Hardcorowa Utopia czyli ZUK 2016

Wyobraź sobie wnętrze piłeczki ping-pongowej. Jej jądrem jesteś Ty.  Tak najkrócej można scharakteryzować to co zobaczyłem w Karkonoszach podczas ZUKu, dookoła biel i postacie wyłaniające się z tej bieli i znikające w niej. Zobaczyć wiele nie zobaczyłem, ale nie samymi widokami żyje człowiek, dużo więcej przeżyłem.

Tomek

Zimowy Ultramaraton Karkonoski organizowany jest aby uczcić pamięć Tomka Kowalskiego, jednego z czterech pierwszych zimowych zdobywców Broad Peaku. Tomek na zawsze pozostał na zboczu tej góry. Jednak jeżeli Tomek odszedł ciałem to jego idea żeby czerpać z życia pełnymi garściami i żyć na maksa, pozostała żywa wśród tych, którzy go kochali i tak właśnie powstał ZUK – impreza ze wszech miar niesamowita i umykająca pojmowaniu, przyciągająca ludzi, którzy tak jak Tomek chcą żyć realizując swoją pasję.

Trzecia edycja biegu – do losowania staje ponad dwukrotnie więcej chętnych niż jest miejsc, w tym ja mocno nakręcony relacją Krasusa z II edycji. Niestety nie udaje mi się dostać na listę startową, a nawet na rezerwową. Po kilku postach żali i smutków, wzruszam ramionami i stwierdzam, że jeśli nie teraz to może za rok. I tak jest aż do 21 grudnia, kiedy dowiaduję się tego samego dnia, że są dwa pakiety do przekazania na ZUK. Info pochodzi od dwójki pĄpkinsów, którzy wiedzą jak bardzo marzyłem o starcie w Karkonoszach. Decyduję się niemal momentalnie – Witaj Przygodo tęskniłaś? Bo ja tak.

 

Ludzie

ZUK to impreza z klimatem, a ten tworzą Ludzie, raczej nie do końca normalni – organizatorzy, uczestnicy i wolontariusze. Zasadniczo nie wiem kto tam jest bardziej zakręcony. Bo przecież my kochamy napierać – nawet w takich warunkach jak zapowiadany śnieg po kolana, a czasem do połowy jajec, ale co powiedzieć o wolontariuszach, którzy w tych warunkach musieli spędzić kilka, a nie wiem czy nie kilkanaście godzin. Ci ludzie dla każdego mieli uśmiech, dobre słowo i taką serdeczność, że nie sposób tego opisać – niezależnie od tego czy mijał ich pierwszy czy dwusetny zawodnik. Ogromny szacunek dla Was kochani, bo widać, że do tego wolontariatu trafiają ludzie mający poczucie misji, pamiętajcie bez Was my nie mamy racji bytu. Aniu i Agnieszko stworzyłyście biegową Utopię, do której wszyscy chcą dotrzeć, a gdy już tam są nie chcą wracać. Tomek patrząc na nas z góry musi być bardzo szczęśliwy.

fot. Jacek Deneka

 

Taki mamy klimat

Trzeci ZUK jest pod względem pogody i panujących na trasie warunków najtrudniejszą edycją, podkreślali to podczas odprawy organizatorzy. Jest tak trudno, że przesunięte zostają o godzinę limity na poszczególnych punktach.  Zdjęcia ze znakowania trasy pokazują, że będzie trudno, a nawet momentami ekstremalnie. Szczerze mówiąc, mimo jakichś doświadczeń z biegania po górach mam dylemat jak się ubrać, żeby się nie zagotować (faktu, że zmarznę nie biorę pod uwagę, bo podczas biegania grzeję dość mocno). Po krótkiej rozmowie z Krasusem decyduję się na wariant dość lekki, ale w plecaku mam mieć dwie zapasowe warstwy.

 

Polana Jakuszycka

Poranna pobudka, śniadanko, napój kawopodobny (bleh, ale coś tam kofeiny jest), jedyneczka i dwójeczka i na obowiązkową weryfikację sprzętu – potem do autobusu. Jedziemy, w autobusie ze mną mocna ekipa pod wezwaniem Smashing pĄpkins, są żarty, jest atmosfera. Czuję wzbierającą w moich żyłach adrenalinę, czuję, że za moment rozpocznie się wymarzona przygoda, a przyroda dorzuciła elementy hardocoru – spełnia się marzenie. Gdy wysiadam z ciepłego autobusu, zaczynam żałować, że jestem tak lekko ubrany – jednak na starcie jest wszystko co potrzeba: ciepła herbata i ognisko – taka rozgrzewka to ja rozumiem. Odliczamy i już zaczęło się.

Ostatnie chwile przed startem - fot. Marcin Mondorowicz

Ostatnie chwile przed startem – fot. Marcin Mondorowicz

Dygresja

Żeby zrozumieć biegacza ultra trzeba nim być, trzeba poznać smak zmęczenia, bólu i o dziwo łączącego się z tymi uczuciami euforii i szczęścia. Bo zwykły zjadacz chleba nie zrozumie faktu, że można uganiać się w kopnym śniegu po kolana, otrzepywać lód zbierający się na brodach, bufkach, czapkach, brwiach, rzęsach (że o włoskach na dłoni wystających z pomiędzy rękawiczki, a zegarka nie wspomnę), walcząc z narastającym zmęczeniem rezygnacją, przemarznięciem. Można zmagać się przez kilka godzin z wiatrem i niską temperaturą, a mimo to po przekroczeniu mety czy wejściu na punkt odżywczy micha śmieje się człowiekowi tak, jakby właśnie wypoczywał pod palmami, a łzy radości obficie spływają po wysmaganych wiatrem policzkach. Dla zwykłego zjadacza chleba to szaleństwo – a Nas to szaleństwo definiuje, sprawia że czujemy że żyjemy pełnią życia, że jesteśmy szczęśliwi. Na myśl o przeżyciach ubiegłej soboty mam ciągle ciary na plecach. Był to najtrudniejszy, a zarazem najpiękniejszy bieg mojego życia i myślę, że długo jeszcze nie będzie mógł mu dorównać pod tym względem żaden inny bieg.

Poruszam się w kolumnie i chce mi się wyć, tempo przypomina trochę czołganie się Di Caprio w “Zjawie”, warunki zresztą też podobne, widoczność spada z każdym przebytym kilometrem. Okulary parują, po chwili zaczynają zamarzać. Niby jestem w górach, ale ich nie widzę, na widoki dziś raczej nie ma szans. Próby wyprzedzania kończą się zapadnięciem się w śniegu po kolana albo i głębiej. Jako tako komfortowo można poruszać się tylko wydeptaną szeroką na jakieś kilkadziesiąt centymetrów ścieżką, ale tempo, tempo panowie i panie. Nie można ciutkę szybciej, albo nawet dwie ciutki? Docieramy do pierwszego punktu żywieniowego po godzinie i jakichś siedmiu minutach, długo, strasznie długo zważywszy, że mamy za sobą tylko 7 kilometrów. Szybki kubek herbatki, dwie kostki czekolady i dalej, trzeba napierać dalej. Tyle że robi się jeszcze trudniej.

 

Widoki jak z wnętrza ping ponga

Podgórzyn i okolice 2

Dziadek mróz i jego świta 😉 fot. Pogórzyn i okolice

Czuję, jak na lewej stronie twarzy i na bufce osadza się lód. Zmrożenie pojawia się na brwiach i rzęsach, szybce zegarka, bidonach i plastikowych elementach plecaka. Zaczyna się samotność długodystansowca. Uczucie samotności pogłębia mgła, widoczność momentami spada do 20 metrów, jakby się człowiek nie obrócił wszędzie widzi biel – spojrzenie w górę biel, w prawo biel, w lewo biel, pod nogami rozkopana setkami nóg biel. Śnieg pod stopami żadną miarą nie daje możliwości rozpędzenia się, ktoś zaplanował uczestnikom permanentne ćwiczenia stabilizacyjne. Trudno się idzie, a już nie mówię o bieganiu. Jednak gdy robi się nieco równiej lub z górki staram się truchtać. Głowę mam zmęczoną, a jestem na trasie dopiero półtorej godziny, prawie dwie, a na zegarku – ile? Jedenaście kilometrów. Ile!? Nie, to niemożliwe zegarek zamarzł – nie zlicza kilometrów, a czas stale płynie. Czuję się źle, to miało być mniej niż 8 godzin, a wygląda na to że walczę o utrzymanie się w limicie. Setki myśli przebiegają przez moją głowę, są też takie brzydkie, niegodne napieracza – odpuścić, zejść z trasy, po co się męczyć?  O nie!!! Tak łatwo się nie poddam, będę walczył, będę walczył jak cholera, bo wiecie co? Nie jest trudno napierać, gdy wszystko idzie po naszej myśli, sztuką jest pokazać charakter, kiedy wszystko sprzęga się przeciw nam. I coś tam w moim pustym łbie klika, że przecież nie można się poddać, gdy robi się trudno, że przecież to jest wymarzony start, w dodatku obiecałem godnie reprezentować Marcina, który oddał mi zupełnie bezinteresownie swój pakiet na ten bieg. Nie ma szans.

CIMG2945

Konie łby pospuszczać, czy konie mnie słyszą? – fot. R. Rut

Odrodzenie

Niemal od samego początku tasujemy się z Ewą, raz to ona wyprzedza raz ja, w pewnym momencie łączymy się w parę. I tak trwamy w drodze do drugiego punktu odżywczego. Jakieś dwa kilometry przed nim trasa pozwala wreszcie na znaczące przyśpieszenie, o jak miło jest w końcu się rozpędzić. Lecimy przed siebie i żartujemy, że w życiu tak powoli nie biegaliśmy. Jesteśmy w okolicach 20 kilometra, na zegarku UWAGA! prawie trzy i pół godziny, za półtorej godziny minie połowa czasu – ciekawe czy będziemy w połowie trasy??? Świadomie decydujemy się z Ewą pominąć punkt w schronisku Odrodzenie, mamy wodę mamy żarcie – ciśniemy. Już wiem, że nie odpuszczę mimo, że warunki znów oscylują wokół miejsca na skali zarezerwowanego dla ekstremum. Tam na górze w Domu Śląskim czeka ciepła zupa, czeka mój Teść, który przyjechał ze mną, aby mi kibicować. Ach brzydko Filipidesie było myśleć o poddaniu się, nieładnie, nieładnie.

 

Podaruj sobie odrobinę luksusu

Do schroniska Dom Śląski pod Śnieżką docieramy z Ewą po pięciu godzinach i 16 minutach, jesteśmy w połowie drogi i zużyliśmy do tego ponad połowę dostępnego nam czasu. W schronisku jest Teść i jego dwie koleżanki i masa zmrożonych z lewego profilu ultrasów. Siadam choć wiem, że takie siadanie może okazać się zdradliwe, ale siadam. Pochłaniam ciepłą pomidorówkę – chciałbym napisać, że jej smak będę pamiętał jeszcze na łożu śmierci, ale smutna prawda jest taka, że nie poczułem nawet jej smaku – najważniejsze, że była ciepła. Garściami zażeram ciastka i winogrona. Wypijam butelkę Pepsi, drugą Teść wlewa mi do bidonu. Dociera informacja z mety, że właśnie przed chwilą na mecie zameldował się Bartek Gorczyca – niezły kocur! Pora ruszać w drogę – teraz już będzie z górki, oczywiście jeśli wtoczę się najpierw na Śnieżkę.

fot. Marcin Mondorowicz

Sorry taki mamy klimat – fot. Marcin Mondorowicz

Mroźny szpon Śnieżki

Krok po kroku, kij za kijem, do góry byle do góry, wzdłuż zamarzniętych łańcuchów odgradzających od przepaści, gdzie jest szczyt? Czuję że przestaję czuć trzy palce w prawej dłoni które kurczowo trzymają kijek. Wreszcie widzę charakterystyczny kształt budynku obserwatorium meteorologicznego na Śnieżce. Na szczycie wieje niemiłosiernie, ale tu także są wolontariusze. Próbuję złożyć kijki, bo wiem, że czeka mnie zbieg, ale te cholerniki nie chcą się złożyć, to znaczy moje skostniałe palce (wyglądają jak szpon) nie są w stanie poradzić sobie ze zmrożonym zatrzaskiem. Kiedy się udaje z radością uciekam z wyeksponowanego na zimno i wiatr szczytu. Teraz to już pójdzie – myślę sobie.

 

Idzie, a momentami leci

Biegnąc na złamanie karku w dół, zaczynam osiągać ten magiczny moment, kiedy wszystko zaczyna wydawać się możliwe. Sadząc olbrzymimi susami, z gardła wyrywa się śpiew, ten znany wszystkim pĄpkinsom nieoficjalny hymn drużyny. Mijani ludzie popatrują ze zdziwieniem, kiedy mija ich wyłaniający się z mgły cień, wywrzaskujący: Ooo ooo ogień z dupy. Jest pięknie, krajobraz robi się jakiś taki bardziej przystępny. Znowu doganiam Ewę, kilometry uciekają coraz szybciej, jesteśmy tuż przy Okraju. Można biec, wreszcie łapie mnie ten flow, wpadając na ostatni punkt odżywczy mam w sobie mnóstwo energii, wyciągniętej chyba z kosmosu. To się dzieje naprawdę, jest cudownie, bajecznie, jeszcze tylko 18 kilometrów i już będę na mecie, a potem będzie bal.

Okolice przełęczy Okraj I belive I can fly - fot. RunFaello

Okolice przełęczy Okraj I belive I can fly – fot. RunFaello

 

Do mety

Też tak macie na ultra, że gdy już poczujecie metę to pcha Was jakaś siła, która przyszła nie wiadomo skąd? Ja tak mam. Zaczynam cisnąć są miejsca, że można, o hoho jak można. Wizualizuję sobie moment wbiegania na metę, że jak będzie luźno to zrobię pĄpaski tuż przed metą, że może gdzieś tam będą już czekać pĄpkinsi i na ostatnich metrach dodadzą mi sił. Zaczyna sypać śnieg, zegarek pokazuje że zostało już całkiem niewiele, tak tyci tyci, z pół paznokietka. Ostatnie podejście koło cmentarza. Zbieg po stoku narciarskim, mostek. Ulica to już tu… Jak to? Znów to zrobiłem. Wolontariusze na mostku mówią że to dwieście metrów. Biegnę w dół ulicą, tak znów to zrobiłem, doping mnie oszałamia dodatkowo, odpływam w świat endorfin. Widzę metę, to już? Unoszę ręce z kijami w geście zwycięstwa. Po dziewięciu godzinach, osiemnastu minutach i piętnastu sekundach przekraczam linię mety. Zrealizowałem swoje kolejne biegowe marzenie.

Ostatnie metry - fot. Marcin Mondorowicz

Ostatnie metry – fot. Marcin Mondorowicz

To jeszcze jednak nie koniec, bo wpadam wprost w ramiona Krasusa, który zawiesza mi na szyji medal i obejmuje mnie, tak serdecznie, ciepło i pyta – Co, a nie mówiłem, że zajebista impreza? Momentalnie emocje sięgają zenitu i tam gdzie były przed chwilą tylko małe kropelki wzruszenia, pojawia się ich coraz więcej i więcej, zaczynam łkać, a Krasus jak prawdziwy ojciec po raz kolejny mnie przytula. Nie mam słów, aby opisać to, co czułem wtedy, jakiego stopnia było to wzruszenie. Później porównywałem je sobie do momentu, kiedy pierwszy raz usłyszałem krzyk mojego pierwszego dziecka – odczucia nie te same, ale siła oddziaływania bardzo podobna. Olbrzymie emocje, chwile niepewności i bezbrzeżne szczęście. Dziękuję że mogę być częścią takiej drużyny.

Jedna z najpiękniejszych chwil w życiu - fot.

Jedna z najpiękniejszych chwil w życiu – fot. Marcin Mondorowicz

43

#żyjzcałychsił fot. Marcin Mondorowicz

 

49

emocje, emocjami a pĄpki muszą być – fot. Marcin Mondorowicz

A później był bal 😉

 

Podsumowanie

ZUK 2016 to najtrudniejszy, a zarazem najpiękniejszy bieg w jakim do tej pory brałem udział. Nie jestem jedynym, który tak twierdzi. Ciężko jest wytłumaczyć to co czuję, pisząc te słowa kilka dni później nadal nie mogę dojść do siebie tak głęboko w sercu utkwiły wspomnienia, przeżycia i emocje związane z tym biegiem. Ciężka przeprawa w pierwszej połowie biegu, odrodzenie przy nomen omen Odrodzeniu. Jeśli ktoś biegał ultra to zrozumie mnie może lepiej, jeżeli przebiegł ZUK zrozumie mnie na pewno. Jechałem po przygodę życia dostałem dużo więcej.

 

Podziękowania

I na koniec podziękowania, jeszcze raz ślę głębokie ukłony w kierunku Marcina, który bezinteresownie oddał mi swój pakiet. Marcin sprawiłeś mi jeden z najlepszych prezentów na urodziny w życiu.

Krasus to co zrobiłeś na mecie zostanie we mnie na zawsze dzięki, a zdjęcia Marcina Mondorowicza będą mi pięknie o tym przypominać. Cała ekipa Smashingów, udowadniamy za każdym razem, że bardziej już jesteśmy rodziną niż nietypową drużyną sportową – szacunek. Ewa, dzięki za Twoje towarzystwo na trasie.

pĄekipa

pĄdrużyna, pĄekipa, pĄrodzina <3- fot. Pani ze sklepu

Tato wymieniam Cię na końcu ale to Twoja obecność w Domu Śląskim wlewała siły we mnie w pierwszej jakże trudnej części trasy – jesteś wielki.