Długa droga w dół czyli relacji z XIII Biegu Rzeźnika cz. 1

Słowem wstępu

Tak jak w dawnych czasach przed bitwą, generałowie pochylali się nad planami strategicznymi i mapami, tak do 19 maja, wszyscy zawodnicy Biegu Rzeźnika planowali, rozkminiali i kombinowali, aby nie dać się zarżnąć na mającej około 80 kilometrów trasie z Komańczy do Ustrzyk Górnych, spoglądając na mapy i wykresy z przewyższeniami, analizując, gdzie można przyśpieszyć, a gdzie będzie trzeba biec wolniej. 19 maja w czwartek, wszystko pieprzło. Plany strategiczne można było zacząć znosić do archiwum lub palić nimi w piecach. Za dużo o tym już się pisało i mówiło, wystarczy. Koniec końców XIII Bieg Rzeźnika odbył się na nowej, nieznanej, wyznaczonej w naprędce trasie. A co na niej się działo dowiecie się poniżej. 

Tu będzie kryzys i chyba jeszcze tu - planowanie level master - fot. Robert Mazur

Tu będzie kryzys i chyba jeszcze tu – planowanie level master – fot. Robert Mazur

 

Do tego tanga trzeba dwojga

Rzeźnika biega się parami podobno po to, żeby było bezpieczniej, może i tak, ale ja myślę, że jest to podstawowa i największa trudność tego biegu. Tu dwie głowy, dwa serca, czworo nóg i rąk muszą zagrać wspólnie inaczej może być kłopot. Mając w głowie ubiegłoroczne doświadczenia (kto nie czytał kliku kliku i kliku kliku) chciałem mieć partnera zbliżonego możliwościami i osiągami do moich. Ponadto jestem wariat i świr i zginąłbym marnie sam na tym biegu, potrzebowałem do pary kogoś o stoickim niemal spokoju, dużej dozie tolerancji, niezmierzonych pokładach cierpliwości, ale także kogoś, kto potrafi okiełznać moją ułańską fantazję. Wybór padł na Roberta i, uwierzcie mi, okazał się strzałem w dziesiątkę. Nie przygotowywaliśmy się razem do biegu, ale pozytywne emocje i – chyba nie nadużyję słowa – przyjaźń jaka nas połączyła oraz to, że sprawdziliśmy się już we wspólnym biegu i znaliśmy nasze reakcje na kłopoty na trasie (kto nie czytał klik) dały w podsumowaniu wynik dodatni. Do rzeźnickiego tanga trzeba dwojga (w tym przypadku dwóch), a myśmy zatańczyli to tango  prawie perfekcyjnie (Beatka Tyszkiewicz dałaby 10/10 i Zbyszek Wodecki chyba też?).

pĄojce biegają smashing pĄpkins dream team - fot. Judyta Mazur

pĄojce biegają smashing pĄpkins dream team – fot. Judyta Mazur

Dzień 0-1

Do Cisnej przybyłem około 13. Dobry czas, na miejscu od razu spotkałem ładującego węgle Krasusa i Joego, dobre piwo w doborowym towarzystwie to jest to co Tygryski lubią najbardziej. W chwilę później nadjechał Młody wraz z Radziem, którzy z Judytą mają służyć jako support. Dzień wcześniej, aby zapewnić sobie właściwą aklimatyzację zjechał z nizin Robert właśnie z Judytą. Odbiór pakietów, dywagacje na temat trasy, którą tak naprawdę poznaliśmy dopiero na odprawie o 18:00. W międzyczasie obiad, złożenie worków na poszczególne przepaki. Po odprawie szybko na kwaterę, żeby przygotować rzeczy i zaznać choć chwilę snu. Nigdy przedtem nie byłem tak spokojny przed startem, żadnej nerwówki, że jestem nieprzygotowany, że nie dam rady, nic, spokój – pewnie spłynął na mnie z Roberta. Swoją drogą dziwne to uczucie, kiedy kładziesz się spać, a za oknem ledwo co zrobiło się ciemno, co więcej wiesz, że wstaniesz za trzy godziny, kompletnie niewyspany, w momencie, w którym część imprez nocnych nabiera dopiero kolorytu i smaczku. Ale ciiiichooo, czas na sen.

Zmierzch, czas na sen za 3 godziny pobudka.

Zmierzch, czas na sen za 3 godziny pobudka.

 

Czarna noc

Żeby zdążyć na autobusy odjeżdżające z Cisnej (1:30) i dowożące biegaczy na strat w Komańczy (3:00), wstajemy krótko po północy. Staramy się być cicho, żeby nie obudzić Judyty, ale i tak nam się nie udaje. Jemy co kto lubi ja owsiankę, Robert wafle ryżowe, ubieramy się, ale na ultrasów to raczej nie wyglądamy, bardziej na wychudzone po zimowym śnie niedźwiedzie, które wyłażą z gawry na rekonesans, czy aby zima się już skończyła. Zresztą niech zdjęcia powiedzą Wam prawdę. Wychodzimy w mrok. A tam z kwatery obok płyną odgłosy imprezy, no cóż, każdy ma swój sposób na zabawę.

Jakie to trudne!!! - fot. Judyta Mazur

Jakie to trudne!!! – fot. Judyta Mazur

Śpiący Rzeźnicy - fot. Judyta Mazur

Śpiący Rzeźnicy – fot. Judyta Mazur

Podróże małe i duże

Szybka, bo trwająca kilka minut podróż Skodą ze Smereka do Cisnej, jednak sądząc po wzrastającym natężeniu ruchu, ultrasi się już pobudzili i ruszają na start.

Noc, a w centrum Cisnej wrze jak w ulu, rozglądam się w poszukiwaniu znajomych twarzy, nikogo, trudno ważne, że obok jest Robert. Pakujemy się do autobusu, od razu zjadamy przygotowane przez Judytę bułki i usiłujemy umościć się na fotelach do snu. Nie jest łatwo, bo miejsca na nogi tyle, że nasze kolana łaskoczą w nerki siedzących z przodu. Wreszcie spływa sen, ale taki krótki, z gatunku tych co trwają tyle co mrugnięcie okiem. Nic to, musi wystarczyć, jutro się wyśpimy.

 

Mowa bębnów

Komańcza, warczą bębny. Do startu zostały ostatnie chwile. Jest mi zimno. Zastanawiam się czy wystarczy mi wody na pierwszy etap – 32 kilometry, a ja w bidonach mam tylko 1200 ml płynu. No cóż musi wystarczyć. Start wygląda magicznie 1500 czołówek niczym rzeka rozświetla drogę z Komańczy na Duszatyn. Trzeba się pilnować, żeby nie zostać sam jak sierota.

Nasz pierwotny plan zakładał złamanie bariery 13 godzin, grubo, bo rok wcześniej pokonanie klasycznej trasy zajęło mi ponad 15,5 godziny, a w tym roku w związku ze zmianami jej długość przekracza 80 kilometrów. Przyjmujemy, że pierwszą część trasy pokonujemy wg tego planu, a wkraczając na ziemię nieznaną staramy się nie stracić zbyt wiele. Nasze założenia taktyczne mówią także, żeby zacząć spokojnie, a potem jeśli sił starczy przycisnąć. Nic nowego, trzeba tylko realizować.

świetliki dzielne smyki - fot. Jacek Deneka

świetliki dzielne smyki – fot. Jacek Deneka

3,2,1…. [bum]

Tak wypaliła właśnie nieśmiertelna strzelba Mirka i XIII Bieg Rzeźnika rozpoczął się. Początkowe 7 kilometrów to bita droga. Nic ciekawego, ale należy się pilnować, bo w ciemności łatwo się pogubić. Dopiero po pierwszych 7 kilometrach zaczyna się zabawa. Jeziorka Duszatyńskie i pierwsze podejście na Chryszczatą. Biegniemy spokojnie, nawet bardzo spokojnie, kontrolujemy tempo. Nie rozmawiamy, chyba obydwaj jesteśmy senni, nie tylko my. Dookoła co rusz ktoś zatrzymuje się na cedzenie kartofelków i ja czuję, że też powinienem, ale na razie biegniemy. Oprócz ciemności trasę spowija mgła, która swoją wilgocią oblepia nas, po kilku kilometrach jestem przemoczony. Robert w naszym zespole odpowiedzialny jest za politykę żywienia, ja chyba za nic nie jestem odpowiedzialny i to się za chwilę na mnie zemści. Zasada jest taka, że jemy co 40-45 minut.

 

Prawdziwy ultras nie ma pęcherza

Gdzieś na podejściu na Chryszczatą decyduję się na pierwszy postój. – Robert muszę w krzaczki. – Ok, to ja też. Normalnie partnerstwo pełną gębą. Pełna synchronizacja. Na tym pierwszym postoju dociera do mnie okropna prawda, że zjebałem. Dzień wcześnie chodziłem z pełnym pęcherzem tak długo, że chyba dopadło mnie jakieś zapalenie. Dwie krople i wsio. Trzy kroki uczucie pełnego pęcherza, a tu jeszcze ponad 70 kilometrów przed nami. Łykam wodę. Wdrapujemy się na Chryszczatą. Pora na zbieg tu jest jeszcze gorzej. Zaciskam zęby bo boli jak cholera. Myślę sobie, byle do Żebraka, zobaczymy jak nas opóźniam. Robimy jeszcze jeden postój, ale o dziwo na Żebraku meldujemy się przed czasem, może nie jest tak źle? Jednak jest. Cholernie źle mi się biegnie, najlepiej jest pod górę, po płaskim i w dół masakra. Modlę się o podejścia. W międzyczasie wstało słońce i zrobiło się jasno. Zapowiada się piękny dzień.

 

Milion i jeden postój później

Podzieliłem się z Robertem moją dolegliwością, nie ojojał mnie. I dobrze, moja głupota, moje cierpienie. Na sercu jednak zawisł ciężar, mimo nieznośnej lekkości bytu wiem, że nie jestem tu sam. Jesteśmy zespołem, w głowie mi szumi na samą myśl, że mógłbym powiedzieć Robertowi, że nie dam rady. Kurwa, jak to ja nie dam rady, zaciśnij zęby Paselcia, nie ma lekko. Ciśnij. I cisnę do Cisnej. Gdy widzę słupki wyciągu wiem, że do Cisnej został jeden długi zbieg, najpierw ostro w dół, aż do Bacówki pod Honem, a później łagodniej do samego Orlika gdzie jest przepak. Ostry zbieg sfruwamy w dół. Wiem, że krzyknąłem do Roberta, że już tuż tuż do Cisnej. Ruszyliśmy jak dźgnięci ostrogą, naprzód. Cisna to już jest pewien ważny limes. Stąd pod górę można napierać z kijami, a to lubię i umiem. Spoglądam na zegarek – jesteśmy jakieś 8 minut przed czasem, pomimo moich dolegliwości i postojów. Naprzód!

 

Piątka mocy i przepak

 

Gdy wypadamy jak dziki, na wypłaszczenie przed bacówką, witają nas pierwsi kibice, jeden z nich z okrzykiem “Brawo Bartek” przybija mi piątkę. To Tomek Komisarz zwycięzca Rzeźnika Ultra na dystansie 140 kilometrów. Ma się znajomości, co? I tak już nie biegniemy tylko raczej sfruwamy do Cisnej. Po drodze zaliczając jeszcze tylko jeden postój na krzaczki. Robert trochę mnie próbuje hamować, ale i jemu się udziela radość z pokonania pierwszego etapu. Tam już czeka support. Wody mi wystarczyło właśnie opróżniam drugi bidon. Już Cisna pierwsi “nasi” smashingowi kibice (Mateusz i Damian), ile oni potrafią dodać sił. Jest już Młody z Radziem, nieśmiertelny mostek, ale najpierw na przepak. Tu szybko, jak najszybciej. Ja uzupełniam wodę w bidonach, Robert – modniś – przebiera się. Staram się też pić jak najwięcej, wiem, że muszę napełnić pęcherz, co nie będzie łatwe bo dużo więcej wody wypacam. Wreszcie wypadamy z boiska, trochę długo, ale cóż. Na mostku kolejni znajomi, a ja już wiem, że czeka nas teraz bardzo trudne podejście, ale potem do Fereczatej będzie w miarę luźno (o ile można tak powiedzieć będąc na górskim ultra).

Wybiegamy z Cisnej, jeśli ktoś wie kto zrobił to zdjęcie proszę o kontakt.

Wybiegamy z Cisnej, jeśli ktoś wie kto zrobił to zdjęcie proszę o kontakt.

Pomoc o zwinności kozicy

 

Ten Rzeźnik stoi pod znakiem co będzie powiedziane to będzie mi dane. Nie powiedziałem wprawdzie nic o zapaleniu pęcherza, ale cóż przydarzyło się to jest. Idąc tuż nad krawędzią małej przepaści, mówię do Roberta i współbiegnących, że ilekroć tędy idę, to mam wrażenie, że zaraz s……. w tym momencie osuwa mi się noga i nieomal się nie staczam wprost do rzeczki, kilka metrów niżej. Trzeba rozważnie artykułować to co się chce. Ruszamy pod Małe Jasło, zabawa się zaczyna, ale nie jest dobrze, teraz pęcherz zaczyna boleć nawet na podejściu. Pomocy – krzyczę w duchu. I co? Pomoc nadchodzi, to znów Tomek Komisarz, który postanowił się przebiec. Przypominam gość, który wygrał w niedzielę bieg po tych górach na 140 kilometrów, a pogina do góry jak kozica. Beztrosko pyta – Jak tam Bartek? I tu dylemat, powiedzieć mu, czy zgrywać twardziela, jednak mówię. – Chcesz Ibuprom? No jak nie wziąć od mistrza, jak? Pytam jak? Biorę i łykam pierwszą pigułę w historii mojego biegania, gorzej chyba nie będzie?!

 

CDN.