Kiedy maraton to za mało – Ultra debiut

W wyobraźni każdego chyba biegacza mieszka marzenie o przebiegnięciu maratonu. Królewski dystans, jak już kiedyś napisałem, jest w pewnym sensie świętym gralem biegaczy (z pominięciem wyjątków, które po prostu jak zwykle potwierdzają regułę). Co jednak zrobić, gdy już się ma na koncie te magiczne 42 195 metrów? Oczywiście można klepać je w nieskończoność, śrubując wyniki, przeplatając chwile chwały z porażkami, ale to przecież ciągle ten sam dystans, przebiegany po ulicach miast, asfalcie, w skwarze betonowych ścian.

A może jednak spróbować dać z siebie coś więcej? Te kilka, kilkanaście, a w skrajnych przypadkach kilkadziesiąt kilometrów więcej niż dystans maratonu? I tutaj pojawia się miejsce na ultramaraton. Ja mój pierwszy przebiegłem tydzień temu, a wszystko przez mojego rzeźnickiego partnera Wojtka, który nie myśląc wiele zapisał mnie na drugą edycję mojego lokalnego Ultramaratonu Podkarpackiego, na trasę długości 52 kilometry z groszami wiodącą po okolicach mojego rodzinnego Rzeszowa. Cóż, skoro już byłem zapisany postanowiłem skorzystać, traktując start jako długie wybieganie przed nadchodzącym wielkimi i szybkimi krokami Biegiem Rzeźnika.

Ultramaraton Podkarpacki jest młodym biegiem, ale pod względem organizacyjnym przygotowanym perfekcyjnie – organizowanym dla biegaczy przez biegaczy, bez napiny na sukces finansowy. Dzień przed biegiem tradycyjnie – odbiór pakietów i pierwszy raz w życiu numer poniżej 100 oraz pierwsza w życiu odprawa przedbiegowa, której przyznam szczerze nie słuchałem uważnie, zajęty konwersacją z matką BO i Robertem ze Smashing Pąpkins. Potem tradycyjne pĄsta party i duża pizza, troszkę ploteczek, śmiechów i moja przepowiednia, za którą o mały figiel nie dostałem od matki BO w oko, a która sprawdziła się w 100%. Wracam do domu i zaczynam przygotowania do startu, numer startowy, żele, plecak z bukłakiem, batoniki chia charge, buty, ciuchy słowem wszystko co będzie potrzebne podczas biegu, a można przygotować dzień wcześniej, bo start zaplanowany na godzinę 5:00.

Pobudka o 3:45, pora jak na sobotę nieludzka, ale start ma swoje prawa, tradycyjna kawa, wafle ryżowe z masełkiem chia charge, owsianka, inne czynności około fizjologiczne, plecak na plecy numer na pierś, kopniak od NKE na szczęście i w drogę na start. Po drodze spotykam Wojtka, który startuje na dystansie 70 km. Docieramy do rzeszowskiego rynku o 4:55 jest czas, żeby ściągnąć bluzę, przybić kilka piątek, trzasnąć ze dwie selfie i już wystrzał – ruszamy przy dźwiękach Conquest Paradise Vangelisu.

Na początek nie dzieje się nic, wyrywam na moment do przodu żeby życzyć BO powodzenia, jednocześnie opieram się jej propozycji, aby dołączyć do niej w biegu (chybabym ómarł). Wracam do znajomej stawki, czyli Robeta i Wojtka, którzy biegną kilkanaście metrów dalej. Asfalt, asfalt i… Asfalt. I tak aż do połowy 6 kilometra. Kiedy skręcamy wreszcie na zwykłą ścieżkę, zaczynam wyczuwać adrenalinę, wiem że górki będą nam towarzyszyć, aż do 40 kilometra, a potem nagle zamienią się w ostatnią długą prostą do mety. Biegniemy z Robertem, Wojtek pozostał z tyłu, bo ma 20 kilometrów więcej do przebiegnięcia, a jest po wieczorze kawalerskim swojego kolegi. Zaczynamy wyprzedzać na górkach kolejnych zawodników, jestem w szoku, że tak łatwo idzie. Nogi pracują równo, czuć moc, więc czuję, że będzie #ozd. Momentami jednak żałuję, że wziąłem buty asfaltowe, bo gdy jest nieco bardziej terenowo, zwłaszcza na zbiegach, mam wrażenie, że stopa nie trzyma się podłoża tak jak powinna, ale cóż jest za późno teraz trzeba lecieć swoje. Mijają kolejne kilometry, w pewnym momencie chyba na 14 kilometrze odrywam się od Roberta i śmigam samotnie, na zbiegach mijam sporą ilość biegaczy. A może by się tak pościgać? – w mojej głowie rozbłyska myśl. Na całe szczęście w mojej głowie mieszka taki mały skrzat tak zwany ZDROWY ROZSĄDEK,  który teraz bierze sporą pałę i… JEB, JEB, JEB wybija mi ze łba myśli o ściganiu. Jestem w Tyczynie, a na 24 kilometrze czeka na mnie, punkt odżywczy gdzie dogania mnie Robert, w dalszą drogę wyruszamy znów razem.

Teraz powinno być już tylko łatwiej odcinek z Tyczyna do Rzeszowa już raz biegłem, więc teraz dokładnie wiem co nas czeka (np. nie będzie lodu jak w lutym), jeszcze jakieś 10 kilometrów z podbiegami, a później zrobi się płasko i już bardzo znajomo. Od 42 kilometra trasa biegnie znajomymi ścieżkami, a od punktu na 46 kilometrze mógłbym biec z zamkniętymi oczami, bo to trasa moich treningów, czyli kaszka z mleczkiem. Tymczasem słońce świeci jest dość ciepło, choć jakoś mnie to nie rusza. Podziwiamy z Robertem widoczki na trasie, luźno rozmawiamy, a za mną zaczyna chodzić zimne spienione piwo. Jesteśmy już w Przylasku powoli zbliżamy się do 34 kilometra, gdzie rozdziela się trasa UP 50 i UP 70. Jeszcze ostatni podbieg i zdjęcia, w oddali słychać bębny i już jesteśmy na rozwidleniu tras. Pijemy wodę, izotonik, zamawiamy piwo na metę, humory nam dopisują jesteśmy z siebie zadowoleni, czujemy MOC. Dzwonię do NKE i dowiaduję się, że jesteśmy w połowie stawki, CO ZA DEBIUT, CO ZA START! Co więcej Matka BO biegnie pierwsza, a ja jej to przepowiedziałem wczoraj (a ona bić mnie chciała) Teraz z Robertem mówimy sobie, że lecimy mocno, za nami podbiegi, teraz najpierw w dół, a potem już tylko prosto równo DO METY.

10404272_823035901079441_1977223893734077130_n

jeszcze w świetnych nastrojach w okolicy 34 km. Foto by Andrzej Tomczyk

Wiedzeni euforią wypadamy z punktu zakładamy słuchawki na uszy, każdy słucha swojej muzyki, która ma pobudzić go do wysiłku, zostało przecież jeszcze tylko 18 kilometrów, niecały półmaraton, a półmaraton to dla nas maratończyków i ultramaratończyków in spe, kaszka z mleczkiem. I popełniamy błąd, nie patrzymy na oznaczenie trasy i zamiast skręcić lekko w prawo, lecimy jak szkapy dorożkarskie na złamanie karku w dół. Po jakichś półtora kilometra, jakaś myśl nieśmiało dobija się do mojej głowy – Gdzie są oznaczenia trasy? Zaczynam się bacznie przyglądać asfaltowi, gałęziom drzew w poszukiwaniu taśmy z UP – no nie ma. Zagajam Roberta, czy widział gdzieś oznaczenia – Nie – odpowiada mi szybko. No to daliśmy dupy, po krótkiej (jakiejś pięciominutowej konsultacji z lokalersem ustalamy, że jesteśmy na drodze równoległej do trasy biegu, postanawiamy wrócić na trasę, co oznacza półtorakilometrową wspinaczkę.

Momentalnie mój dobry nastrój, biorą diabli. Zdaję sobie sprawę, że lekko licząc straciliśmy jakieś 20 minut, być może więcej. Gdy wracamy na trasę (jak mogliśmy przeoczyć te oznaczenia nie wiem) próbujemy nadrobić coś niecoś, bo znów jest z górki, ale wiem doskonale, że nie utrzymamy długo tempa 5:15 min/km. Zwalniamy, jestem bardzo, bardzo zły. Robert stara się mnie pocieszać, mówi że to debiut, że czasem tak to już jest, ale ja nie mogę się z tym faktem pogodzić. Po raz pierwszy w życiu zawodzi mnie głowa. Gdy wpadamy na teoretycznie najłatwiejszą część biegu, mam wszystko w dupie, nie chce mi się biec, przechodzę do marszu na równym i idę. Robert motywuje mnie, zwłaszcza że w zasięgu wzroku pojawiają się inni biegacze – Bieżemy się za nich! – słyszę, to mnie nieco rusza. Zaczynamy pościg, kilku zawodników mijamy. W miejscu gdzie powinniśmy mieć na liczniku dystans maratonu moje suunto wskazuje 44,40 km, czyli nadrobiliśmy ponad 2 kilometry. Na wiszącym moście odzywa się telefon – dzwoni NKE z informacją że BO wygrała. To mnie nieco pociesza, nareszcie przełamała złą passę, startów na swoim podwórku. Już jesteśmy po właściwej stronie Wisłoka, jeszcze jakieś 4 kilometry po zróżnicowanym terenie i już będzie tylko znany asfalt, a potem jeszcze 5 kilometrów i META. Gdzieś tam czeka Młody na rowerze jako support. Staram się mobilizować do wysiłku, ale kiepsko mi to wychodzi. Jest Młody na rowerze, tylko skąd ma kije i po cholerę mu one. Jak się okazuje otrzymał je od jakiegoś biegacza, którego prozaicznie wkurwiały.

Zbiegamy na ścieżki nad zalewem, ostatni punkt żywieniowy, leję wodę na głowę. Napieram pod wpływem Roberta i Młodego, choć mam ochotę posłać ich obydwu do wszystkich diabłów, niech lecą charty, ale oni na moją propozycję ponaglają mnie do biegu. – Nie przyszedłeś tu chodzić biegaj!!! – Mówi do mnie Robert. No i co mam robić – biegnę, tak działają Smashing pĄpkins – w krytycznych chwilach motywują. Pojawiają się tabliczki: 5 kilometrów do mety, potem cztery, kolejny z zawodników zostaje w tyle. Moja głowa nie chce się uspokoić: jak by to było, gdybyśmy się nie pogubili, mamy tyle siły, a może to Robert ma? Mnie się już nie chce, raz boli mnie kolano, w sekundę później kostka, stopa, noga się blokuje w kolanie, ale czy to prawdziwy ból czy może moja głowa daje znać, że nie ma się już po co męczyć. Jeszcze trzy kilometry, dwa, jesteśmy już w centrum miasta, policja zatrzymuje ruch, gonimy dwie osoby, chłopaka i dziewczynę. Mnie się już nie chce mam to w gdzieś, przecież gdybyśmy nie spieprzyli to byliby daleko za nami, niech mają, nie zgubili się mają prawo wygrać z leszczami co nie patrzą na oznaczenia trasy. Aaaaa ostatni kilometr! Aleja pod Kasztanami, zbliżamy się do nich, ulica Trzeciego Maja, mamy ich i jeszcze dwie osoby!!! W słuchawkach muzyka z Rockyego, kiedy biegał po Filadelfii, finiszzzzzz dzwonnica Farnego, OOGGIEŃŃŃ, Kościuszki, wyciągam maksymalnie krok, za mną Robert, którego ten fakt chyba cieszy. Mijamy jeszcze kogoś, za wcześnie zacząłem nie mam sił zwalniam, mija mnie Robert – należy mu się, za motywowanie mnie do wysiłku, dzięki niemu nie jestem na 47 kilometrze tylko na 55, na mecie. Patrzę na bramę mety podnoszę dłonie do góry. Tak jestem ULTRASEM (chociaż na dystansie dla “dzieci”). KONIEC. Nie to dopiero początek: widzę NKE, Teścia i moich bliskich w strefie mety. NKE macha do mnie i pokazuje mi pod nogi. Gdy spoglądam w dół widzę Ryśka z medalem w dłoniach, choć tak bardzo bolą mnie nogi (Kiedy zaczęły???) Klękam na kolano, a mój Syn zawiesza mi na szyi medal, potem mnie przytula, wzruszenie dławi mnie mocno, po krótkiej chwili przychodzi Jurek i też mnie ściska, w kącikach oczu mam łzy szczęścia. Gratulują mi wszyscy moi bliscy, którzy przyszli na metę, gratulują znajomi. Jest piękna sobota, jest piękny dzień. Robert podaje mi piwo, ahhhh co za smak!!! Fakt, że zboczyliniśmy z trasy przestaje mieć znaczenie. Relaks w basenie z zimną wodą, telefonicznie gratuluję BO, potem pĄpki i to już koniec, kolejny start przeszedł do historii.

11216715_823009967748701_8539129779852967395_n

Dekoracja foto by Andrzej Tomczyk

11159535_823009974415367_1879585786481681290_n

gratulacje foto by Andrzej Tomczyk

 

Szczęście foto by Andrzej Tomczyk

Szczęście foto by Andrzej Tomczyk

Z perspektywy czasu, wydaje mi się, że momentem przełomowym tego biegu stał się mój telefon do NKE, z punktu na 34 kilometrze. Czy zdekoncentrował nas na tyle, że przeoczyliśmy oznaczenie trasy, czy może daliśmy się ponieść przedwczesnej euforii? Więcej takiego błędu nie popełnię. Bieg ukończyłem na 90 miejscu z czasem 6:29;01, licząc na oko na naszym błędzie straciliśmy jakieś 17-20 minut, przekładające to na miejsca byłbym gdzieś około 60 miejsca. Tym samym mam z Ultramaratonem Podkarpackim rachunki do wyrównania i na pewno wrócę tu za rok, bo warto.