Boże dziękuję że stworzyłeś Bieszczady

Płuca palą żywym ogniem, każdy krok boli, czuję że włókna mięśni są napięte jak postronki, serce już nie bije – wściekle trzepoce – już nie w piersi, ale gdzieś w gardle, jak obcy próbuje wydostać się na wolność. Przy tempie 13 min/km tętno dobija do 188 uderzeń na minutę, pot zalewa oczy – to szaleństwo. Wszystko w głowie mówi, żeby przestać to robić, ale nie!!! Kolejny krok w górę i kolejny i kolejny, jeszcze raz. Spocone dłonie zaciskają się na kijkach, jeszcze tylko kilka, kilkanaście, kilkaset powtórzeń i już… Nie zatrzymać się, iść w górę, do celu – NIE PODDAWAĆ SIĘ! Kiedy robię ostatnie kroki pod górę i jestem na szczycie, dłonie z kijami, jeszcze przed chwilą wydawałoby się niezdolne do żadnej pracy, unoszą się w górę w geście zwycięstwa. Zwycięstwa nad sobą samym, nad własnymi słabościami – broń Boże nie nad tym szczytem, bo on udzielił nam tylko swojej łaski, że mogliśmy go zdobyć, lecz nie pokonaliśmy go – ON tu zostanie, potężny, niewzruszony, aż do końca świata – spróbuj zostać tam tak długo jak on. Nagrodą jest widok roztaczający się wokół mnie, wokół Nas – bo jest nas szóstka. Wszyscy stoimy na szczycie, głęboko oddychając, sycąc oczy widokiem wspaniałych dostojnych gór, spowitych w grze światłocieni, które tworzą słońce i delikatne chmurki. Wiemy, że już za chwilę za moment ruszymy granią oddychając przestrzenią, w której jesteśmy tylko maleńkimi nic nie znaczącymi pyłkami, już za kilkanaście sekund doznamy euforii szybkiego zbiegu, który sprawi, że w naszych żyłach popłynie jeszcze większa dawka adrenaliny. A potem… Potem będzie kolejny podbieg, podejście, walka i… Chyba, taką mam nadzieję, kolejne zwycięstwo.

Zwycięstwo foto by Aga K.

Zwycięstwo nad własną słabością foto by Aga K.

relaks na szczycie

relaks na szczycie

biegiem w dół foto by Aga K.

biegiem w dół foto by Aga K.

Gdy kilka tygodni wcześniej napisała do mnie Run BO, w kwestii wyjazdu rekonansowego przed Biegiem Rzeźnika i dowiedziałem się kto jeszcze będzie na tym wyjeździe, mocno zastanawiałem się czy jechać. Wahanie trwało jednak tylko ułamek sekundy, przecież jedzie ekipa Smashing pĄpkins, najlepszego teamu biegowo ever. A jeśli mam się uczyć i trenować to tylko z najlepszymi – Run BO znacie – świeżo koronowana Królowa Podkarpacia, o Krasusie, który z kontuzją przetruchtał Półmaraton Warszawski w 1:26, chyba też wspominałem, do tego dochodzi Ava, kobieta wielu pasji sportowych, jej Rzeźnicka partnerka Aga, Paweł najbardziej doświadczony z nas wszystkich góral i jedyny nie-pĄpkins w ekipie. A i był jeszcze Kriss, który za dużo z nami nie biegał, ale jak już poszedł w górę na Wetlińską to chyba jedynie kozica byłaby w stanie go dogonić. Jakże nie jechać na tak obsadzony mini obóz biegowy? Toż na strasznego bym wyszedł ciula, gdybym nie pojechał. Co ja – słabeusz robiłem w tej ekipie? Ano starałem się nadążyć.

best team  ever foto by Paweł S.

best team ever foto by Paweł S.

Kiedy piszę te słowa jest środa czyli od powrotu minęło już trzy dni, a nadal mam problem z ogarnięciem rzeczywistości miejskiej, po tak intensywnym zetknięciu się z Bieszczadami, wszystko co górami nie jest, jest po prostu nieciekawe. Poznaliśmy krok po kroku najważniejsze i najtrudniejsze odcinki Biegu Rzeźnika, wiemy czego się mniej więcej spodziewać na trasie biegu i zdajemy sobie sprawę jak trudno będzie z kumulującym się z kilometra na kilometr i z godziny na godzinę zmęczeniem pokonywać kolejne przewyższenia. To będzie Rzeźnia. Słów brakuje, żeby opisać jakie fantastyczne chwile przeżyłem z tymi ludźmi (choć powinienem napisać świrami). Chciałbym jeszcze raz im podziękować, że mogłem być częścią tego wyjazdu i nie chodzi tylko o bieganie. To już wielka biegowa rodzina. Schronisko pod Honem będzie mi się kojarzyło już na zawsze z Ursą Maior, wylegiwaniem się w śpiworku na trawie i radością z landrynkowo, kompotowego bukietu wina BIESZCZADY, przegryzanego ciastem NKE i popijanym tajemniczym eliksirem ze srebrnej piersiówki Krasusa. Sielanka i bajka.

piknik regeneracyjny foto by Krasus

piknik regeneracyjny foto by Krasus

Bilans wyjazdu to 52,5 km przebiegniętego + 2860m w górę Nie da  się przeliczyć na żadną miarę ilości żartów i wygłupów, które wyczynialiśmy w tym czasie. Wrażenia estetyczne niesamowite, motywacja ogromna, wstaliśmy w niedzielę o 2 w nocy na wschód słońca, który witaliśmy na Połoninie Wetlińskiej. Jedno tylko zdanie usłyszane na szlaku, nieco ciąży na sercu. “Takie sportowe podejście sprawia, że nie czuje się gór”. Słowa te wypowiedział na grani Połoniny Wetlińskiej przewodnik teatralnym szeptem głosząc swoją “mądrość”, do grupy, którą prowadził. Hmmm, ciekaw jestem czy swoje zdanie wygłosiłby równie spokojnie i beztrosko w obecności np. Krzysztofa Wielickiego, Leszka Cichego lub Anny Czerwińskiej? Czy miałby odwagę powiedzieć to nad grobami tych, którzy za swoją sportową górską pasję zapłacili najwyższą cenę? Oni przecież też byli lub są sportowcami związanymi z górami, czy oni też nie czują gór? Śmiem wątpić. Dlaczego tak łatwo i bezrefleksyjnie przychodzi nam ocena zachowań i pasji  innych? Biegnąc granią, czy to Połoniny Wetlińskiej, czy Caryńskiej, czułem olbrzymią radość i satysfakcję, a także wolność dzięki otaczającej mnie przestrzeni. Czy czułem ją mniej niż idący spacerowym tempem, przeciętny turysta? Zapewniam też pana przewodnika, że wieczorem i o poranku naprawdę czułem te góry, ale ja nie zastrzegam sobie monopolu na czucie gór, jest ich tyle, że starczy dla wszystkich.

4:48 na Połoninie Wetlińskiej

4:48 na Połoninie Wetlińskiej

DSC_1285

Trzy kroki do mety foto by Krasus