Czy powinniśmy się bać?

Jak pokazują wydarzenia z Bostonu z kwietnia 2013 roku, można bez dużego problemu, zorganizować zamach podczas trwania imprezy sportowej, nawet w tak wyczulonym na terroryzm kraju, jakim są od 2001 roku Stany Zjednoczone. Smutne jest to, że nasz świat ucywilizował się w takim stopniu, że to co kiedyś było nie do pomyślenia, na naszych oczach staje się faktem. Przecież w starożytnej Grecji na czas trwania igrzysk miecze tarcze i włócznie odkładano, ściągano hełmy i pancerze. Przechodzono do święta sportu, którego bohaterowie stawali się sławni na równi z wielkimi wodzami, a ich imiona sławiono w całej Helladzie. Ten post rodził się w mojej głowie od tygodnia, od momentu gdy podczas wieczornego spotkania z przyjaciółmi, któreś z nas spojrzało do smartfona i ogłosiło, że miały miejsce zamachy w Paryżu. Choć nie miały one nic wspólnego z zawodami biegowymi to jednak zamachy zbliżają się do nas coraz bardziej USA, Madryt, Londyn, teraz Paryż.

Ja – przyznam szczerze, że w pierwszej chwili nie pomyślałem o tym jakie konsekwencje może to mieć dla mnie jako biegacza. Ja to prosty chłop jestem, dużo do szczęścia mi nie potrzeba – dajcie mi trenować, postawcie na starcie, wyznaczcie cel do zrealizowania i wystrzelcie ze startera – ot, cała filozofia. Reszta jest prosta, jak mawiał Adam Małysz, tylko się trzeba odbijać (Adam odbijał się raz). Może dlatego, że zamach w Bostonie miał miejsce dość dawno temu, a ja będąc wtedy na początku swojej przygody z bieganiem nie myślałem, że zagrożenie będzie tak bliskie i realne, jak stało się teraz. Sam oczywiście nie doszedłem do tych wniosków – bo jak wspominałem – prosty chłop jestem. Dopiero NKE wypowiadając zdanie, że zaczyna się zastanawiać nad tym czy bezpiecznie jest jechać do Rzymu na maraton (jeden z przyszłorocznych celów, ale post się o tym pisze), zasiała we mnie ziarno niepokoju.

Jedno z miejsc wybuchu podczas Maratonu w Bostonie w 2013 roku foto -www.polskieradio.pl

Jedno z miejsc wybuchu podczas Maratonu w Bostonie w 2013 roku foto -www.polskieradio.pl

Kurcze przecież to nie jest takie nierealne, jak pokazuje przykład Bostonu, to nawet chyba nie jest zbyt trudne (chodzi o organizację). Czy więc powinienem się zacząć bać? Hmmmm??? Nigdy nie myślałem w tych kategoriach, o zawodach biegowych. Ze zbyt dużą radością łączy się dla mnie bieganie, żebym próbował łączyć je z jakimiś czarnymi scenariuszami. Że kontuzja to tak, ale zamach w trakcie zawodów – nigdy. A jednak jest to możliwe, ale czy tylko w Rzymie? Przecież równie realne jest zorganizowanie zamachu podczas dużego biegu w Polsce. Ciekawe ilu z nas zastanowiło się nad taką możliwością przy okazji startów? Ciekaw jestem, jak na wypadek takiego zdarzenia zabezpieczają się organizatorzy tych największych biegów, gdzie startuje jednocześnie kilka tysięcy uczestników? Zastanawialiście się nad tym?

Rozmawiając z NKE stwierdziłem, że nie możemy się dać zwariować, że terroryzm opiera się właśnie na zastraszaniu. Dziś zgodzimy się na to żeby ze strachu nie wystartować jakimś biegu, a jutro pójdziemy na ustępstwa w sprawach daleko ważniejszych. Dlatego będę dalej startował i pozostaje mieć nadzieję, że organizatorzy zadbają o nasze bezpieczeństwo.