DOloveMity i jak się w nich zakochałem

PIĄTEK 28 czerwca Forcella Ambrizzola okolice 37 km biegu Cortina Trail

Ostatnie podejście ciągnie się w nieskończoność. Chociaż wiem, że nie jest ono nawet w połowie tak ciężkie jak poprzednie będące cholerną ścianą gdzieś na wysokości 2300 m. npm. Staram się mocno pracować kijkami. W głowie dudni mi głos  – Nie zatrzymuj się! Napieraj!!! To ostatnie kilka kroków do góry, bolą mnie mięśnie nieprzyzwyczajone do długich podejść, bo najdłuższe moje podbiegi mają 200 metrów na Górce Szczęśliwickiej. Jeszcze kilka metrów i jest. Podnoszę wzrok znad czubków butów i widzę wyraźnie wieżę kościoła w Cortinie, to stamtąd wystartowałem, to tam zmierzam do mety. Jak już blisko i daleko jednocześnie. Wiem jednak, że teraz czeka mnie zbieg 11 km w dół do Cortiny do upragnionej mety. Składam kijki i ruszam w dół, po dobry wynik, bo przez całą drogę wmawiałem sobie, że każdy wynik poniżej 9 godzin będzie bardzo dobry. – Jesteście gotowe? – Pytam moich nóg. – Tak jesteśmy – Kłamały. A może to ja nie byłem gotowy?

 

CZWARTEK 27 czerwca  – International Camping Olympia

O, a tam na górze będziemy jutro biec – mówi Bela i pokazuje miejsce fpytkę wysoko nad naszym campingiem. Oszalał – myślę sobie. No, ale sam chciałem. Jednak trochę się boję, bo ostatni raz biegałem w górach na długim dystansie ponad rok temu. I pomimo mojego zachwytu nad tymi górami, które pokochałem od pierwszego wejrzenia, strach we mnie narasta, kumuluje się i sprawia, że mam ochotę zostać jutro na kempingu i poleżeć w hamaku. Czego się boję? Chyba najbardziej porażki, że nie dam rady, że zrezygnuję i poddam się. Te góry też trochę mnie onieśmielają, jakiś taki bardzo mały przy nich jestem, a  wszak już kiedyś mnie pokonały góry dwukrotnie niższe niż te. Z drugiej strony, gdy jechałem do Cortiny powziąłem założenie, że chcę zrobić tą trasę poniżej średniej, a ta wynosi 8,5 h, ale gdy zapytałem Krasusa jaki prognozuje mi czas bez wahania powiedział 9 – 10 godzin. Uuuuu – to aż tak ciężko będzie? I wreszcie ostatni strach – upał, początek lata upływa pod znakiem żaru lejącego się z nieba, a jak twierdzi Bela, będziemy przez większość biegu narażeni na wysoką temperaturę, zwłaszcza, że momentami skały i słońce będą tworzyły swoisty piekarnik, w którym my biegacze będziemy pieczenią. Wszystkie te czynniki sprawiają, że chyba nie jestem najlepszym towarzyszem wieczornych rozmów i jak tylko jestem pewien, że wszystko mam przygotowane i że już nic nowego na temat trasy nie wyciągnę z Beli, kieruję swoje kroki do namiotu. Śpię niespokojnie. 

A tam na górze będziemy jutro biec! fot. Krasus

PIĄTEK 28 czerwca – Cortina d’Ampezzo godz. 8.55

No i jestem, stoję na starcie. Wokół mnie tłum podobnych mnie zapaleńców. Ludzie, w większości wypadków, celebrują start, robią zdjęcia, uśmiechają się, rozmawiają. Ja staram się skupić na tym co mnie czeka. Nie ma jeszcze 9, a tu między budynkami jest koszmarnie gorąco i nie pojmuje, dlaczego niektórzy ci ludzie sterczą tu na linii startu już od ponad 40 minut. Krasus, Bela, Błażej, Monia i ja wyszliśmy z cienia jakieś 5 minut temu, a ja czuję, że mózg mi się pod czapką gotuję. Rozglądam się wokół i widzę te góry, po których będę biegł. Uśmiecham się w duchu do siebie, trzeba zrobić swoje. I powiem Wam, że trochę się wzruszyłem. Lekko ścisnęło mnie w gardle, w kącikach oczu pojawiły się kropelki łez. W końcu będę robił to co kocham. Odliczanie i start wśród tłumu kibiców, dzieje się magia. W drogę…

 

Ojców dwóch i ja czekamy na start fot. Monia albo Bela

 

W tłoku

Z początku biegu pamiętam niewiele. Ot asfalt, tłum i bieg. Staram się trzymać tempo. Zakładam, że biegnę lub idę na tętnie poniżej 165 uderzeń na minutę. Wiem, że pierwsze 6 kilometrów to mozolne wspinanie się pod górę. W momencie gdy skręcam z asfaltu na szlak robi się mały zator, ale śmiało wbijam się pomiędzy ludzi i mocno napieram, ale tak, żeby nie przepalić, mam czas. Gdy minąłem linię lasu, zaczęło się, to za co pokochałem ten bieg – widoki. Jak tu jest pięknie! Wreszcie można trochę szybciej biec. Jestem mniej więcej w tym miejscu, gdzie Bela wskazywał wczoraj. I co jest strasznie? – zapytałem siebie w duchu. – Nie, jest pięknie. 

Takie tam w tłoku fot. Monika

Czas na piękno

Nie będę Wam próbował opisywać widoków, które się rozpościerały wokół. Nie robiłem zdjęć. Świadomie schowałem telefon głęboko do plecaka. Nie chciałem się rozpraszać, chciałem być skupiony, chciałem przeżywać bieg i wydarzenie gdzieś głęboko w sobie. Ale tego dnia Dolomity skradły moje serce i schowały gdzieś głęboko pomiędzy swoimi monumentalnymi szczytami, przecinanymi górskimi rwącymi strumieniami, które czarowały swoją niesamowitą barwą i dawały tak bardzo potrzebną chwilę ochłody we wszechobecnym upale. Płynąca ze szczytów kaskadami woda, błękit nieba. Zresztą zobaczcie sami na zdjęcia, które robiłem podczas reszty pobytu i które zrobiono mnie. Zachwycające.  

DOloveMITY

<3

Jedz, pij, biegnij – powtórz.

Cała strategia żywieniowa tego biegu to regularność. Założyłem, że jem co godzinę, a pić staram się co jakieś 15 minut. Mam ze sobą 500 ml izotonika w softflasku i dwa litry wody (1500 ml w bukłaku i 500 ml w drugim softflasku). Co 90 minut biorę kapsułkę hydrosalt. I tak jakoś leci. Od 9 km rozpoczyna się długa droga w górę, trasa biegu poprzecinana jest  strumieniami, staram się za każdym razem zmoczyć w strumieniu czapkę, na nogach mam kompresję, która za każdym razem po zamoczeniu chłodzi mi łydki. 

Kryzys

Nie wspomniałem o tym, że od mniej więcej 7 km trasę przemierzam razem z Moniką. Cieszę się z tego, bo Monice Krasus prognozował czas mniej więcej taki jak się mi marzył, więc hohoho jaka to ze mnie fifarafa, nadążam i jestem przed planem. Tyle że za wszystko trzeba zapłacić. Komornik organizm mówi, że trzeba płacić już teraz, zaraz. Już? Nosz kurde mol… Jak ja jestem na 19 km zostało 29 km z czego to biec? Wiem! Wezmę chwilówkę i jakoś spłacę. Troszkę mnie poniewiera z lewej strony na prawą stronę szlaku, tempo spada dramatycznie. Dobra, patrzę na zegarek, czas na jedzenie i tak jest pod górę więc, kiedy coś wszamać jak nie teraz? Mruczę coś do Moniki, że teraz będę jadł (jakbym to jedzenie miał gotować i potrzebował postoju). Ona rusza do przodu i nagle jest 50 m z przodu, po chwili 80 jeszcze chwila i mi znika z ekranu radaru. No dobra, pora zebrać się do kupy i cisnąć, bo tu od użalania się nad sobą kilometry nie znikną. Byle na szczyt, tam jest taki ładny namiot firmy Nord Face i tam ichni goprowiec colę polewa. Wypiłem kubek, potem drugi i widzę, że teraz z górki. Nie za bardzo mi szło rozpędzanie się, ale jak usłyszałem od turystów na szlaku: Dajesz Bartek! wstąpiły we mnie nowe siły i mocno ruszyłem w dół. Kryzys pokonany. Jedziemy z tym biegiem. 

Pierwszy postój

W momencie gdy zbiegałem do pierwszego punktu na 24 km uświadamiam sobie, że spierdzieliłem, bo wszyscy mówili że jak będę na Col del Bos to mam podziwiać widoki, a ja wtedy zajmowałem się walką z kryzysem, a tam podobno piękny widok. Dobra, nie użalaj się tylko skup, żeby się ogarnąć szybko na punkcie. No i powiem Wam, że tak szybko to nie ogarnąłem, dużo piłem, lałem w siebie wodę i izotonik, prosiłem wolontariuszy o to żeby lali mi wodę na głowę, a była taka cudownie zimna. Obsługa, dzieciaki, ogarniały wszystko jak należy, każdy był obsłużony, każdy był zaopiekowany. Tak to wyglądało z mojej perspektywy. Jeszcze jedna rzecz cieszy mnie niezmiernie, jestem w połowie trasy, kryzys minął, a wybiegając z punktu mam 4 godziny i 7 minut na liczniku. I wiem że ta trudniejsza część jest za mną. Cisnę z rozwagą starając się zostawić sobie jak najwięcej sił na ostatni zbieg, tam nie można tracić czasu. 

 

Averau

Droga od punktu w Col Galina wiedzie niemal cały czas do góry jest 13ta, słońce pokazuje co potrafi. Jednak temperatura nie robi na mnie takiego wrażenia. Kiedyś unikałem jak mogłem biegania w takich temperaturach, jednak praca na kuchni i przy piecu od pizzy sprawiła, że jestem dużo mniej wrażliwy na temperaturę. W drodze na Averau jednak kilkukrotnie przedeptując śnieżne łachy zbieram do czapki śnieg, starając omijać się ten żółty ;). Może się będę powtarzał, ale każde wejście pod górę jest nagradzane widokiem rozpościerającym się wokół, a te są niesamowite. Teraz już tylko droga łagodnym grzebyczkiem i już jestem na drugim punkcie w Passo Giau. 

 

Kamień

Zbiegając do Passo Giau poczułem go wyraźnie w prawym bucie. Kłucie w stopę tak nieprzyjemne, że pierwszą rzeczą jaką zrobiłem po wbiegnięciu na punkt było klapnięcie dupą na glebę i ściągnięcie prawego buta. Zaglądam do środka, nie ma nic, wtf? Oglądam stopę nic. Zaglądam znów do buta, nosz kurwa czy są na sali antyterrotyści z taką kamerką do zaglądania do pomieszczeń gdzie się chowają terroryści? Nie ma? No trudno próbuję wytrzepać buta, jakiś facet trzaska mi fotkę za fotką, hmmm, a niech ma. Tankowanie wody, izo i coli i w drogę. Z kronikarskiego obowiązku muszę wspomnieć, że podczas Cortina Trail piłem najlepszy izotonik w historii mojego biegania, poezja smaku. 

Dziarskim krokiem, leci pan z brzuszkiem

Piwo 

Przychodzi w czasie ultra taka chwila, że chce mi się piwa. Myślę że to potrzeba organizmu w odpowiedzi na faszerowanie go słodkimi żelami. Jednak już wiem, że wcale nie chcę piwa, wszak jestem we Włoszech, a we Włoszech powinno pić się zimne prosecco. I tak marząc pokonuje kolejne kilometry. Na przedostatnim podejściu z rozmachem kopię się mentalnie w dupę. Bo troszkę ponad 24 godziny wcześniej tłumaczyłem swojemu dziecku, że nie należy się zatrzymywać, bo traci się cenną energię na ponowne rozpędzenie masy. Kop jest za to, że zatrzymałem się. Aż wreszcie dochodzimy wielkimi krokami do momentu gdy ruszyłem w dół w kierunku do Cortiny pytając moich nóg czy dadzą radę. Co było dalej? Posłuchajcie. 

 

Długa droga w dół

Dawaj, dawaj, dawaj. Masz znakomity czas, jak dobrze pociśnieś zmieścisz się poniżej 8,5 godziny, tego się nikt nie spodziewa. Tego dziś rano nie spodziewałeś się nawet Ty. Jakieś pół kilometra przed ostatnim punktem sprawdzam, czy wystarczy mi wody do końca biegu. Oględziny przebiegają pomyślnie. Kolejna myśl to nie zatrzymywać się na ostatnim punkcie. Jednak pokusa napicia się coli zwycięża, postój jest jednak bardzo krótki. Ruszam na ostatnie 12 km tej pięknej trasy. Za punktem wpada się już na linię lasu teraz już tylko w dół, nie licząc krótkiego podbiegu w samej Cortinie. Jednak moje stopy zaczynają bardzo odczuwać kamyczki z Dolomitów. Kolejną częścią, która wysiada są czwórki, po dwóch kilometrach zbiegu są jak dobrze ubite kotlety, po czterech nie bardzo mają ochotę mnie słuchać. Staram się jak mogę, ale muszę odpuścić i przeplatać zbieganie z marszem. Jak tylko teren się wypłaszcza biegnę. Jak jest stromo staram się szybko maszerować. 

 

Bartosz ile jeszcze do mety?

To pytanie zaskakuje mnie na 6 km przed metą. Odwracam się czy mam za sobą proroka, który odczytał moje imię z pleców. Po chwili walę się w czoło, przecież od mniej więcej 4-tego km mam numer przesunięty na plecy żeby nie szeleścił, bo doprowadzał mnie do szału. Zgodnie z prawdą mówię, że według mojej rachuby to jeszcze 6 km z czego 4 po tych kurewskich kamieniach, bo mam ich serdecznie dość, przed chwilą boleśnie wbił mi się przez podeszwę taki solidny. Tuż przed asfaltem pod drzewami leży biegacz. Ewryting orrajt? Pytam go z angielska. On pyta mnie również z angielska, czy do mety daleko. Facet leżysz już prawie w mieście, rusz się. 

 

Asfalt 

Wreszcie jest taki czarniutki. Dawno się nie cieszyłem na widok asfaltu. A może nigdy nie cieszyłem się na widok asfaltu, ale jest czarny, ładny gładziutki i tak już do mety. Po raz kolejny zmuszam się do biegu. Przed jednym z domów – pokusa – miednica w środku puszki, obok prysznic. Można się schłodzić wewnętrznie i zewnętrznie. Ale mnie już pcha do mety. Z jednej strony cieszę się, że to już koniec, z drugiej trochę żal, bo to taki piękny bieg. 

 

Finisz 

Już słychać metę, minąłem baner z napisem, że to ostatni kilometr ogarniam się przesuwam numer na przód, czapka, koszulka, trzeba godnie reprezentować barwy drużyny. Już jestem niemal w centrum Cortiny, teraz jeszcze do góry potem deptak i już. Przede mną jeszcze jeden zawodnik, ogląda się nerwowo. Spoko mówię mu w myślach, ja już dziś się nie ścigam. Myśl ta znika w momencie, gdy dociera do mnie doping, z każdej niemal strony. Ruszam mocno do góry, to moje ostatnie metry tego biegu, niech dzieje się magia, troszkę ponad osiem godzin wcześniej wizualizowałem sobie ten finisz. Niech będzie taki. Biegnę, każdy kolejny okrzyk z kawiarni czy okna hotelowego nakręca mnie. Gdy wpadam na deptak słyszę tumult. To zgromadzeni przed metą ludzie napieprzają w plastikowe bandy. Wzywają mnie na metę, już biegnę. Boże, jak jest pięknie. Na twarzy mam uśmiech, dawno się tak nie cieszyłem. W pewnym momencie po lewej stronie widzę Ją, jest i krzyczy najgłośniej. To NKE tak jak obiecała jest. Posyłam jej całusa i już rozpędzony wpadam na metę. Po chwili ląduję w jej ramionach, wciska mi w dłonie zimne prosecco. Świętujemy!!!

 

I to już właściwie koniec 

Na mecie zameldowałem się po 8 godzinach i 38 minutach to dało 640 miejsce/1500 osób sklasyfikowanych. Prawie udało się spełnić założenie sprzed wyjazdu. Zabrakło wytrenowanych zbiegów i trochę zamarudziłem na dwóch pierwszych punktach, nie samym czasem jednak żyje człowiek. Najważniejsze jest to co przeżyłem, a przeżyłem kolejną niesamowitą przygodę z najwspanialszymi ludźmi jakich znam – Smashing pĄpkins to o Was. Kocham. Na osobne podziękowania zasłużyła NKE, to Ona znosi moje humory przed startem i zawsze mnie wspiera dziękuję. Wiem jedno, że za dwa lata wrócę żeby zmierzyć się z długą trasą.

Prosecco dla finischera

Ostatni widoczek na deser