak nadal, jednakże nie do końca. Złamanie kolejnej bariery, kolejnego ograniczenia organizmu, walka ze swoją słabością, bólem, a czasem (o czym rzadko piszę) cierpieniem jest dla mnie wyzwoleniem i potrafi dać mnóstwo satysfakcji. To jedna strona medalu, jest jeszcze druga – ta mroczniejsza, próżna hmmm… męska? To chęć imponowania innym. Cholernie niebezpieczna i przewrotna jest ta strona, jednak gdy się uda i widzisz w oczach znajomych podziw i uznanie z osiągniętego wyniku, to uczucie potrafi być niesamowicie uzależniające. I gdy piszę te słowa to już sam nie wiem co bardziej lubię,

 

Cel

Każdy wynik powyżej 45 minut będzie klęską, porażką i choć do poprawienia życiówki wystarczy pobiec 48:55 – to taka myśl napawa mnie niechęcią i niesmakiem do samego siebie. Byłby to sygnał, że od roku nie zrobiłem niemal żadnego postępu. Dlatego od dwóch tygodni katuję się na bieżni. Starając się aby ultrakompensacja po UMB pozwoliła urwać coś niecoś z tej lekcji, którą planuję 11 listopada. 

 

Strach…

A jakże, jest chyba większy niż przed wszystkimi startami w tym roku. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta – jakoś oswoiłem już te długie dystanse. Przynajmniej tak mi się wydaje. Nie miewam dziwnych snów, przed startami sypiam spokojnie, a jak sami wiecie różnie to bywało. Jednak odczuwam coś na kształt respektu ba nawet strachu, przed tą dychą, która rok temu przeżuła mnie i ze wstrętem wypluła. Podobny nabożny szacunek odczuwam przed sprinterskim dystansem 5 km. O ile na półmaratonie, czy maratonie jak coś się gdzieś spierdoli można liczyć, że ma się pewien margines błędu na poprawkę, to na 10 robi się on taki na pół paznokietka, a może mniej.  

 

Rywalizacja

Może powinienem to napisać przy okazji motywacji, ale ta rywalizacja, mimo że prowadzona poniekąd korespondencyjnie (ktoś komuś powiedział, że się ma ścigać) jest faktem i jest dodatkowym motywatorem. Jest trzy osoby, które chciałbym prześcignąć w tym biegu, a może to nie być proste. Zwłaszcza, że gdy jak chce się coś koniecznie zrobić, życie przewrotnie stara się zrobić nam na złość i uniemożliwia realizację celu. Także 11 listopada trzeba będzie odpalić #GoTiger i dać czadu, aby rywale poczuli zapach mojej kompresji i  zobaczyli migające w oddali podeszwy moich butów.

 

Nadzieja

Kiedy spoglądam w lustro, widzę jak bardzo zmieniłem się od ubiegłego roku. Nie tylko fizycznie, to akuratnie widać po ciuchach i zdjęciach, pĄpkinsowa koszulka startowa kiedyś obcisła teraz stała się dziwnie luźna i raczej nie jest to kwestia częstego prania (powinna się zmniejszyć w praniu – rajt?). W mojej mentalności i podejściu do treningów i stylu życia też zaszły spore zmiany. Zmiany na lepsze. Liczę też na kompensację, kilometry wyklepane na przełomie września i października pokazują, że żeby biegać szybciej trzeba  dużo biegać wolniej. Kiedyś tempo 4:45 min/km było zabójcze, teraz nie mam z nim żadnego problemu – jest nadzieja.

 

Wojna

Ostatni start tego sezonu zbliża się wielkimi krokami. Liczę, że będzie zwycięski, wszystko wokół mówi, że tak… Ale dowiemy się o tym kilkadziesiąt minut po 12, jedenastego listopada. Chcesz pokoju, szykuj się do wojny i ja się szykuję. Wiem, że będzie bolało, ale niech boli lubię ten ból.