Mój pierwszy start inaczej mówiąc jak straciłem startowe dziewictwo

Są takie chwile, które zapamiętuje się do końca życia. Maszerując na start swojego pierwszego oficjalnego startu, jeszcze nie wiedziałem, że taka chwila nadchodzi, wielkimi krokami. Był kwiecień, start w VII półmaratonie rzeszowskim miał być przetarciem przed królewskim dystansem w Krakowie, jednak nie był tylko startowym treningiem, był kamieniem milowym w celach jakie założyłem sobie na początku roku. Wiedziałem, że potrafię przebiec półmaraton bo niecały rok wcześniej zrobiłem to dwa razy, ale chciałem to zrobić w czasie poniżej dwóch godzin, czego jeszcze nie zrobiłem. Po głowie kolebało mi się jakim średnim tempem mam biec, żeby tego dokonać, a także wirowało milion innych myśli. Od hali na Podpromiu gdzie były zlokalizowane szatnie i prysznice do startu maszerowałem już w licznym towarzystwie i chłonąłem całym sobą atmosferę startu. Wtedy chyba po raz pierwszy poczułem tego bluesa naprawdę. W kondycji byłem wydawało się niezłej, zatejpowana noga troszkę martwiła, ale rehabilitacja pasma biodrowo – piszczelowego już w zasadzie się kończyła i nie odczuwałem podczas treningów żadnego dyskomfortu. A i jeszcze bardzo ważna rzecz zdecydowałem się na start w koszulce drużyny AZS Rugby Rzeszów, w której to barwach wówczas rzucałem jajowatą piłką.

 

Gdy dotarłem na start spotkałem Jacka, którego wszyscy znacie choćby z tego lub tego wpisu. I zdecydowaliśmy się biec razem, kto czytał wcześniejsze wpisy ten wie, że nasze wspólne biegi kończymy zazwyczaj oddzielnie, nie inaczej było tym razem, ale o tym za chwilę. Lekka rozgrzewka, ustawiamy się z Jackiem na końcu stawki tak, że gdy przekraczamy linie startu za nami jedzie już tylko karetka i dwa motocykle policji, co kwituję teatralnym szeptem do Jacka – “Ty stary spieprzamy, bo PSY nas gonią”. I tak spieprzamy sobie powoli do przodu. Pogoda jest idealna nie za ciepło i nie za zimną, choć w nocy spadł deszcz. Zaraz na początku trasy mijam pierwszego kibica, to mój Teść strzela mi fotki, jeszcze nie wiem, że tych kibiców będę miał dziś całkiem sporo i nie wiem, że kibice pomogą mi dobiec do mety. Biegniemy spoglądam na zegarek, mijamy pierwszy kilometr jest ok, czas ok. I wtedy nagle budzi się we mnie coś co można nazwać syndromus biegus debiutantus czyli trzymajcie mnie we sto bo jeden nie ma co. Żegnam się z Jackiem przyśpieszam po drodze mijam kilku znajomych. Na trzecim kilometrze dochodzi do pierwszej katastrofy, gubię żel, koledzy biegacze zwracają mi uwagę, ale ja jak ta szkapa dorożkarska, klapki na oczach i do przodu. Naprzód mijam moją Rodzicielkę. Naprzód przebiegam przez Rynek. Naprzód 3-go maja. Jestem w euforii, tak cudownie nie czułem się nigdy w życiu. Robi mi się gorąco, na ul. Hetmańskiej mijam NKE i Hunów, oddaję im czapkę bo gorąco. Wodopój i naprzód. Znów spotykam Teścia, który z wrodzonym sobie spokojem krzyczy do mnie słowa, które staną się hasłem przewodnim i zaklęciem – “Bartosz, powoli!” Ani mi się śni powoli syndromus trzyma i nie chce puścić. Doganiam kolejnego znajomego, zamieniam kilka zdań i wiem, że biegnę tempem na 1:45 THIS IS MADNESS!. Mijam kilku kibicujących znajomych zdjęcia, pozy i uśmiechy jest cudnie, tak cudnie jeszcze nie było. Dyszkę robię w niecałe 51 minut, tłumy szaleją, laski ściągają majtki przez głowę. Wbiegam na drugie okrążenie spiker czyta moje nazwisko, oklaski, szaleństwo. Na moście Zamkowym znów zdjęcia, ręce na bok samolocik, luz w ramiączkach.

 

Tak Kochani i to by było na tyle. Od 12 kilometra zaczyna się dziać coś dziwnego. Ja się grzecznie pytam kto podmienił mi łydki na granitowe. Fuck boli i chce mi się pić, żeli już nie mam, czuję że słabnę. Co za debil ja się pytam wyznaczył tylko dwie strefy wodopoju, nosz kurwa. Napieram dalej i nie odpuszczam. Rynek ból i cierpienie na bruku. Na 3-go maja mijam po raz drugi NKE i Hunów już w towarzystwie mojej szanownej Rodzicielki. Nadrabiam miną i lecę dalej byle do Hetmańskiej tam jest woda, woda, WODA! Na Hetmańskiej w strefie wodopoju jest woda i nawet robi mi się po niej lepiej, ale wszystkiego starcza na jakieś pół kilometra. Gdy zbiegam na Bulwary nad Wisłokiem, nagle robi się ciemno na jakąś sekundę. – Woooow Pasela – myślę sobie – zwolnij bo będzie wstyd na całe miasto jak się tu rozłożysz. – Posłusznie zwalniam, do końca zostało raptem jakieś 4 km może ciut więcej powinno się udać, ale teraz z lękiem spoglądam co chwilę na zegarek, wystarczy czy nie wystarczy? Mijają mnie znajomi, biegną tak bez wysiłku, cholera jasna. Na szczęście wszyscy kibice już obstawiają metę nikt nie widzi mojej walki o każdy krok (Chciałeś być kurwa kozakiem? – uśmiecha się diabeł stróż – To teraz cierp, biegać się grubasowi zachciało). Przed mostem na Lwowskiej zaczynam czuć luz w bucie, rzut oka na nogę, fuck rozwiązało się sznurowadło, dobra nieważne, biegnę dalej. Nie nie będzie biegło, schylam się wiążę na supeł, podnoszę do góry głowę i gdyby nie barierka, byłaby konkursowa gleba, znów zakręciło mi się w głowie. Ale to już w zasadzie ostatnia prosta, jeden niewielki podbieg, potem drugi i już. Biorę się w garść już, już jestem niemal na mecie. Jakieś 200 metrów wcześniej mija mnie Jacek, dopadł mnie bez problemu nie miałem siły się ścigać, zwłaszcza na tak długim finiszu. Przed metą wzdłuż trasy biegnie (BIEGNIE!!!) mój teść, jeśli on może to ja też, przyciskam i wpadam na metę. Szczęście!!!  I kurtyna w dół.

 

Ktoś mi wiesza medal na szyi, dostaję kubek wody, smakuje jak nektar olimpijski, przepycha się do mnie BKE z nieodłącznymi Hunami i moja Mama, która chyba jako jedyna widzi w jakim jestem stanie. Teść ściska moją prawicę, Jacek mówi, że spada do domu. Ktoś szarpie mnie za prawy but, żebym oddał chip startowy. Zrobiłem to pokonałem barierę dwóch godzin i z czasem netto 1:55:00 zameldowałem się na mecie. Pierwszy kamień milowy w 2014 roku zaliczony.

 

 

Siedząc i pisząc te słowa z perspektywy bardzo udanego (wrażenie subiektywne) debiutanckiego sezonu startowego, zdaję sobie sprawę, że nadal jestem na początku mojej przygody z bieganiem i pewnie jeszcze niejeden babol podobny do syndromus biegus debiutantus przede mną. Przez ten sezon poznałem masę naprawdę niesamowitych ludzi, którzy tu i ówdzie pojawiają się we wpisach. A debiucie “poznałem” lecącą w koszulce Smashing Pąpkins, Matkę BO. Nie myślałem wtedy, że nie minie pół roku, a będę nosił taką samą koszulkę i należał do tak fantastycznej ekipy, dzięki że przyjęliście mnie pod swoje skrzydła.

To był super sezon. Więcej podsumowań już wkrótce.