flesze błyski najlepsza whisky czyli jak przebiegłem drugi maraton

Słowem wstępu

 

Życie jest jak pudełko czekoladek. Nigdy nie wiesz, co ci się trafi – tak powiedział jeden z najsłynniejszych (jeśli nie najsłynniejszy) filmowych ultramaratończyków Forest Gump i wiecie co, cholera – miał idiota rację. Czekoladka, którą wyciągnąłem z pudełka życie, a która zobrazowałaby mój występ w 36. PZU Maratonie Warszawskim można nazwać poezją czekoladową szwajcarskich mistrzów czekolady w wyjątkowo paskudnym papierku, lub posunę się o krok dalej w gównianej posypce. Brzmi intrygująco? A może obrzydliwie? Chyba tak. Uprzedzę tych, którzy zastanawiają się czy gówno to słowo klucz w tym wypadku, że nie, żołądkowych problemów, przed trasą, na trasie i po trasie nie było, choć jak tekst pokaże mogły być. A co było? Było boleśnie. Ale po kolei. Tydzień przed maratonem, ktoś w mojej firmie stwierdził, że pracownik marketingu świetnie nadaje się do prac fizycznych na magazynie. Cóż nie należę do osób, którym praca fizyczna szkodzi, ta jednak nie pomogła. Od środy zaczęły mnie pobolewać plecy. Przy schylaniu się, siadaniu i wstawaniu, na szczęście przy chodzeniu i bieganiu nie. Zrobiłem we wtorek i czwartek dwa zaplanowane treningi, ale zaprzestałem jazdy na rowerze do pracy. Jednak w dniu wyjazdu z plecami nie było fajnie.

 

Wyjazd

 

Wyjechaliśmy całą ekipą (Najwierniejsza Kibicka Ever i Hunowie) w piątek 26. Moglibyśmy wyjechać w sobotę, bo przez moje gapiostwo i głupotę skończyły się startówki na sobotę na biegi na Narodowym dla dzieciaków, ale w zamian postanowiliśmy zafundować chłopakom ZOO, a ja miałem zapowiedziane spotkanie mojej drużyny na maraton. Tak właśnie drużyny, zostałem członkiem DRUŻYNY i to niebylejakiej bo Smashing Pąpkins (najlepsza drużyna biegowa ever). No dobra tak naprawdę to trochę się tam wprosiłem, ale członkiem zostałem. Plan drużyny – skopać tyłki przeciwnikom, ekipie WKURWÓW (Biegam bo mnie ludzkość wkurwia). Dojechaliśmy do Marek późnym wieczorem, do prawdziwych kamikaze wśród naszych znajomych, czyli Moniki i Michała, którzy gościli mnie i Dagmarę przed Półmaratonem Praskim. Dlaczego kamikaze? Cóż nie mając dzieci, przyjęli pod swój dach dwójkę hunów. Na efekty nie trzeba było długo czekać, zabawy w zombie, dinozaury i freski na świeżo pomalowanej ścianie salonu. Pierwszy etap aklimatyzacji zakończyliśmy o 3 w nocy.

 

Sobota

 

Pobudka łagodna, dzieci pozwoliły pospać do 8 rano (tłumy szaleją!). O dziwo bardzo dobrze spałem, co przed zawodami mi się nie zdarza, zawsze śnią mi się jakieś bzdury. Oczywiście plany od końca sierpnia się pozmieniały i znów zakładam atak na 4 h. Nawet umówiłem się z Wojtkiem, o którym już tu pisałem, że biegniemy razem i 4 godziny łamiemy razem. Jest tylko jeden problem, mianowicie taki, że kurewsko bolą mnie plecy, ale nadal nie przy chodzeniu i mam nadzieje bieganiu. W głowie zaczyna tlić się myśl o wycofaniu się. Przetrwałem błąkanie się po ZOO co więcej plecy nieco puściły i ruszyłem po pakiet startowy, żeby było do rymu – na Stadion Narodowy. Na stadionie impreza tłumy biegaczy i ten tego, zaczynam to czuć, znów. Adrenalina przedstartowa delikatnym strumyczkiem wsącza się w żyły i zaczyna krążyć.  Znacie to? Kocham ten stan! Na expo szybkie zakupy, postanowiłem zaryzykować eksperyment na żywej tkance i wypróbować, żele firmy ALE, trochę strach. Testowałem ALE Hydoro Salt i nie miała jakichś niepożądanych efektów, więc optymistycznie zakładam, że z żelami będzie podobnie. Robię sobie piękną foteczkę z zakładanym czasem 3:49:13 i zabieram opaskę z rozpisanym czasem na 4:00:00 i pora na obiad. Obiad późny, ale w znakomitym gronie drużyny maratońskiej Smashig pĄpkins, zajadam makaron popijam wodą mineralną i przyjemnie gawędzę z ludźmi, którzy mają takiego samego świra jak ja. Co więcej niektórych zanm, bo czytam ich blogi i podziwiam wyniki. Impreza nie trwa długo bo Hunowie są zmęczeni, Jerzyna zasypia w samochodzie gdy wracamy do Marek, Rysiek bełkocze ze zmęczenia, zdecydowanie jesteśmy z Dagmarą nieźli w zamęczaniu dzieci (one też potrafią nas nieźle zmęczyć). Pomimo tego, że poczułem już atmosferę biegu, plecy nie dają mi spokoju, nie potrafię wysiąść z samochodu bez okrzyku bólu. Stwierdziłem jednak, że się nie poddam spróbuję chociaż wystartować, w razie czego wycofam się. Przygotowuję rzeczy do startu, przymierzam otrzymaną koszulkę Smashing pĄpkins, opisuje numer Startowy w informacji o stanie zdrowia wpisuję taką informację: Jestem pojebany bo biegam maratony. Zdaję sobie sprawę, że to głupota, ale nie mogę się powstrzymać. Około północy idę spać pobudka zaplanowana na 6:15

 

Biegowy best team ever Smashing Pąpkins

Smashing Pąpkins zwarci i gotowi do biegu

 

 

Kto rano wstaje…

 

Rano wszystko przebiega bez komplikacji 6:15 podnosimy zadek z wyra, toaleta poranna oliwienie pachwin i zaklejanie sutków, ubieranie, kawa i śniadanko (tradycyjnie 3 wafle ryżowe z masłem orzechowym) 1 i 2 w toalecie. Budzenie Michała, który w jakimś masochistycznym zapamiętaniu postanowił się poświęcić i wstać tak wcześnie w niedzielę. Jedziemy. Wysiadam z samochodu z tradycyjną od wczoraj – o żesz kurwa macią – przemieloną w ustach. Maszeruję przez Most Poniatowskiego, gdzie będzie umiejscowiony start. Idę do Parku Skaryszewskiego na poranną rozgrzewkę z Pąpkinsami. Spotkanie pod pomnikiem przebiega w luzackiej atmosferze i chyba mnie też udaje się rozluźnić. Krótka rozgrzewka biegowa pozwala mi wierzyć, że uda się przebiec, bo bieganie nie boli. Dzwonię do Wojtka, z którym mamy łamać 4h i umawiamy się na spotkanie w strefie startowej. Z drużyną życzymy sobie powodzenia i ruszamy na start.

 

Witaj przygodo czyli start

 

W strefie startowej witam się z Wojtkiem, wymieniamy kilka uwag o biegu, zostaje poczęstowany magnezem, z czego skrzętnie korzystam, bo jedyną rzeczą której zapomniałem z Rzeszowa, a potem z EXPO to właśnie szocik magnezu. Odpalam Endomondo, spoglądam w niebo na którym krąży Błękitny 24, słucham co ględzi Przemysław Babiarz, który ubolewa, że nie może z nami pobiec, szkoda chłopa. Pogoda piękna słońce na niebie, nie za gorąco (przynajmniej na razie) i nie za zimno, a od czasu do czasu ożywczy wiaterek. Wreszcie ruszamy udaje się uruchomić stoper dokładnie w momencie przekroczenia startu i jakoś cudem w tym samym momencie uruchamiam endo.

 

0 – 7 czyli nic się nie dzieje nananana, ale jest nieco patetycznie

 

Jak przyjemnie się biegnie, chociaż tłok na początku niemiłosierny, czekam aż się przeluźni na dalszych kilometrach. Nic mnie nie boli i jest mi dobrze. Pierwsze kilometry mijają mi w szybko. Nie ma żadnych niepokojących znaków. Wojtek jest idealnym partnerem do biegania, nie gada. Wyjątkowo nie włączyłem muzyki biegnę i słucham własnego organizmu. Myślę o tym, że 70 lat temu biegłbym przez morze gruzów i płomieni i dochodzę do wniosku, że to Miasto ma w sobie jakąś ogromną energię, że wystarczy do niej sięgnąć zaczerpnąć i biec. Na wodopoju na 5 km wszystko sprawnie bez paniki, woda zimna. Podzieliłem sobie trasę na 6 odcinków po 7 km  tak też rozłożyłem sobie żele, co 9 kilometrów kapsułka Ale Hydro Salt. Pierwsze 7 kilometrów biegnę średnio w tempie 5:25 – 5:30 czyli jest dobrze.

 

7 – 14 luźna guma 

 

Żelik, Konwiktorska i już jesteśmy na Wybrzeżu Gdańskim, nie narzekam na nudę, tak jak miesiąc temu, krajobraz się zmienia tu Zamek Królewski, tam Wisła. Zaczynam jednak widzieć, że Wojtek zostaje nieco w tyle. Po chwili staje się jasne, że dalszą część trasy przemierzę samotnie. Rozstajemy się z Wojtkiem gdzieś na 12 kilometrze. Mam tak równe tempo, że jestem w szoku 5:33. Chyba to moje długodystansowe bieganie jest skazane na samotność. Teraz już włączam muzykę, ze słuchawek płynie na początek Whisky in the Jar. W tle majaczy Pepsi Arena, a mi kilometry migają pod nogami. Będę się powtarzał: odczuwam mega satysfakcję z biegu.

 

14 – 21 

 

Przebiegam obok mojej kochanej Trójki na Myśliwieckiej, wciągam kolejny żel i już jesteśmy w Łazienkach. Trochę się martwię, bo widzę jaki kurz wznieśli biegacze przedemną i zastanawiam się czy może nie nabawię się pylicy płuc, ale biegnie się dalej. Wszędzie kibice, strefy kibicowania, muzyka, okrzyki zagrzewające do biegu. Cały czas w pobliżu mnie widzę pacemakerów z chorągiewkami jak husarskie skrzydła, na chorągiewkach dumnie łopocze 3:55, czyli jest dobrze. Swoją drogą jak niewygodnie musi się biec z tymi chorągiewkami kiedy od czasu do czasu powieje wiaterek. Coraz częściej widzę też ludzi, którzy idą, cholera a to jeszcze nie połowa dystansu, o co kaman? Połóweczka pęka w czasie 1:57:15 czyli jest bardzo, ale to bardzo dobrze, tempo w okolicach 5:36. Na punkcie z żelami zgarniam dodatkowy żel na wszelki wypadek. Kto jak nie ja skopię dupę temu maratonu, no kto ja się pytam? Połowa drogi za mną teraz zaczną się schody – myślę sobie w duchu.

 

 

21 – 28 gdzie schodów nie ma

 

No właśnie biegnę i biegnę nogi równo wszystko super, wiem że zbliża się podbieg, czeka ukryty podstępnie na ulicy Arbuzowej, ale na razie jestem obok Świątynii Opatrzności Bożej i chyba opatrzność wciąż nade mną czuwa. Między 25 a 26 kilometrem zaczynam się rozglądać z tym podbiegiem. I oto jest między 26 a 27 jest, ale jakiś taki łagodny, widzę jednak że wielu ludzi przechodzi na nim do marszu. Niezły ze mnie hiroł, co? Właśnie że nie, jestem po prostu do tego przyzwyczajony. Poza tym zakodowałem sobie z rozmów z Pąpkinsami, że później to już płasko jak stół, więc jeszcze jeden wysiłek i po nieśmiertelną chwałę!!! Słyszę okrzyki kibiców dawaj Bartek, nie poddawaj się. Ani mi się kurwa śni poddawać, skąd Wy znacie moje imię, aha czytacie z numeru startowego no to piąteczka. Naprzód, tempo nieco słabsze, ale to już druga połówka, a o negative split ciągle jeszcze nie myślę, wiem że mam spory zapas (jakieś 2 – 3 minuty) czasu, tempo 5:44. Jeszcze tylko 14 km, chyba będzie gorzej.

 

28 – 35 jest gorzej, ale za to dobrze wyglądam

 

Kluczowa chyba część biegu, dla mnie i jakoś tak się składa, że na każdej 7 jest coś godnego zobaczenia, czy zarejestrowania w świadomości. Nie inaczej jest z przedostatnią siódemką. Tam przecież czeka pĄpkinsowy punkt kibicowania, a na nim sam Krasus we własnej osobie. Kto nie zna Krasusa ten niech kliknie w link który wyświetla się po prawej stronie a jak nie może znaleźć to tutaj. Co więcej Krasus robi za didżeja i będzie puszczał wybrane przez nas kawałki, ja zamówiłem dla siebie Dopóki jestem Hansa Solo kawałek, który wygrzebałem gdzieś na biegowej liście przebojów i stwierdziłem, że na 33 kilometrze będzie mnie nieźle motywował. Tak wiec odbijam do prawej krawędzi jezdni i wytrzeszczam oczy w tłum, żeby nie przegapić punktu kibicowania. Biegnę i biegnę i nie widzę, cholera może trzeba było biec w okularach. Na 31 kilometrze mijam grupkę która zapodaje Thunderstruck AC/DC, zajebisty bit daje mi kopa. Gdzie te Pąpkinsy, ja się pytam??? I naglę widzę ich – charakterystyczna koszulka z gostkiem nakurwiającym pąpki i ta dewiza: krew, pot i łzy. Drę się jak głupi SMASHING PĄPKINS, uśmiecham się jak głupi, ręce w górę jak na finiszu. Tylko gdzie jest Krasus, a jest biegnie pod prąd, znów drę się jak głupi KRASUS, a ten skubaniec nawraca wyjmuje z zanadrza listę i zapuszcza mój kawałek. Rany biegnę z ramię w ramie z Krasusem i gość ze mną rozmawia co więcej mówi, że dobrze wyglądam, ale chyba mnie nie podrywa? Mówię mu, że biegnie się zajebiście, że mimo słońca nie jest tak gorąco, że od tygodnia bolą mnie plecy, kurcze Krasus ja Ci to wszystko mówiłem czy tylko w myślach? Po chwili już biegnę znowu sam, ale z życzeniami powodzenia, Krasus został z tyłu, zostawiłem w tyle Krasusa, ale moc we mnie drzemie co nie? Zauważam jeszcze jedną rzecz ciąglę biegnę, w Krakowie (klik kto nie czytał) od 30 już musiałem mieszać bieganie z marszem, a tu mijam takich ludzi, zdaje się że zrobiłem postępy. Tempo nieco siadło 6:05, ale ciągle jest zapas.

 

35 – 40 czyli nadal nie ma ściany

 

Biegnie się coraz ciężej, ale w duszy powtarzam sobie: zostało jeszcze siedem, masz szansę złamać 4h. Na ramieniu pojawia się jednak moje gorsze ja, to leniwe i szepcze zwolnij, nie szarp się, następnym razem złamiesz, jesteś już zmęczony. NIE krzyczy w duszy coraz słabsza ambicja, tu i teraz. Świat jakby zwolnił kilometry nie biegną, ale ja ciąglę biegnę. Biorę się w garść. 38 kilometr ostatni żel ten z colą. Będzie dobrze. Biegniemy, gdy widzę Plac Trzech Krzyży, wiem że jestem blisko. Nerwowo spoglądam na zegarek staram się obliczyć ile jeszcze będę biegł te cholerne cztery kilometry. Powinno się udać wynik na styku, nie poddam się. Przetrwałem ten bieg, mimo obaw  i stresu o ten ból pleców, ale nie trzeba było się schylać i siadać nic mnie nie boli poza tymi częściami ciała, które mają prawo boleć po przebiegnięciu takiego dystansu, będzie dobrze. Nie ma bata za trzy tygodnie w Rzeszowie odpuszczam sobie – tak wtedy myślałem. Ludzie widzę palmę, to nie miraż zbliżam się do końca.

Tak się finiszuje łamiąc 4h

Tak się finiszuje łamiąc 4h

 

Finisz 40  – 42,195 kiedy nic do końca nie wiadomo

 

Wpadam na Aleje Jerozolimskie i nagle STOP nogi przechodzą do marszu. W głowie panika, nie uda się, nie uda się –  śpiewa w głowie leniwe ja – mówiłem, że się nie uda, było się szarpać, teraz się będziesz wkurwiać. Ambicja chwilowo siedzi w najciemniejszym zakątku mojej głowy i cichutko pochlipuje. Dobra spokojnie – mówię w myślach sam do siebie wodopój, a potem ogień z rury!!! Na wodopoju idę zygzekiem, w ogólę nie zwracam uwagi na innych biegaczy, którym w głowie już tylko finisz. Przepraszam koleżanki i koledzy. Kurwa już widać ten pieprzony stadion, ruszam znowu i ponownie idę. Jestem już na Moście Poniatowskiego wtedy coś zaskakuje – ruszam, biegnę przebiegam most i widzę bramkę, że czekamy na Ciebie i że jeszcze 800 m to prawie tyle co nic, dajesz Bartek. Z mostu zbieg przyspieszam, na dole widzę chyba najgorszą scenę z możliwych to przecież ostatnie metry, a tam gość wyraźnie wycieńczony pod folią blado zielony, leży opiekują się nim ratownicy, kurwa, ale pech. Jestem już prawie na stadionie brama jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów, tunel, okrzyki kibiców, świat miga ludzie krzyczą, jestem na Narodowym, gdzie ta meta? Jest widzę, brama jak do hangaru. Ludzie krzyczą, gra muzyka – finiszujęęęęę!!!! Mijam linię mety zatrzymuję stoper, a w głowie ambicja wywija pięknę salto na wagę złotego medalu olimpijskiego stoper pokazuje 3:59:53, a to znaczy, że zrobiłem to. NIEWIARYGODNE, BO miała rację. Ale spokojnie poczekajmy na oficjalny wynik, który przychodzi po dłuższej chwili oficjalny wynik 3:59:55, 2876 miejsce OPEN, 1183-M30 jestem w raju.

 

 

 

Słowem podsumowania

 

Przed Półmaratonem Praskim niezdrowo się nakręciłem w efekcie pobiłem życiówkę, ale nie byłem zadowolony, zawiodłem siebie nie stosując BHB (Bezpieczeństwo i Higiena Biegu). Teraz zrobiłem wszystko jak trzeba, pomimo mega stresu, że przez ból pleców (który w ogóle podczas biegu się nie pojawił), nie ukończę tego biegu, a jeśli ukończę to z gorszym czasem niż w Krakowie. Jednak znów się udało. Na sukces złożyło się kilka czynników, po pierwsze sumiennie i twardo przygotowywałem się do tego Maratonu. Po drugie przygotowywałem się zgodnie z planem na maraton, a nie jak na Kraków półmaraton. Swoje zrobiły długie wybiegania. Po trzecie wieczór przed biegiem spędziłem higienicznie tym razem. Organizacyjnie jestem pod dużym wrażeniem i jak zwykle chylę czoła przed rzeszą ludzi, dzięki którym mogłem biec i którzy swoją ciężką pracą mi w tym pomogli. Jak na razie siedzę w domu i wpitalam leki przeciwzapalne na plecy i tramal. Ale już myślę, że chyba jednak wystartuję w Rzeszowie za te dwa i pół tygodnia, ale więcej o tym napiszę w podsumowaniu września już niebawem.

Tylko pĄpkoszulak daje taki skill!!!

Tylko pĄpkoszulak daje taki skill!!!