Na ile kilometrów ten maraton? Czyli moje zmagania z Zimą w Bieszczadach

Plan startu w tym maratonie narodził się jeszcze w tamtym roku, sam nie wiem dlaczego, prawdopodobnie był wynikiem jakiejś rozmowy między mną a Wojtkiem. A że miał to być górski maraton i dodatkowo zimowy, to doszedłem do wniosku, że w kontekście hipotetycznego (wtedy jeszcze nie wiedziałem, że wystartuję) Rzeźnika może to być fajna próba, która pokaże mi czym jest bieganie w górach.

Przygotowania miały trwać dwa miesiące, trwały jakiś miesiąc z okładem, ponieważ angina i antybiotyki wyeliminowały mnie z treningów na dwa pierwsze tygodnie grudnia. Jednak styczeń przepracowałem solidnie, tyle że z najdłuższym wybieganiem sięgającym 24 kilometrów. Wszystkie powyższe czynniki sprawiły, że czułem spory respekt przed Zimowym Maratonem Bieszczadzkim, do tego stopnia, że przez trzy dniu przed wyjazdem w Biesy w nocy śniło mi się bieganie i byłem tym faktem autentycznie zmęczony.

Wyjazd

Zimowy Maraton Bieszczadzki to bieg z Cisnej do Cisnej po części prowadzący asfaltem, ale także stokówkami Nadleśnictwa Cisna. Wyjazd w sobotę aby odebrać pakiet i spotkać znajomych, potem nocleg rano start, bieg, meta i do domu. Logistykę wyjazdu wziął na siebie Wojtek, zorganizował nocleg i zapewnił wesołą załogę do Skody. Nie obyło się bez przygód: otóż człowiek z naszej ekipy Marcin, dzień wcześniej nabawił się kontuzji i trzeba było szukać zastępstwa, coby się pakiecik nie zmarnował. Trudność polega na tym, że 36 godzin przed startem trudno jest znaleźć biegacza, który się podejmie wyzwania tak z marszu. Trzeba jakiejś szalonej głowy… I tak znalazł się w mojej skodzie Rafał, człowiek, który nigdy nie biegł płaskiego maratonu, co więcej nie przebiegł nigdy pół maratonu, czyli krótko mówiąc debiutant-kamikaze. Dla krytyków decyzji Rafała, powiem, że prowadzi się sportowo i jeździ na rowerze w CYKLOKARPATACH.

Śpimy w Jabłonkach, w schronisku młodzieżowym do Cisnej mamy zatem jakieś 10 – 12 km. Przyjeżdżamy na miejsce zrzucamy graty i śmigamy do Cisnej po pakiety, w planach mamy jeszcze spotkanie z zaprzyjaźnioną ekipą Beskid TV. Szybka wizyta w biurze zawodów, wyfasowany pakiecik, zakup piwa Ursa Maior i powrót na kwaterę na mecz piłki ręcznej Polska – Dania. Na kwaterze przygotowania do startu pełną gębą: przyczepianie chipów do butów, numerów startowych. Jedno tylko dziwnie doskwiera – zimno. Nawet mnie, który dość dobrze znosi niskie temperatury, wnętrze, w którym panuje 12 stopni Celcjusza wydawało się dość chłodne. Wszystko to skwitowaliśmy, krótkim stwierdzeniem – przed biegiem będziemy mieć dobrą aklimatyzację. Kolejny problem: jest kuchenka nie ma butli z gazem, skutkiem czego jem makaron na zimno. Mecz niestety przegrywamy, ale pomimo tego i panującego chłodu humory mamy dobre. Dawno nie położyłem się spać około 22.

 

Start

Pobudka: godzina 5:45, wstajemy dość niemrawo, ale mamy sporo czasu, jest zimno. Jestem wyspany, ale jak zwykle w nocy przedstartowej budziłem się kilkukrotnie ze strachu, że zaśpimy. Wnętrze naszej kriokomory ogrzało się przez noc o około 2 stopnie. Jest jeszcze jeden problem, nie mam na czym zagrzać wody – nie mam jak napić się kawy, a kawa, kawa przedstartowa to napój bogów i musi być. Zjadam za to standardowe wafle ryżowe i banana, zapijając colą. Szybkie ogarnięcie gratów i już wsiadamy w skodę i jedziemy na start. Po raz pierwszy biegnę w tak małym maratonie, ludzi jest niewielu, ale wszystkim cieszą się michy. Testuję po raz pierwszy na zawodach mojego Suunto, jestem w szoku, bo pomimo kiepskiej pogody GPS łapie sygnał po dwóch (słownie DWÓCH) sekundach. Zaczynają mi się udzielać emocje, zaczynam się zastanawiać: to góry, ja nie jestem gotów, mało trenowałem, nie to co do Warszawy, ale już sekundę później mentalnie kopię się w tyłek. Tyle, że w tych emocjach nie usłyszałem wystrzału startera, ale wrzawa wokół szybko mnie uświadomiła, że to właśnie już zaczynam swój trzeci maraton – pierwszy w górach.

 

0 – 7 km

Plan zakłada, że ten start to długie spokojne wybieganie. Druga część planu mówi, że biegnę dystans razem z Wojtkiem. Pierwsze kilometry w tłoku, bo biegną z nami zawodnicy, którzy startują na 10 km. Widać że to biegowe święto pozytywnie zakręconych ludzi, wszyscy się uśmiechają. Kilometry biegną jednak bardzo spokojnie średnie tempo na tym odcinku 6:19 min/km. Czas mi się nieco dłuży. Wiem, że mogę biec szybciej. Co jakiś czas przesuwam się do przodu o jakieś 15 – 20 metrów i zwalniam czekam, aż dobiegnie do mnie Wojtek i Rafał. Cholernie mnie to męczy – Wojtek widząc to krzyczy do mnie – Biegnij swoim tempem, nie czekaj! Ruszam swoim tempem. I gdzieś od 6 kilometra biegnę sam. Od maratonu Warszawskiego dzielę sobie dystans w głowie na sześć 7 km odcinków. Tak jest mi łatwiej bo standardowa pętla po której biegam na treningach ma około 7 kilosów. Zatem jest to coś znanego, coś powszedniego, coś co pokonuję w zasadzie bez wysiłku, zwłaszcza w takim tempie, ale tu są góry, tu jest inaczej, tu jeszcze śpię.

 

8 -14 km

Jakoś jest dziwnie, czuję się jakby mój organizm się nie obudził. Nie wiem czy to kwestia wolnego tempa, które na tym odcinku wynosi 6:28 min/km, czyli jeszcze wolniej, ale zaczęły się podbiegi i momentami jest ślisko. Na moje Kanadie 6 złego słowa nie dam powiedzieć. Staram się nadrabiać przy zbieganiu i muszę powiedzieć, że biegnąc w dół doganiam ludzi i wyprzedzam. Kilka razy muszę sobie nawet powtarzać – Nie przyjechałeś się tu ścigać. Mój organizm mówi, że grzebię się jak mucha w gównie, ale moja głowa nie pozwala ciału na większe szaleństwa. Okoliczności przyrody przepiękne, zima, wszystko pod warstwą puchu, szkoda tylko, że widoków nie ma bo chmury nisko.

Jeden z wodopojów można załyczyć herbatki, porozmawiać i odpocząć. fot. Grzegorz Grabowski

 

15 – 21 km

Nie wiem dlaczego, ale zawsze jak biegnę długi dystans to pierwsza część mija mi szybko, a druga po połowie wlecze się jak flaki z olejem. Tutaj jest inaczej połowa dystansu mija po 2 godzinach i 15 minutach, czyli zadziwiająco długo (nigdy tak wolno na zawodach nie biegałem półmaratonu) i w głowie miałem myśli, że jeśli tak dalej pójdzie to ten maraton się nigdy nie skończy. W rzeczywistości mój czas był jeszcze gorszy, ale na każdym punkcie odżywczym przystawałem, zamieniałem kilka zdań z innymi biegaczami i z przemiłą obsługą, wtrącałem, a to herbatkę, a to żelik, a to izotonika i wtedy zatrzymywałem sobie Suunto. Tempo odcinka 6:32 min/km.

Bunkrów nie ma ale i tak jest zajebiście. fot Grzegorz Grabowski

 

22 – 27 km

Zaczynają się dziwne myśli. Czy zmieszczę się w limicie? Czy dam radę, przecież tak się wlekę? Co ja sobie myślałem, pojechałem człapać czy biegać? O dziwo to psychika płata mi te figle. Ciało cały czas ok, pomimo braku długiego wybiegania czuję się fizycznie świetnie o czym napiszę jeszcze za chwilę. To z głową muszę walczyć –  Jesteś żałosny, drepczesz tak że wstyd, przyśpiesz. Stop KURWA!!! Ja decyduję jak biegnę, to ja wymyśliłem, że zrobię sobie długie wybieganie na maratonie, to ja decyduję o tempie, to ja chcę poznać góry na biegowo. Dlaczego? BO TAK KURW…..%#*! No i od razu czuję się lepiej. Zauważam też, że moje ciało ma się świetnie, może to już jakiś stopień aklimatyzacji maratońskiej, przyzwyczajenia, zwłaszcza w komfortowej strefie biegu? Cholera wie, ale czuję się dobrze. Na 26 kilometrze informacja, że w Karczmie Brzeziniak czekają ciepłe posiłki, pyszna herbata z wkładką i że to już za 8 kilometrów. Teraz spotykam ludzi, którzy stamtąd wracają, a japy podejrzanie im się śmieją. Odcinek zrobiony w tempie 8:01 min/km, ale gdzieś mi się porwał tutaj sygnał GPS więc tak naprawdę nie wiem.

 

28 – 35 km

Najprzyjemniejszy odcinek choć tempo wcale na to nie wskazuje: skandaliczne średnie 9:08 min/ km, ale ciutkę pogorszyły się warunki biegowe, momentami śnieg typu kaszka sięga ponad kostkę, stopy w tym grzęzną, idzie jak krew z nosa. Na zbiegach trzeba uważać, ale czuję się naprawdę świetnie. Zaczynam rozumieć, że pracy przede mną jeszcze całe mnóstwo, podbiegi, podbiegi, podbiegi trzeba ćwiczyć i schody. Po długim zbiegu trafiam do Karczmy Brzeziniak. Ludzie, czuję się tam jak król świata, czego tam nie ma herbata z rumem, herbata z wiśniówką, pieczone ziemniaczki, zupka pomidorowa, izotonik, cola, normalnie aż żal wybiegać dalej na trasę. Oficjalny pomiar na punkcie wskazuje że w trasie jestem już 4:00:39 więc w głowie tli się myśl – ach co tam 8 kilometrów, przycisnę i będzie czas poniżej 5 h na maratonie. O niespodziance nic mi jeszcze wtedy nie było wiadomo. Udzielam, krótkiego wywiadu dla Tv Beskid, gdzie po kozacku twierdzę, że czuję się tak mniej więcej w skali od 1-10 na 7 (co dranie skrzętnie wycięli z filmu i zostawili jakieś ględzenie o wilcach i niedźwiedziach), oraz z dumą wypinam pierś z koszulką Smashing Pąpkins  (tu zobaczycie film BESKID TV, moja skromna osoba pojawia się gdzieś około 16:48) i lecę dalej…

 

35 – 42 km

Jeśli na punkcie kontrolnym czułem się na 7, może nawet na 7+, to już po chwili na podbiegu/podejściu nie czułem się tak fantastycznie, a po nim skala samopoczucia spikowała w dół i zatrzymała się na poziomie 2. Zaczęły palić mnie łydki, łapać lekkie skurcze. To będzie 7 kilometrów przez mękę, trzeba czekać na cud. I wyobraźcie sobie staje się cud, spotykam Bartka, z którym widziałem się już na dole w Karczmie. Zaczynamy biec razem rozmawiać, opowiadać sobie swoje historie, wspominać starty. On twierdzi że nie skończymy przed upływem 5 godzin, ale wie coś więcej ode mnie! Tempo wzrasta do średniej 6:56 min/km.

 

42 +

Biegniemy i biegniemy, a mety nie widać, jesteśmy na 42 kilometrze w środku lasu, co jest? To tutaj się dowiaduję, że pytanie na ile kilometrów ten maraton, jest w tym przypadku zupełnie na miejscu i ortodoksi nie mają się co obruszać. Trochę mi to siada na psychę mówię do Bartka: leć chłopie sam i tu słyszę od niego słowa: Do końca razem. Stawia mnie to nieco do pionu, choć dreptanie jak gejsza po podkładach kolejowych wąskotorówki, nijak się ma do biegu i do finiszu, który już się rozpoczął bo jesteśmy w Cisnej widzę mostek, na którym na Rzeźniku kręciłem swoje pierwsze ujęcia. Widzę miejsce gdzie kilkanaście lat temu z rodzicami pierwszy raz biwakowałem w Bieszczadach. To już meta, ale przed nią ostatni wysiłek – podbieg. Jeszcze tylko trochę, kibice, biegacze, którzy ukończyli już zawody dopingują dodają sił, ostatnie metry, mijamy z Bartkiem metę trzymajac swoje dłonie w górze jak zwycięzcy. Dziękuję Ci Bartek jeszcze raz za te 10 kilometrów, było super. Meta pojawiła się po 44 km i dużym hakiem. Czas netto 5:16:05 na zegarku nieco mniej bo odliczyło mi postoje na wszystkich punktach i dało wynik 5:05:46. Na mecie medal, grzane piwo i pĄpki, bo drużyna zoobowiązuje, a że jeszcze zostałem zdemaskowany nie mogłem się wymigać (nie żebym chciał), to popisywałem się moimi pĄpasami w blasku fleszy (efekty tutaj)

Meta i dwóch Bartków. fot. Grzegorz Gabowski

 

Podsumowanie.

Jak zwykle na koniec coś czego nie lubię robić. Pomimo słabego przygotowania udało się ten bieg ukończyć, z czasu nie jestem dumny, bo nie udało się zmieścić w założonych 5 godzinach. Oczywiście jest ale… Dzięki temu dowiedziałem się, że żeby pobiec Rzeźnika w czerwcu jeszcze sporo potu na treningu wylać muszę i nie mogą to być treningi płaskie, bo płaskie nie da mi potrzebnej siły. Udało mi się, bodajże po raz pierwszy, nie pójść za głosem głowy – znaczy się nie ścigałem się tylko zgodnie z założeniem podszedłem do tego jak do długiego treningu. Dowiedziałem się jeszcze, że bieganie w górach jest o wiele fajniejsze od kręcenia kilometrów w mieście po płaskim, bo czymże są te moje rzeszowskie górki i już nie mogę doczekać się wypadu, żeby zrobić mały rekonesans przed Rzeźnikem. Atmosfera samego biegu i obsługa na najwyższym poziomie, jestem naprawdę pod dużym wrażeniem. A no i zakochałem się w biegach górskich poczułem ten specyficzny klimat i jeszcze na pewno nie raz w góry wrócę.

Jak zwykle to co zwykle. fot. NKE