Kraków jeszcze nigdy tak jak dziś… 14.Cracovia Maraton

Mówią, że przestępca zawsze wraca na miejsce zbrodni, okazuje się, że maratończyk wraca w miejsce swojego debiutu. To że pamięta, ten debiut to oczywiste – ostatnie 10 kilometrów z 13. Cracovia Maratonu, wciąż mi się śni po nocach, najgorzej przebiegnięta dycha ever. Jednak postanowiłem wrócić, za małą namową Roberta i stwierdzeniem, że nie jest mi do niczego potrzebna Korona Maratonów Polskich (może kiedyś), bo do Dębna daleko, a Kraków i Zielonki to takie przyjazne miejsce dla biegaczy – dobra startuję. Niespełna rok po debiucie w Krakowie, wracam tam aby rozliczyć się z tymi ostatnimi kilometrami, powinno być łatwiej, bo i bagaż doświadczeń startowych nieco bogatszy. Wiem, że forma jest niezła, dają o tym znać ostatnie wyniki, wybieganych kilometrów też całkiem sporo, więc marzy mi się nowa życiówka. Rozsądek podpowiada żeby uważać, nie szarżować z założeniami, ale kto jak nie ja? Poprawić życiówkę – to plan minimum, ale zrobić to tak nieco bardziej spektakularnie – o to jest myśl. Rozpędzimy to moje 96 kilogramów i złamiemy 3:50:00, czyli poprawa życiówki o prawie 10 minut, a co kto mi zabroni? Ale plan maksimum, taki cichutki malutki złamać 3:45:00. Są dwie osoby na tym świecie, które posiadają całkiem niezły dar prorokowania pierwsza to NKE – jej 1:43:xx na warszawskiej połówce jest świetnym dowodem, druga to Matka BO, która oprócz tego, że prorokuje (byle nie stała się Kasandrą), to jeszcze świetnie motywuje, a do tego pomagała ułożyć na ten bieg strategię. Obydwie wieszczą sukces, z NKE bawimy się nawet w mały hazard jeśli pobiegnę w czasie 3:48:xx lub mniej wiszę jej jakiś drobiazg do 50 złotych jeśli nie Ona kupuje coś dla mnie. Jest wszystko? Pakiet opłacony, żele zakupione, jedzonko od Chia charge, strategia – no to w drogę.

Kraków miasto piękne tylko…

…Tylko kurwa czemu tak zimno, jest chyba wiosna, co nie? W zimie zdarzało mi się biegać w krótkich gaciach, a teraz chciałoby się zawinąć w kocyk i walnąć grzane piwo przed telewizorkiem. Tylko, że zdecydowałem się biec ten maraton i o dziwo nie było żadnych dziwnych snów, tylko jeden epicki skurcz łydki w nocy. Albo potwór się dał oswoić, albo wycofał się i zaatakuje niespodziewanie już wkrótce. Tym razem jedziemy z Młodym, który ma robić za support i kibica, bo NKE ma jakąś imprezę z okazji 10-lecia istnienia firmy. Młody ma też strategiczne zadanie podania mi butelki z wodą i żelu na 21 kilometrze, bo pierwszy raz zdecydowałem się lecieć bez bidonu lub mojego maratońskiego camelbaga. Zdaję sobie sprawę, że ta woda podana w połowie dystansu nie ma większego znaczenia, oprócz psychicznego, ale wszyscy wiemy jak ważna jest głowa w bieganiu.

 

A w Krakowie na Brackiej pada deszcz…

…Dokładnie to na Brackiej nie byłem, ale na Reymonta gdzie odbierałem pakiet padał deszcz ze śniegiem, a gdy się przejaśniło zaczęło tak wiać, że jedząc makaron z pasta na zewnątrz szczękałem zębami. Co do jakości “dania” z makaronu nie chcę się wypowiadać, bo poziom tego czegoś, podanego w miseczce był żenujący, myślę że organizatorzy powinni przemyśleć słuszność podawania biegaczom takiego jedzenia przeddzień startu. Na expo jak to na expo, trochę ludzi, pani blondynka, która z pięknym uśmiechem namawia mnie i Młodego, żebyśmy wzięli udział w jakimś kolorowym biegu, gdzie czas jest nieważny, miejsce jest nieważne, a mnie ciśnie się na usta – To po co biec? Spotykamy też Marcina Świerca, który mówi, że bieganie po asfalcie jest bleeeee, ale życzy powodzenia. O 18:00 spotykamy się na pĄpasta party i jest nareszcie tak jak być powinno wesoło, ciepło i przytulnie, szkoda że jest nas tylko czwórka (Kasia, Joasia, Łukasz i ja), ale za to jaka czwórka! Na pogaduchach, wspomnieniach z różnych startów, planach i strategiach na jutrzejszy maraton, szybko mija czas, jedzenie dobre, ale wszystko co dobre szybko się kończy, więc rozchodzimy się umawiając się na rozgrzewkę pod pomnikiem Adasia o 8:15. W Zielonkach u Sylwii i Michała atmosfera jak zawsze domowa, jeśli miałbym wymienić miejsce, które uważam za drugi dom to chyba właśnie tam. Jednak mimo wszystko zaczynam się denerwować przed biegiem, dlatego po szybkim piwku, szybki prysznic i przed północą już śpię.

 

Pobudka wstać…

…Oesu, nie chce mi się wstawać, nie chce mi się biec, nic mi się nie chce. Jednak wstaję i pomimo chwilowego napadu lenistwa zabieram się za swoje stałe przedstartowe rytuały: 1 i 2, oliwka na wrażliwe na otarcia miejsca, moje ulubione plastry na sutki (używam takich na odciski, nie ma szans żeby odpadły, a zdejmuje się je łatwo pod prysznicem), potem ubranko. Teraz pora na jedzenie też standardowo, kawa i wafle ryżowe i tu mała zmiana – nie ze zwykłym masłem orzechowym tylko z masełkiem od ChiaCharge, paluszki lizać, na samą chwilę przed startem zostawiam sobie jeden żelik ALE i batonik też marki ChiaCharge.

 

Gotowi do startu? START!!!

Krótka podróż samochodem, nieco dłuższa tramwajem i już jesteśmy na rynku. Tylko dlaczego jest tak cholera zimno? Ciut jestem przez tą temperaturę otępiały, robi mi się wszystko jedno, na szczęście spotykamy się z Kasią i Robertem, robimy rozgrzewkę, dzielę się z nimi moim batonikiem, który jest pyszny. Jednak coś dziwnego się ze mną dzieje, zaczynam się nie przejmować wynikiem i startem, kurcze o co chodzi? To chyba przez to zimno. Parę zdjęć, również z WkurwTeamem, szybkie siku i już jestem w strefie startowej. Dopiero teraz dochodzi do mnie, że znów tu jestem – na starcie maratonu, tu gdzie debiutowałem niespełna rok temu. I że chyba zwariowałem, bo przecież wiem doskonale, że będzie bolało. To jakiś masochistyczny paradoks – wiesz, że będziesz cierpiał, a lecisz, szarpiesz się o minuty, sekundy, doprowadzasz swój organizm na granicę możliwości – od tego momentu wiem, że dam z siebie wszystko. Odliczam razem z innymi zawodnikami – TRZY, DWA, JEDEN. START jeszcze chwila i ruszam na trasę swojego czwartego maratonu.

11150377_10203067310917882_4840733970645772648_n

Mocna ekipa pĄd wezwaniem, foto by chyba Łukasz?

Ahhh jak przyjemnie…

Zwykle dzielę sobie dystans na sześć siedmiokilometrowych odcinków, tym razem tak nie jest, po prostu pomyślałem biegnę i tak robię. Wybiegając do przodu, gdy wracaliśmy z Łukaszem do Rzeszowa i rozmawialiśmy o biegu powiedziałem – Gdyby ktoś mnie zapytał jak to przebiegłem, to nie wiem po prostu biegłem. W zasadzie kłopotów żadnych nie mam, oprócz tego, że kompresja mi się z łydki zsunęła na pierwszym kilometrze. Zasmucił mnie jednak widok biegaczy, którzy oddawali mocz na mury Wawelu, moi drodzy myślę, że nieco szacunku dla miejsca gdzie podejmowano decyzje istotne dla dużej części Europy się należy. Toalet było na tyle w strefie startu, że spokojnie wystarczyło na to żeby się odlać, ja żeby daleko nie szukać, wysikałem się na pięć minut przed startem i zdążyłem do swojej strefy startowej. Spuśćmy jednak wodę po tych którzy nie potrafią odpowiednio zaplanować startu.

Idzie mi tak dobrze, że nawet za bardzo nie muszę kontrolować tempa – no kurcze samo się biegnie. Jednak szybko aura pokazuje, że łatwo nie będzie – gdyby miało być to byłoby chyba nudno, nie? Na Błoniach wieje i nie jest to przyjemny wietrzyk, który chłodzi rozgrzane biegiem ciało. Mimo wszystko jest łatwo się schować, ludzie biegną grupkami więc korzystam jak mogę z tych ludzkich wiatrochronów, jeśli tylko biegną w satysfakcjonującym mnie tempie. 20 – 30 metrów przede mną biegną zające na 3:45 i cały czas od startu sukcesywnie zmniejszam odległość między nami. Pierwsze 10 km mijam ze średnim tempem 5:15 min/km. Opuszczamy Błonia i wiem, że to będzie ta trudniejsza część dystansu, bo będą podbiegi i zbiegi no i część, której nie znam bo w tamtym roku z powodu zalania bulwarów nad Wisłą trasa została zmieniona, zobaczymy czym mnie zaskoczy. Jak się okazuje nie zaskakuje mnie niczym, ot parę zbiegów i podbiegów, na bulwarach mnóstwo kibiców, którzy robią naprawdę fantastyczną robotę.

Połóweczka i po połóweczce.

Na 21 kilometrze słyszę głośny krzyk – BARTEK, BARTEK – spoglądam w bok i widzę Michała SimplyRunner’a, który ostro kibicuje. W ogóle kibice robią świetną robotę, jest ich mnóstwo i naprawdę dodają ludziom sił. Pierwsza połówka minęła jak sen złoty 1:50:35 to jeszcze trzy tygodnie wcześniej byłaby moja życiówka, a sił jest ciągle sporo. Na 22 kilometrze mijam Łukasza, który pyta mnie – Jak jest, czy ok? – Ja odpowiadam – Jest MOC!!! Podaje mi wodę i żel. I tu przyznam się miałem pewien kłopot, butelka z wodą w jednej dłoni, w drugiej żel, który próbuję upchnąć do kieszonki z tyłu spodenek, w międzyczasie zaplątuję się w opaskę z numerem startowym i dodatkowo w pas w którym mam telefon. Rozsupłanie tego kołtuna zajmuje mi dobry kilometr. Tym razem gdy dobiegamy do Błoni jest gorzej, nie ma już takich grupek za którym osobnik moich gabarytów mógłby się schronić przed wiatrem. Biorę więc poprawkę na okoliczności przyrody i obieram inną taktykę – na tyłek. Wybieram losowo jeden tyłek – ciekawe jest, że zawsze jest to tyłek kobiecy i biegnę za nim. Taktyka przynosi efekty, bo pomiędzy 25 a 31 kilometrem średnie tempo wynosi 5:13 min/km. Raz prowadzę ja, raz losowo wytypowana zawodniczka. W sumie kilka razy miałem ochotę zagadać i zaproponować taką współpracę aż do mety, szczególnie, że zające na 3:45 są jakieś 20 metrów przed nami. Cóż może i lepiej, że nie zagadałem, bo zaraz za Błoniami stali kibice tej dziewczyny ze szwedzkimi flagami, chybabyśmy nie pogadali, bo u mnie ze szwedzkim nie teges.

 

Zaczyna się kluczowa część dystansu. Tutaj każda oszczędzona porcja energii jest na wagę złota. Niestety ja zaczynam odczuwać trudy walki z wiatrem, który nie ustaje i męczy powiewami, co prawda w tej chwili jest jeszcze mało szkodliwy, ale już wkrótce będzie wiał prosto w twarz, a nie jest to orzeźwiający zefirek. Na początku 33 kilometra zaczynam odczuwać zmęczenie i znurzenie biegiem, nie chce mi się. W głowie jednak rodzą się kolejne pomysły na to jak urozmaicić sobie te najtrudniejsze kilometry – uciekasz przed pościgiem, bodajże metoda Kiljana Jorneta, jednak nie jest tak dobra z uwagi na to, że ze mną ucieka jeszcze jakieś 5000 chłopa. Drugi pomysł – metoda BO: wyobraź sobie, że to tylko trening – hej, niezła taktyka jestem akuratnie jakieś 8 kilometrów od mety, czyli tyle ile ma krótka pętla mojego treningu, będę zatem pokonując kolejne kilometry wyobrażał sobie w jakim miejscu teraz jestem w domu. Oprócz tego w pewnym momencie podbiega do mnie Michał Simply Runner i pyta jak się czuję? Ja mówię, że słabnę i że będzie ciężko – on na to – Dasz radę!!! Kilkaset metrów dalej Joasia z pĄpkinsów z całą rodziną, a na 35 kilometrze Wkurwy z wygazowaną colą – normalnie anioły! Z tego wszystkiego zapominam o taktyce z wizualizacją treningu. Byle przekroczyć Wisłę wtedy już będę w “domu”.

 

O kurwa –  będzie skurcz!!! Czuję jak nadchodzi podstępnie i moje prawe udo zaczyna boleć jak cholera. Myślę sobie – Pięknie! 6 km do mety, a ja będę musiał chyba iść – i tak się kończą sny o pięknej życiówce – fak, siet, sit!!! O nie! Nie poddam się tak łatwo biegnę dalej tyle, że nieco zwalniam i staram się wyczuć moje udo. Jest chyba lepiej. Oooo już widać most ten, który prowadzi do “ostatniej prostej”, tam będzie kawałek pod górkę, ale potem z górki – Tak debilu – podpowiada ta część mojego jestestwa, której nie lubię – ale później znów pod górkę. Nie przedłużając – odcinek na nadwiślańskich bulwarach, był cholernie ciężki, te ostatnie kilometry zadecydowały o tym, że nie osiągnąłem wyniku marzeń. Wpadając na Stare Miasto wiedziałem już, że to zrobiłem, znów pokonałem siebie i to w niezłym stylu, poprawiłem życiówkę. Jakieś 100 metrów przed metą, kiedy mój bieg przypominał człapanie zmęczonego żółwia, widzę Łukasza i słyszę głośny krzyk: DAJESZ BARTEK – NIE DUŻO!!! I wyobraźcie sobie, że ten zmęczony, ciężarny żółw zmusza się do przyśpieszenia, do finiszu (mam to na filmiku). Kiedy przebiegam linię mety, podnoszę wysoko ręce w górę, Suunto zatrzymuje się na wyniku 3:46:27, JEST!!! Czekam na oficjalny wynik po chwili przychodzi smsem – nowa oficjalna życiówka 3:46:19, cieszę się tak, że wzruszenie ściska mi gardło i łzy szczęścia pojawiają się w kącikach oczu. Po chwili gratuluje mi Brat, dzwonię do NKE, dzwoni Teść. Jaki to piękny dzień! Jest i Robert, też życiówka, Kasia też nieźle pocisnęła 3:28, razem pĄpujemy pod pomnikem Adasia. To już koniec, mój czwarty maraton dobiegł końca.

cut

pĄpkinsowy lans na mecie fot by Łukasz

 

Dobrze się stało, że nie złamałem 3:45, nie uderzy mi do głowy sodówka ;). Po niespełna roku od maratońskiego debiutu poprawiłem swój wynik o ponad 45 minut, a ostatni rekord poprawiłem o 14 minut.  Mimo, że “zajebistość” wyniku tryska mi uszami, to strasznie się boję, że ta sinusoida formy nagle zacznie opadać i to w najważniejszym czasie tego sezonu, ale już niedługo startuję i debiutuję w imprezie ultra i to będzie ostateczny test formy przed zbliżającym się biegiem Rzeźnika. Podsumowując sam bieg, to był bardzo dobry start, taktyka, którą obrałem za namową BO słuszna. Gdyby nie wiatr i walka z nim, to ten wynik przy obecnej formie mógłby być o dwie góra trzy minuty lepszy. Nadchodzi jednak chyba czas gdy będę urywał nie kilkanaście minut a góra kilka. Chciałbym jeszcze raz podziękować wszystkim, którzy wspierali mnie na trasie biegu, ten wynik to w dużej mierze wasza zasługa.