Najdłuższy dzień, czyli 12 Bieg Rzeźnika cz. 2

W poprzednim, odcinku: (kto nie czytał KLIK)

(A tutaj w skrócie). Bohaterowie tej opowieści  dzielnie, walcząc z sennością i korkami na pierwszej części trasy dotarli do Cisnej, przegonili bawiącego na długim weekendzie w Bieszczadach brata faraona Ramzesa – Kryzysa i właśnie są gotowi do dalszej drogi.

Akt II w którym jest kupa ale nie w znaczeniu pejoratywnym.

Ruszamy. Wojtek twierdzi, że najbardziej boi się tego etapu. Ja wiem, że ten jeszcze jest lajtowy, choć podejście na Małe Jasło to niekończąca się droga w górę. Ale droga w górę osłonięta przed promieniami słonecznymi, które już teraz nieźle przypiekają. Odczuwam wdzięczność do uczestników mini pĄpkinsowego obozu, za to że przeciągnęli mnie po Bieszczadach, to dzięki pracy z nimi jestem gotowy na to co mnie czeka. Jest jednak nadal jeden problem – nie wykupałem się w Cisnej i znowu zaczynam się czuć gównianie. Jeszcze tylko kilka kilometrów i już jesteśmy w połowie drogi, potem to już bliżej niż dalej, wciąż idziemy zgodnie z zakładanym planem. Jest dobrze. Naprzód. Jednak nie! Kupa nie odpuszcza muszę w krzaki, to znaczy w las Wojtek nie protestuje. Idę, robię to co mam zrobić i wracam. Wojtek mówi mi, że ta chwila była mu potrzebna, bo zaczął opadać już z sił, ale odpoczął i już jest ok. Lecimy dalej, tak się zamyśliłem, że nie zauważyłem Okrąglika. Jeszcze tylko jedno podejście pod Fereczatą, ze słońcem palącym wprost w plecy, ale później po tym podejściu jest zbieg. Cholernie trudny, ale po nim jest droga Mirka, długa droga w dół, ale płasko. Jesteśmy tam umówieni z Łukaszem, który ma zostać naszym zającem na tym odcinku. Drogę Mirka chcemy przebiec, żeby zyskać trochę czasu. Jednak po zbiegu, chcemy dać odpocząć nieco obolałym udom. Przełamuje się i dzwonię wtedy do NKE (po Ultra Podkarpackim miałem nie dzwonić w trakcie zawodów – kto nie czytał dlaczego ten KLIK), chcę jej powiedzieć, że jest ok, że czuję się dobrze, bo tak jest. Kurcze mimo, że mam w nogach prawie 50 kilometrów czuję się świetnie, a przecież zbliżam się do granicy za którą nigdy nie byłem, czyżbym aż tak dobrze się przygotował?

Po  katuszach zbiegu z Fereczatej, wreszcie droga Mirka. To taki trochę złudny relaks, miejsce gdzie można nadrabiać stracony czas, a większość drużyn w tym miejscu odpoczywa. Nas prowadzi Łukasz, który czekał na Nas, napoił colą, a teraz namawia do biegu, średnio to wychodzi, bo łapie mnie kolka, a i Wojtek często gęsto prosi o przejście do marszu. Przed samym przepakiem, gdzie Łukasz nie może już wejść opychamy się melonem i arbuzem, częstujemy innych uczestników i już jesteśmy na miejscu.

 

W samo południe.

Złapany czas na matach przy przepaku 9:07’22. Jesteśmy już za połową, teraz powinniśmy czuć, że każdy metr zbliża nas do mety. Jednak widzę, że zmęczenie kumuluje się w Wojtku. Krajobraz tego przepaku przypomina mi oazę na pustyni, z nieba leje się żar, jakieś namiociki gdzie rozdają wodę i jedzenie, dookoła snują się jak cienie – ludzie. Ja siadam na ławeczce zajadając pysznego proziaka. Mój niepokój próbuję pokryć paplaniem, jednak nie uważam na to co mówię: Że na górze będzie słońce, że będzie ciężkie podejście, że oprócz tego, że świeci to pali, a jak będzie mniej palić to będzie piździć, że podejście jest strome. Chyba jednak tak do końca nie zdaję sobie sprawy, że wbijam w ten sposób gwoździe do “trumny” Wojtka, który dawno nie był na Smereku i Połoninie Wetlińskiej. Może gdybym go tak nie masakrował informacjami, byłoby mu łatwiej, a tak chłopak przeżywa ciężkie chwile ze swoim ponad miarę elokwentym partnerem. Znów ruszamy na trasę.

 

Akt III falowanie i spadanie.

Podejście pod Smerek to kurwa, tak po prostu, z ubiegłorocznego Rzeźnika, którego filmowaliśmy razem z Wojtkiem wiem, że ludzie cholernie narzekają na nie. Jest ciężko, ale mnie dodaje sił myśl, że oto pozostał nam do zakończenia tylko troszkę więcej niż półmaraton. Natomiast z Wojtka wydaje się wypływają siły. Ja staram się liczyć ile czasu zajmie nam ten odcinek. Zakładam, że nadal będziemy mieli tę godzinę zapasu. Zagadujemy innych biegaczy, robimy znajomości po całej Polsce.

Wtarabaniamy się na Smerek po wysokich schodach, zmęczeni, ale ja mam dziś w sobie coś z sierżanta skurwysyna. Naprzód, naprzód go, go, go… Czuję jak kurczy nam się czas. Mimo otaczającej nas przepięknej przestrzeni, ściana limitu goni nas nieubłaganie, ciśnie i w głowie rodzi się myśl o klęsce – O ja pierdole nie zdążymy, o ja pierdole nie zdążymy, o ja pierdole nie zdążymy… Wybrzmiewa mi w głowie jak mantra. Wiem, że gdzieś tam na Wetlińskiej czeka na nas mój Teść. Jak to Wojtek powiedział przychylna gęba, tak nam potrzebna. Wzruszam się na tę myśl, mój Teść kibicujący mi wiernie od początku mojej startowej kariery, znający Bieszczady jak własną kieszeń, ten który ze stoickim spokojem zawsze powtarza – Bartek powoli! Taki transparent czekał na mnie, gdy sprawdzałem się jako zając w Półmaratonie Rzeszowskim w kwietniu, wtedy się przydał, bo musiałem się hamować, żeby nie zarżnąć grupy. W kącikach oczu czuję łzy, dobrze że Wojtek, jak całą trasę do tej pory poza krótkimi epizodami, jest z przodu. Chyba mam kryzys, ale nic nie mówię, pogrążam się powoli w obszar beznadziei, bo przecież nie mamy szans zdążyć! Wleczemy się. Gdzie jest ta Wetlińska, no gdzie ta Chatka Puchatka? Próbuję się wziąć w garść, od czasu do czasu żartując z jednym zespołem, z którym mijamy się enty raz. – Zamówcie nam piwo na mecie!!! – Wołam za nimi. Po chwili gdy ich mijamy, oni krzyczą za nami i tak na przekomarzaniach przyjemnie zaczyna mijać trasa, tyle tylko że czas nieubłaganie płynie. Chcę wreszcie zacząć nadawać tempo, wyrywam się do przodu, tak to chyba już Chatka już blisko, ale w Berehach będziemy na styk, zgodnie z limitem, cholera jasna. – Bartek daj mi być z przodu – słyszę głos Wojtka. – Nosz kurwa mać – drze mi się coś w duszy – nie zdążymy! Ale już widać Chatkę, jeszcze tylko troszkę pod górę. Patrzę i oczom nie wierzę, bo ukazuje mi się taki widok:

11407113_847447678626433_7944403618649738680_n

Mój Teść, który motywuje jak nikt. Transparent staje się kultowy. fot. Jolanta Błasiak – Wielgus.

Teść, daje nam wody, ale ja nie pozwalam się nam zatrzymać. Na widok transparentu i na słowa Teścia, że mamy coraz mniej czasu, że będziemy prawie zgodnie z limitem na dole na ostatnim punkcie rodzi się we mnie bunt. – O NIE KURWA, JA NIE PO TO TRENOWAŁEM PÓŁ ROKU, NIE PO TO ZAPIERDALAŁEM PO TYCH GÓRACH TYLE CZASU, ŻEBY TERAZ ODPUŚCIĆ I SIĘ PODDAĆ – To w mojej duszy wydziera się głos. Czuję że wszystko się we mnie spina, ale tak pozytywnie, zaczynam wierzyć w sukces, że to się jednak uda. Po tej cholernej drodze w dół cisnę jak szalony. Widzę po drugiej stronie już Caryńską, która wygląda tak pięknie, ale wiem że to co nas tam czeka, to piekło. Jest ostatni punkt kontrolny, ostatni wodopój.

 

Berehy i jeszcze tylko jeden krok

12:52 (godzina 15:52) wyłapany na matach czas. Czyli nasz zapas czasowy stopniał do 38 minut bo o 16:30 zamykają ten punkt. Zrzucam plecak, Łukasz ze spalonym od słońca nosem, podaje mi następny na wymianę, Wojtek przysiada, chłodzi u ratownika kolana, ja robię to samo. Wywalam wszystko co nie jest potrzebne zostawiam sobie tylko żele (chyba dwa) i mówię Wojtkowi, że zaraz lecimy, na lekko i szybko. Wypijam Burna, reguluję kijki, zaciskam na nich dłonie. Wychodzimy z punktu pobyt na nim zajął nam 6 minut. Uważam że całkiem nieźle.

 

OKO W OKO Z BESTIĄ

Na samym początku wspomnę, że nie jestem dumny z tego co powiedziałem o Caryńskiej u jej podnóża, zdawałem sobie sprawę, że to chyba najcięższy odcinek, który nas czeka. Wiedziałem, co przeżywałem na tym podejściu jeszcze trzy tygodnie temu, gdy od Berechów wychłeptałem cały 2,5 l bukłak z wodą, gdy brakowało mi tchu. Najdelikatniejsze określenie to chyba – TA JEBANA GÓRA! Nastroje w sąsiednich ekipach też nie najlepsze, choć nam na początku idzie całkiem nieźle. Ja czuję się tak zdeterminowany, że przestaje myśleć o stopniu trudności podejścia, gdy to zaczyna się robić coraz bardziej strome. Liczy się tylko kolejny krok, kolejne odepchnięcie kijami. Dziwne ale po ponad 12 godzinach na szlaku nie czuję aż takiego zmęczenia, tyle, że ja może nie, ale Wojtek zaczyna walczyć z BESTIĄ.

Dochodzimy do miejsca, gdzie jest wiatka. Wojtek siada. Ale widzę, że w niejednym zespole trup ściele się gęsto. Podrywam go do marszu do góry, ale chłop słabnie mi z metra na metr. 25 metrów do góry, przerwa głębokie oddechy, kolejne metry i znowu, jak w strefie śmierci w górach wysokich. Na moje – Dawaj Wojtek – on odwraca się i szepce – Sorry.  I w tym momencie do mnie dotarło, że stoi przede mną gość na granicy wyczerpania, skóra na twarzy naciągnięta, oczy zapadnięte, podkrążone. Przestraszyłem się, że zaraz mi padnie. Próbuję go motywować, że do szczytu coraz bliżej, że jeszcze trochę, że świetnie nam idzie, tylko musimy się przesuwać do przodu. Ale nic nie działa. Wojtek założył sobie jak potem sam stwierdził “firewalla” na mnie. Mówi, że żołądek mu nie pracuje, że musi iść w “krzaki” (na szczęście jesteśmy jeszcze w linii lasu). Gdy wraca ruszamy dalej, metr za metrem mozolnie wspinamy się na szczyt. Już jesteśmy poza lasem, już widać szczyt. Mówię do Wojtka – Zobacz, jeszcze trochę dawaj – a On do mnie – Daje z siebie 102%, nie mam już siły. Mija Nas chyba z miljon ekip.

Kurwa mać, byliśmy tak blisko!!! Zaczynam automatycznie myśleć, co napisze na blogu, gdy nie zmieścimy się w limicie? Do głowy przychodzi jedno słowo – ZJEBAŁEM. Za rok jest przecież kolejny Rzeźnik (Tak, ale czy mnie wylosują?). Toczy mi się w głowie dyskusja. I nagle już jesteśmy na grani, tyle że Wojtek zaraz dalej nie będzie mógł iść. Mówię do niego – Zostało jakieś 150 m po grani do szczytu – spoglądam na zegarek – idziemy godzinę i piętnaście minut do góry, zakładałem że będzie więcej. Na szczycie masz 5 minut dla siebie na odpoczynek. Ale odpoczynek robimy jeszcze przed szczytem. Wojtek zjada mój żel, dzwoni do żony żeby jej powiedzieć, gdzie jesteśmy, a ja stoję nad nim jak kat nad grzeszną duszą i odliczam czas. Cztery minuty…, trzy minuty…, dwie minuty…, minuta…, ruszamy!

Wdrapujemy się na szczyt i ruszamy naprzód, Wojtek się trochę odrodził, ja staram się oszacować dystans, który nam pozostał – jakieś 4 kilometry, może 4,5? Napieramy i naglę widzę z góry Ustrzyki, pokazuję Wojtkowi i innym liczącym czas na głos uczestnikom. Uda się!!! Teraz już powinno się udać. Trzeba uważać na kamieniach, jeszcze trochę i zaraz będzie las, a potem już tylko w dół i w dół. W dolinę ku mecie… Gdybym był sam puściłbym się biegiem w dół, ale jesteśmy zespołem do końca pójdziemy razem, przeszliśmy naprawdę trudne chwile, ale ukończymy ten bieg. Jest już las, cały czas w dół, schodki, uwaga kamienie, trochę ślisko tutaj. Daleko jeszcze??? Ile jeszcze może być tego zbiegu. Chyba słyszałem samochód? Wreszcie kończy się las, jeszcze kawałek zbiegu. Zaczynam nucić pod nosem “Now we are free” z Gladiatora, mijamy jedną ekipę, za moment drugą. Mostek – TAK TEN MOSTEK – tyle że w tym roku meta jest nieco przesunięta zostało jeszcze jakieś 350 metrów może mniej. Kolejna ekipa miota się przy podbiegu (taka tam mała skarpa do drogi, tyle że dziś już przemielona tysiącami butów). Mijamy ją, przyśpieszam już nic nam tego nie odbierze!!! Doping ze wszystkich stron, słyszę – Dawaj Bartek!!! – Patrzę w bok i widzę mojego znajomego Bartka, z którym kończyliśmy maraton w zimie, a który dziś też biegł. Niesie mnie ten doping, już ją widać!!! Zaczynam sadzić ogromne susy, nic się nie liczy, mijamy metę Biegu Rzeźnika po 15 godzinach 37 i 18 sekundach. Na mecie walimy się na kolana, mnie z kącików oczu płyną łzy, wolontariuszka uśmiechnięta cicho mówi – gratuluję – zawieszając mi na szyi ręcznie robiony medal. Przybijamy z Wojtkiem piątkę, dziękując sobie wzrokiem za ten wspólny wysiłek, a chwilę później zanurzamy usta w zimnym browarze.

11304027_823880224333815_501286048_n

Pan 188 x, na mecie z piwem, zdaje relacje do NKE fot. Łukasz Darłak

 

Dlaczego marudzę.

Po moich statusach na fejsie, dużo ludzi twierdzi, że marudzę, że to był Rzeźnik, bardzo trudny bieg. Tak zgadzam się, jednak sportowo ten wynik mnie nie satysfakcjonuje, mogłem więcej i to sporo więcej. Jednak Wojtek nie mógł, nie winię go za to, był po chorobie, osłabiony, kaszlał, jeszcze w poniedziałek dzwonił i pytał czy będzie ok jeśli pobiegniemy na limit. Powiedziałem, że tak, że jesteśmy zespołem i wiedziałem na co się pisze. Ale nie wiedziałem. Bo jak to możliwe, że na mecie, owszem bolą mnie nieco nogi, bo kogo by nie bolały, ale tak poza tym, że jestem nieco zmęczony to wszystko jest ok. Ile poniżej możliwości pobiegłem ten bieg? Nadal nie wiem gdzie są granice tych możliwości. Bieg do poprawki. Dużo bardziej czułem się wyczerpany psychicznie. Zwłaszcza ostatni odcinek mnie sponiewierał, ciągłe próby motywowania Wojtka i nerwy, że się nie uda. Dlatego twierdzę, że najtrudniejszym elementem Rzeźnika jest formuła biegu w parach, bo czasem cholernie trudno jest postawić tego drugiego do pionu, a o sile zespołu tak jak o sile łańcucha zawsze świadczy wytrzymałość jego najsłabszego ogniwa.

Nie mam słów żeby wyrazić wdzięczność tym wszystkim, którzy w różnych miejscach dopingowali Wojtka i mnie. Szczególnie dziękuję: NKE za to, że przez cały dzień pilnie kontrolowała nasze poczynania na trasie, Łukaszowi, który był najlepszym supportem jaki można sobie wyobrazić, mojemu Teściowi który wiele godzin kwitł na Połoninie Wetlińskiej, żeby zostać przez nas jedynie miniętym i wszystkim innym, którzy mocno trzymali kciuki. Jesteście wielcy.

Dziękuję również Wojtkowi, bo to z nim przeżyłem tę największą przygodę w moim biegowym życiu. Wymarzyliśmy ją sobie rok temu i spełniliśmy marzenie!
Rzeźnik miał być ostatnim ultra w tym roku, jednak apetyt na bieganie po górach zaostrzył się na tyle, że trzeba przebiec coś jeszcze, a będzie to Ultramaraton Bieszczadzki, który daje punkty do przyszłorocznego Rzeźnika. W takim razie do zobaczenia w Bieszczadach.