Kwiatek na kożuchu czyli XXVI Nocny Bieg Solidarności

Spoglądając na planowane na przestrzeni najbliższych dwóch miesięcy starty, to bieg na 5 km, w którym wystartowałem wczoraj, potrzebny mi był jak przysłowiowy kwiatek na kożuchu (stąd tytuł). Dużo bardziej potrzebuję długich spokojnych wybiegań niż krótkich, szybkich “sprintów” na 5 km. Jednak już od początku mojej przygody z bieganiem miałem ochotę przebiec Nocny Bieg Solidarności, a ostatnio dodatkowo zachciało mi się oficjalnego PeBest, bo na tym dystansie jeszcze nie mam. Wiadomix stare poczciwe Endomondo gdzieś tam doda, coś tam ujmie i pewnego razu pobiegłem 5 km w czasie 19’51’’. Znam siebie i swoje możliwości na tyle, żeby wiedzieć, że taka historia jest niemożliwa, więc zdjąłem kolejny czas, bardziej prawdopodobny 22’41’’ i uznawałem go za moją najszybszą 5, ale co wynik z zawodów to wynik z zawodów.  

Zdarzało się jakoś, że od dwóch lat zapominałem o Biegu Solidarności na tyle skutecznie, że o jego odbyciu się informowali mnie taksówkarze, z którymi wracałem po grillu do domu, czy też panowie policjanci, którzy zamykali ulice na okoliczność biegu. W tym roku było inaczej, zachciało mi się udowadniać sobie samemu i całemu światu, że potrafię biegać “szybko” na krótsze dystanse i dzięki temu w odpowiednim momencie ustawiłem dyżur w pracy, zgłosiłem się, zapłaciłem co trzeba było zapłacić i byłem “gotów” na czas. Pozostało ustalić jaki czas mnie będzie satysfakcjonował i motywować się.

Motywacja

Można byłoby ustalić, że każdy oficjalny PeBest będzie satysfakcjonujący, ale to nie u mnie. Na początku tego miesiąca poniosłem druzgocącą klęskę w walce na treningu gdy chciałem złamać 22 minuty, a niemal złamały mnie dwie potężne kolki na 3 kilometrze. Dlatego czas minimum na ukończenie tego biegu to złamanie bariery 22 minut, czas marzenie to urwanie choćby sekundy z 20 minut. Dwa dni przed startem zacząłem pracować nad duchem walki, jak zawsze u mnie sprawdzają się dwie metody muzyka ulubione kawałki słuchane w opcji na full, druga metoda to nagroda. Do tego doszedł filmik znaleziony przypadkiem na You Tube. W dniu startu udało mi się wrócić z pracy na tyle wcześnie, że po orzeźwiającym prysznicu odciąłem się ze słuchawkami na uszach od świata na jakieś 20 minut, a na koniec zaserwowałem sobie oczyszczenie głowy utworem Now we are free z Gladiatora. Dziwne ale jestem spokojny, mimo że naładowany energią to spokojny.

Tak się motywowałem

Na starcie…

…pojawiam się z NKE i Hunami godzinę przed wystrzałem startera. Jestem u siebie, trasę biegu znam jak własną kieszeń, jej duża część to moje stałe miejsca treningów. Wiem że na trasie będzie mnie wspierać całkiem spora grupa bliskich ludzi. Prawdziwy stres pojawia się podczas rozgrzewki, czuję że jest duszno (dlaczego nocny bieg rozgrywany jest o 18???), noga nie podaje tak jak powinna czuję się jak mucha w smole, ale teraz tylko spokój może mnie uratować. W strefie startu ustawiam się na tyłach bo zagaduję się z BO. To był pierwszy błąd, już drugi raz startuję z tyłu i mam do wyprzedzenia całą masę biegaczy, którzy są ode mnie wolniejsi. Niby liczy się czas netto, ale na samych próbach wyprzedzania można stracić sporo czasu, nic to – jak się zjebało trzeba to przyjąć na klatę. Odliczanie i start, na matach odpalam mojego suunciaka i zaczynam bieg. Tyle, że na jakieś może 10 metrów, bo nagle się korkuje, chwila kotłowaniny i już biegnę.

DSC_0183

Kibice – najlepsi na świecie, szkoda że nie mam wszystkich na zdjęciu

Bieg

Na początku ciasno, bardzo ciasno ale po pierwszych 150 metrach robi się luźniej i jest z górki, nie chcę przeszarżować, ale muszę nadrabiać stratę ze startu dlatego cisnę z tej górki ile fabryka dała. Byle do Bulwarów tam będzie równo i miejsca będzie w sam raz. Jeszcze jeden zbieg, ale zatkany, jednak trawnik obok chodnika wolny więc, ćwiczymy zbiegi terenowe i mijamy sporą grupę biegaczy. No nareszcie prosta, nie jest źle widzę motocykl prowadzący stawkę, cisnę. W biegu na 5 kilometrów nie ma miejsca na strategię, trzeba mocno napierać od startu do mety, więc napieram dzięki zbiegom na pierwszym kilometrze osiągam czas 3’57’’, lecimy dalej i wiem, że teraz wystarczy trzymać tempo i będzie dobrze do mety tylko 4 kilometry, a może aż 4.

Wyprzedzam, cały czas wyprzedzam, na przestrzeni całej trasy wyprzedziłem całą masę biegaczy, a wyprzedzony byłem może przez 6 – 7 razy (a może mi się tylko tak wydaje). Drugi kilometr 4’07’’ jest dobrze, tyle że zaczynam słabnąć. Jest duszno. Już blisko połowa dystansu, ta gorsza połowa, bo będzie pod górkę. Czas na półmetku 9’57’’ co daje mi 99 miejsce. Wpadam na ulicę Lenartowicza (do domu dwa kroki, a w lodówce zimne piwo) i to już 3 kilometr (czas 4’11’’).

 

Czarne rozbłyski

Chyba zaczyna się ómieranie koło filharmonii widzę kogoś kto wyraźnie do mnie macha, ale pomimo że mijam tą osobę w odległości może 4 metrów nie widzę kto to, na 100% kobieta w okularach (Ktoś coś?). Zaraz będzie 4 kilometr, gdzieś za zakrętem. Ulica Słowackiego i nagle słyszę takie dziwne CHRRRYYYY. Kurwa przecież droga powinna być zamknięta a tu jakiś pojazd z wyraźnie rozpieprzoną skrzynią biegów. CHRRRYYYY – słyszę znowu i do mojej świadomości dociera, że ten straszliwy dźwięk wydobywa się ze mnie. A tu jeszcze kilometr przede mną (czwarty  km zaliczony w 4’14’’). Zaczyna mi się rwać tempo, gdy przyśpieszam w jednym momencie robi mi się ciemno przed oczami, zwalniam, ale w tym momencie dobiegam do skrzyżowania, a tam NKE, Hunowie, Mama, Łukasz i Janusz, dzwonią krzyczą dopingują, w pĄpkinsowych koszulkach. Ogień z dupy zatem i nagle znów ciemność błyska w oczach z ust wydobywa się CHRRRYYYY, zwalniam. Ale po chwili robi się z górki, jest już naprawdę blisko. Ale wszystko we mnie krzyczy, że dość!!! Na dodatek pojawia się moje słynne alter ego – Odpuść, przecież 20 już nie złamiesz, a poniżej 22 już masz – A takiego wała!!! – odpowiadam mu najzjadliwszym tonem, na jaki mogę się zdobyć. Na szczęście za mną wiezie się jakiś gość, ma do mnie może dwa metry. Postanawiam, że nie puszczę go chyba, że umrę naprawdę. Jest cel i alter ego znika. Teraz jeszcze pod górkę, wiem, że ten z tyłu czai się na atak. Wypadamy na ostatnią prostą, oczywiście pod górkę, próbuję przyśpieszyć, ale ten z tyłu nie szarpie, ja za to wiem że jeśli zacznę finiszować już teraz to gość mnie weźmie, bo już jestem słaby. Wpadamy na płytę rynku do mety zostało kilkadziesiąt metrów. Czuję za sobą ruch powietrza, a z grupy kibiców słyszę krzyk – Bartek, nie daj mu!!! – To Łukasz. Przyśpieszam, gość jest obok mnie, przyśpieszam jeszcze bardziej i czuje, że gość nie da rady. Wpadam na metę, czas na zegarku 21’03’’. Ale oficjalnie jest jeszcze lepiej czas netto 20’56’’ miejsce OPEN 84/388 i 31 miejsce w kategorii M30. Troszkę mi się kręci w głowie, gdy ściągam czip z buta, ale jestem bardzo zadowolony, ba szczęśliwy. Potem jeszcze pĄpkaski. Znów się udało! Ale tak naprawdę to dzięki kibicom, moim kibicom, którzy w najważniejszych momentach krzyczeli, dzwonili dzwonkami i klaskali. Dziękuję – bez Was ten bieg tak by mi nie wyszedł, byliście w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie, jeszcze raz ukłony.

Przechwytywanie w trybie pełnoekranowym 2015-09-01 092224

wykres prędkości biegu – widać jak na dłoni strefę czarnych rozbłysków i finisz – podobno mega

11925955_860758970645940_1227001819_n

Jest radość z wyniku 😀 foto by Łukasz

 

 

Bardzo krótkie podsumowanie

Już wiem jak bardzo nie lubię biegać takich krótkich dystansów, ale wiem też jak bardzo potrzebowałem, startu – adrenaliny z nim związanej i motywacji. Zwróciłem uwagę na jedną rzecz na mecie – sposób dekoracji finiszerów hmmm – oryginalny harcerki podwały medale biegaczom tak jakby to były zdechłe szczury, chyba przyzwyczaiłem się do innych standardów. 

Już 20 września dużo ważniejsze wyzwanie Półmaraton Zaporowy tam motywacja będzie jeszcze większa bo znów będę miał coś do udowodnienia i to nie tylko sobie… Trzeba wracać do długich treningów bo nadchodzi jesień, a tam jest jeszcze kilka startów na ciut dłuższych dystansach. 

 

Dwóch pĄpuje a jeden strzela focha 😀 filmował Łukasz