Najdłuższy dzień czyli XII Bieg Rzeźnika cz.1

Jest taka książka “Najdłuższy dzień”, napisał ją Cornelius Ryan, opowiadała o 6 czerwca 1944 roku, czyli o D-Day, jednym z najważniejszych wydarzeń w historii II Wojny Światowej. Mój najdłuższy dzień miał miejsce dokładnie 70 lat i 354 dni później 5 czerwca podczas XII Biegu Rzeźnika i także było to jedno z najważniejszych wydarzeń, tyle że nie w historii, a w moim życiu. Ten kultowy już 78 kilometrowy bieg po czerwonym bieszczadzkim szlaku od ubiegłego roku był moim marzeniem, a gdy w 13 stycznia tego roku dowiedziałem się, że będę mógł spełnić to marzenie, podporządkowałem mu pierwszą połowę sezonu.

Pojawiamy się na arenie zmagań

Do Cisnej gdzie ma miejsce cała baza biegu przyjeżdżamy około 15:30 z Wojtkiem, czyli moim partnerem w biegu (biega się w zespołach dwuosobowych) i Łukaszem, który po raz kolejny będzie pełnił rolę supportu na trasie, ma zapewnić nam szybkość na przepakach. Odbieramy pakiety startowe i od tej pory ja jestem panem X, a Wojtek panem Y, a numer nasz 188 – Łukasz pozostaje Łukaszem. Zostawiamy też worki z zapasami na przepaki (chwalą nas że takie małe) i jako że mamy czas do odprawy jedziemy do Smereka, żeby Łukasz wiedział gdzie czekać na nas na drodze Mirka, bo tam liczymy, że można zyskać nieco czasu. Po drodze zjadamy pyszny obiad w Karczmie Brzeziniak (Naleśniki Bojkowskie – palce lizać) i wracamy na odprawę, a tam Matka BO, Ojciec Krasus, Ewa i Aga, czyli moje kochane Smashing Pąpkins, ludzie z którymi trzy tygodnie wcześniej przemierzyłem ⅔ trasy Rzeźnika, taka ekipa że klękajcie narody. Oprócz nich spotykam kilku znajomych w tym Bartka, który towarzyszył mi na ostatnich kilometrach Zimowego Maratonu Bieszczadzkiego. Bartek utwierdza mnie w przekonaniu, że przed Rzeźnikiem denerwują się wszyscy, stwierdzając prosto z mostu, że chodzi osrany od tygodnia, zresztą kupa to chyba będzie słowo klucz na tym wyjeździe. Po odprawie jedziemy na kwaterę, a tam zwykły ruch i przygotowania do startu, zalewanie bukłaków, przypinanie numerów startowych mocowanie chipów do butów. Wszystko to nie trwa jednak długo, bo o 22:30, gdy wszystko jest gotowe gasimy światła i kładziemy się spać, pobudka o 1:30.

Rzeźnicy przed robotą

Rzeźnicy przed robotą

Sen jednak nie chce przyjść za nic na świecie, kotłuję się w śpiworze z boku na bok i myślę, intensywnie myślę – Co będzie na trasie? Czy dam sobie radę? Próbuję czytać książkę na telefonie, ale do światła wyświetlacza, zlatują się owady, w końcu usypiam. Nie wiem co się dzieje, gdy budzik zaczyna wyć, ale już po sekundzie dociera do mnie – TO DZIŚ. Na ten dzień tak czekałem, chwilo trwaj, tylko dlaczego tak cholernie chce mi się spać? Szybka kawa, kasza jaglana z owocami i orzechami, batonik chia charge, ubieranko i jedziemy na start do Komańczy. Na miejscu jesteśmy już po kilku chwilach, a tam sama magia, wszędzie światła latarek czołowych, rytmiczne dudnienie bębnów, które są tak charakterystyczne dla tej imprezy, wszędzie tłum rozemocjonowanych zbliżającym się startem biegaczy, z głośnika dobiega głos Mirka dyrektora tego biegu, nad głowami szumi śmigiełkami i świeci na zielono- czerwono dron. Wreszcie upragnione odliczanie – TRZY, DWA, JEDEN – BUUUM, wystrzał. Zaczęło się.

W stanie przedrzeźnikowym

W stanie tuż przedrzeźnikowym

Akt I ten w którym kryzys przychodzi za szybko

Ruszamy, ale chyba nie jest to bieg Rzeźnika, nie byłem nigdy na żadnej pieszej pielgrzymce, ale poza brakiem śpiewów – to chyba jest podobnie, sznur, wąż lub stonoga, jak kto woli, ludzi ciągnie się jak okiem sięgnąć. Tylko z prawa i z lewa chwilowa ciemność nocy, którą już teraz ożywiają: tupot tysięcy stóp, gwar prowadzonych rozmów i coraz głośniejszy z minuty na minutę świergot ptaków. Generalnie ptaków jest pełno, bardzo dużo wróbli w garści trzymają biegacze, którzy przystają, często gęsto o obu stronach drogi i cedzą w pięknych okolicznościach przyrody kartofelki. Pierwsze 7 kilometrów to bieszczadzki “asfalt” biegnie się fajnie, choć gdy znajdujemy się na właściwym szlaku, to wtedy przestaje być fajnie, a zaczynają się korki. Największe tworzą się przy przeprawach (jakże to szumnie brzmi, choć w sumie jak płynie to szumi, co nie?) strumyków. I to właśnie wtedy odkrywam, że moje suunto na ustawieniach, które mu zaaplikowałem (zapis pozycji gps co minutę), gdy tylko zwalniamy przestaje pokazywać tempo i nie nalicza właściwie pokonywanej odległości. Jest to wkurzające o tyle, że mniej więcej wiem na którym kilometrze co gdzie jest. Jednak nie tylko ja mam takie problemy wśród uczestników, podczas trwania całego biegu słychać było pytania – A który masz kilometr? Odkrywam jednak niepokojący objaw, strasznie puchną mi dłonie, patrzę na nie i widzę mega spuchnięte łapy Ciasteczkowego Potwora. Próbuję zdjąć kontrolnie obrączkę, a ta nie chce się ruszyć. Na wszelki wypadek żeby nie martwić Wojtka nic mu o tym nie mówię, może przejdzie.  Zaczyna się robić jasno, trasa na tym etapie wiedzie po zalesionych szczytach, a wschodzące na bezchmurnym niebie słońce kładzie piękne światłocienie. Aż chciałoby się wyciągnąć aparat i trzasnąć kilka fotek, jednak aparatu nie ma, czasu też nie ma, więc lecimy dalej.

Po niecałych dwóch godzinach nadchodzi czas na zdobycie pierwszego szczytu naszej wyprawy z Wojtkiem, jesteśmy na Chryszczatej (997 m. npm.). I od tego momentu przestaję znać trasę pierwszego etapu, wiem tylko jak wygląda Przełęcz Żebrak. Pierwszego etapu nie przerobiłem trzy tygodnie wcześniej na miniobozie z pĄpkinsami, teraz jestem zdany na wiedzę Wojtka, który ten odcinek zaliczył, natomiast nie biegał po dalszych. Gdy tak pokonujemy kolejne kilometry, zaczyna się ze mną dziać coś niedobrego, przestaję wierzyć w sukces tego biegu, co więcej odzywa się moja fizjologia, która daje mi do zrozumienia, że popełniłem błąd nie zaliczając dwójki “rano”. Najbardziej odczuwalne jest to przy zbiegach, gdy tylko przyśpieszamy w dół moje wnętrzności wywijają radosne fikołki, po całej jamie brzusznej. Marzy mi się śmierdzący toi toi w Cisnej, z którego korzystałem wczoraj przy okazji odbioru pakietów. Postanawiam wytrzymać do Cisnej, ale w środku się czuję, wybaczcie to porównanie, jak worek z gównem. Gdy mijamy Żebraka robi mi się nieco lepiej, bo oprócz pomiaru czasu jest tam kilku kibiców, którzy głośno klaszczą. Międzyczas na zegarku mówi  2:33’34.

W pewnym momencie słyszę od Wojtka na zbiegu – Tnij! – No i zaczynam ciąć. Kilka sekund później – Kurwa, wolniej!!! – Przecież kazałeś mi gnać – mówię z wyrzutem – Powiedziałem pij – odpowiada Wojtek. No to się napiłem. Tylko gdzie jest ta Cisna? Ja chcę do Cisnej, tam jest już wszystko znane. Czuję, że bieg mi się nie układa, że nie dam chyba rady, ale przecież nie biegnę sam. Powtarzam sobie w głowie, że byle do Cisnej, potem już przecież wszystko znam. I nareszcie jest wyciąg i mega stromy zbieg, na szczęście jest sucho, bo inaczej byłaby jazda na dupie. Potem Schronisko pod Honem, już jestem w domu. Zbieg w dół, jest prawie 8 rano a na ulicach Cisnej pełno ludzi, wszyscy biją brawo i głośno kibicują. Przy torach i kultowym mostku kapela nadaje tempo, achhhhh jaki piękny ten dzień, chwilo trwaj. Momentalnie odzyskuję siły, jesteśmy planowo, dobrze idzie, po opuchniętych dłoniach nie ma ani śladu. Wyprzedzam Wojtka na matach i łapię miedzyczas 4:50’06.

Intermezzo

Przepak w Cisnej pod ogrodzeniem siedzi Łukasz, czeka z camelbagami na wymianę, jednak jeden okazuje się przecieka i trzeba Wojtkowy uzupełnić. Zabieramy nasze graty z przepaku, ja ściągam bluzę z długim rękawem i pozostaje tylko w pĄpkinsowej koszulce. Jeszcze dwie chwile, piona od Brata i ruszamy.

CDN