BMW Półmaraton Praski czyli nie taki płaski bieg

30.09 czyli Stolico przybywam.

Ładowanie energią

Wyjeżdżamy z Najwierniejszą Kibicką Ever (czyli moją Żoną dalej zwaną Dagmarą), zostawiając młode pokolenie biegaczy pod opieką babci, o godzinie 11:05. Po godzinie jazdy autobusem mam ochotę wysiadać, a w każdym razie odkręcić nogi i postawić obok. Po drugiej godzinie mam ochotę zjeść połowę pasażerów, bo rano udało się łyknąć jeno kawę i bułkę. Po trzeciej godzinie dowiaduję się, że zjem coś dopiero w Warszawie, bo nasz autobus jedzie do Stolicy NON STOP. Dagmara też jest głodna, mam ochotę wyrwać kobiecie siedzącej po drugiej stronie przejścia między fotelami M&M’sy, bo i tak dobrze wygląda, a my tu przecież umieramy. – Boże jak mi się chce jeść!!! Po czwartej godzinie już nie jestem głodny, żołądek powiedział, że się obraża i ma głód w dupie. W trakcie piątej godziny wjeżdżamy do Janek i odzywa się mój telefon. – Bartas, co chcecie zjeść jak przyjedziecie grill, czy coś innego? – słyszę w słuchawce głos Michała, przyjaciela ze starej pracy, który podjął się ryzyka ugoszczenia i przenocowania nas. – Michaś, wszystko jedno byleby za szybko nie spieprzało z talerza, nie róbcie sobie kłopotu z Monią. – Umawiamy się jeszcze na odbiór nas ze stacji metra za jakąś godzinkę. W Warszawie korki, bo 30 września odbywa się mecz otwarcia Mistrzostw Świata w Siatkówce, na Stadionie Narodowym. POLSKA!!! Dzięki temu autobus dojeżdża spóźniony jakieś 20 minut. W sklepie po zejściu do podziemia kupuję na szybko jakieś dziwne trójkąty z ciasta francuskiego z czekoladą i już po chwili, krusząc tak, że w metrze po nas najadłby się rezydentki sporej kurzej fermy, zajadamy się nimi. Ja swoim zwyczajem po dwóch gryzach jestem umazany po całych dłoniach czekoladą, która wydostaje się z ciasta każdym możliwym otworem. Na Stacji Warszawa Gdańska spotykamy się z Michałem, z którym nie widziałem się już, jak szybko obliczyłem, trzy lata. Okazuje się, że wcale się nie postarzał, a rozmawia się jak za starych dobrych lat. Jedziemy po Pakiet Startowy i kogo spotykamy gdy wysiadamy z samochodu Michała obok biura zawodów? Oliwiera Janiaka z Synem, kurcze nie przypuszczałem, że gość jest taki wysoki. Ale nieważne odebrać pakiet i wreszcie coś zjeść. Odbiór Pakietu szybki bezproblemowy, wymiana za dużej koszulki takoż, mam tylko wrażenie, że kolega u którego się informowałem o możliwości dojazdu z Marek na start znał jeszcze gorzej Warszawę i okolicę niż ja. Kilka pamiątkowych zdjęć i śmigamy do Marek na grila i mecz POLSKA!!! U Michała w Markach fajnie, jest piwo i dobre jedzenie steki z grila, łosoś z grila, kiełbaski z grila. To czego nie ma, to umiaru w jedzeniu tych wszystkich pyszności. Piwa nie wypiłem za dużo tego jestem pewien na 100%. Natomiast później przy meczu wypiłem dwie malutkie szklaneczki burbona z lodem i wiem, że to był duży błąd.

 

Demonstracja siły

 

Pobudka 6:45

Budzę się przed budzikiem, od wczoraj męczy mnie przeświadczenie, że się spóźnię, zresztą podobnie było przed maratonem w Krakowie. Plan na start jest prosty – 1:45, czuję się mocny po solidnym przepracowaniu sierpnia i wypoczęty po tygodniowym urlopie. Budzę Dagmarę i Michała, który zgodził się wstać w niedzielę o 7:00 rano i odwieźć nas na start. O zgrozo Michał nie ma kawy, bo pija ją tylko w pracy, więc popijam sok jabłkowy i wodę mineralną do mojego tradycyjnego przedstartowego śniadania czyli wafli ryżowych, banana i jogurtu. Dagmara przypina mi numer startowy, taka jakaś świecka tradycja u mnie przy półmaratonie. Rzeczy spakowane od wczoraj do okolicznościowego worka, więc szybko zwijamy się do auta i ruszamy pod Stadion Narodowy, gdzie będzie startował I BMW Półmaraton Praski.

Może numerek???

 

Start

Nie ma to jak pokozaczyć przed startem

Pod stadionem foteczka pamiątkowa i na rozgrzewkę marsz. Z zaplanowanego spotkania z biegaczami-blogerami z Polski wychodzą trochę nici, zamieniam kilka zdań jedynie ze Strong & Fit Woman i przed samym startem spotykam Simply Runnera, z którym przybijamy sobie serdeczną biegową pionę i życzymy powodzenia. Do startu zostało dwie minuty i…. I siku mi się zachciało, więc szybko wskakuję do kolejki do klopika i rzutem na taśmę (to powinno dziać się na mecie) udaje mi się zdążyć na start. W pasie ukryte dwa żele, bidonu z wodą ani z izotonikiem nie przewiduje się, bo co trzy kilometry wodopoje, więc spokojnie obskoczę. Pogoda fajna nie za ciepło nie za zimno, lekkie chmurki, będzie git. Zakładam słuchawki włączam playlistę i przez chwilę odcinam się od świata, koncentrując się na celu. Wreszcie start – ruszam w drogę po według mnie niebylejaką życiówkę.

 

 

1 – 5 km

Ło matko jak tu ciasno, ludziów jak mrówków, nawet na maratonie nie było mi tak ciasno, a tu masakra, pełno ludzi całą szerokością trasy. Dwa razy prawie, skręcam staw skokowy na torach tramwajowych. Ale spoko jakoś się biegnie momentami po krawężnikach, ale tępo dobre, pierwszy kilometr jakieś 5:06 wypada niemal pod Mostem Poniatowskiego. Drugi kilometr 4:47 już biegniemy Wałem Międzyszyńskim, najdłuższą ulicą w Polsce. Na trzecim kilometrze wodopój, dobrze, zwykle nie piję na trzecim tylko gdzieś między 6 – 7, ale teraz wody nie mam przy sobie więc nie mogę sobie jej samodzielnie racjonować, dlatego chcę się napić. Ale co to? Na pierwszym stole brak kubeczków, obsługa w panice się miota próbując napełnić świeże kubki. Drugi stół dwa kubki  znikają w dłoniach ludzi mnie poprzedzających, co muszą sobie myśleć ci z tyłu nawet nie chcę sobie wyobrażać. Na trzecim stolę dostaję kubeczek i tak piję (chyba ze strachu, żeby mi nikt nie zabrał), że trochę nalewam sobie do nosa, ale spoko biegnie się dalej, trzeci kilometr 4:57, jest super!!! Od czasu do czasu spadną jakieś krople deszczu, lekkie zachmurzenie, no żyć nie umierać. Czwarty kilometr 5:02 i 5:00 piąty. Wszystko zgodnie z planem.

6 – 10 km

Jest nieco luźniej, więc zaczynam obserwować otoczenie. Szczerze, nic ciekawego. Z prawej krzaki albo wał, ewentualnie od czasu do czasu zalśni wstążka Wisły, z lewej droga, bloki. Nuda mówię wam, masakra (to pewnie zachęta żeby biec szybciej). Zaczynam też zauważać, że wcale nie jest tak równo, owszem asfalcik super, tyle że faluje dół, góra, dół i góra. Kibiców też jakoś nie za dużo. No dobra dość narzekania, cza biec. Tym razem wypijam dwa kubeczki wody, przy wodopoju sięgam też profilaktycznie po pierwszą porcję żelu. Trzymam tempo, cały czas gdzieś około 4:59  – 5:02 min/km. 10 kilometr mijam gdy na zegarku wyświetla się 49:37, czyli wszystko jest pod kontrolą i biegnę nieco ponad plan.

11 – 15 km

Muza gra, ja krok za krokiem, przemierzam dystans i nic nie wskazuje na dramat który jest tuż, tuż może za zakrętem, jednym z tych siedmiu zapowiedzianych przez organizatorów. Jednak jeszcze nie teraz, jeszcze nie czas, biegnę sobie spokojnie, równo za ojcem który biegnie pchając swoje dziecię przed sobą w wózku. Nie ma kryzysu, będzie dobrze. Nie, nie będzie, czuję podświadomie, że słabnę z kroku na krok. Zaczyna przyświecać słoneczko i praży rozkosznie prosto w plecy i w głowę. Piję wodę na 13 kilometrze i zwalniam w strefie bufetu do marszu. Kurwa dupa i franca, do buta przykleiło się jakieś gówno i stopa mi się ślizga. Nie to nie gówno to kawałek banana, po chwili wraca normalna przyczepność. Sru, druga porcja żelu i rura, tylko że ta rura starcza do 15 kilometra, zegarek bezlitośnie wskazuje, że przebiegłem ten kilometr w 6 minut.

16 – 18 km 

Decydujące trzy kilometry. Nie mam z czego przyśpieszyć, nie wiem dlaczego. To przez ten upał, to przez to że się nie napiłem porządnie po tym ostatnim żelu, próbuję sobie wyjaśnić sytuację. Po biegu stwierdziłem, że to wszystko to przez te szklaneczki whisky. Łapią mnie potworne kolki, muszę przejść do marszu, gdy jedną rozciągnę przetruchtam kilkadziesiąt metrów pojawia się następna. Marzy mi się wiadro lodowatej wody ze studni. Świat jest jakiś taki czarno – biały, chociaż nie szaro – szary. Powiem wam, że przebycie tych koszmarnych trzech kilometrów zajęło mi około 19 minut, tragedia. Żegnajcie plany, żegnaj wymarzony czasie 1:45.00. Szczerze mam ochotę się zatrzymać i poczekać na autobus, który zbiera podobnych mnie niedobitków. Nigdy nie miałem takiej ochoty się poddać, zejść z trasy, plany wzięły w łeb. Przy wodopoju na 17 kilometrze jestem już nieźle wyczerpany, ale wrzeszczę na obsługę – Dajcie mi całą butelkę tylko odkręconą!!! Cham ze mnie nawet nie podziękowałem. Z każdym kolejnym łykiem wraca we mnie życie i chęć do biegania. Parę ostatnich kropel na rozgrzany łeb. Wróciłem z dalekiej podróży.

Finisz czyli 19 – 21

Jest lepiej, ale jeszcze dwa razy muszę rozciągać kolkę. Staram się biec równo z wyprzedzającymi mnie zającami z balonikiem 1:50, za jednym nie mogę nadążyć ale drugiego się trzymam. Po mostem Poniatowskiego (chyba) jestem świadkiem dramatu, przy którym moje problemy to pikuś. Zostało jakieś może półtora kilometra do mety. Jakieś dwadzieścia metrów przedemną dziewczyna chwieje się na nogach i byłaby upadła, ale dwóch przytomnych facetów chwyta ją pod ręce i przytrzymuje. Laska ma twarz koloru ziemi, nie wiem czy jest świadoma tego co się wokół niej dzieje i gdzie w ogóle jest. Zostało jej tak niewiele, a ja się chciałem poddać . Wpadam na metę po pięknym finiszu (przynajmniej tak twierdzi Dagmara), po przekroczeniu mety robi mi się ciemno przed oczami i muszę wyglądać nieciekawie bo ratownik pyta – Czy jest ok? – Mówię – Tak – bo powoli wracam do świata żywych. Znów się udało. Dostaję do ręki dużą butelkę wody, po chwili jedna z dziewczyn z obsługi zawiesza mi na szyi medal jednocześnie wypowiadając słowa gratulacji. Piję wodę jem banana i jestem szczęśliwy, że znów się udało.

 

Ocena organizatorów i kilka słów podsumowania

Jak na pierwszą edycję biegu było nieźle. Na niekorzyść organizatorów przemawia, ten nieszczęsny brak wody, podnoszony przez wielu biegaczy. Były też małe problemy w depozycie gdzie pani pokrzykiwała jak w barze mlecznym – Numerek 2675 proszę!!! – Albo pytała – Czy pamięta Pan/Pani gdzie odwieszaliśmy ten worek? O trasie napisałem, że nieco nudna (choć nieco nudna to bardzo łagodnie powiedziane). No i jeszcze na pytanie przy odbiorze pakietu, jak w dniu startu najlepiej dojechać z Marek, młody człowiek z obsługi zapytał – A gdzie właściwie są te Marki? –  Po czym proponował mi dojazd kolejką, która z Marek nie jeździ, ale za to podjeżdża pod sam Stadion Narodowy. Za organizację na zachętę daję w pięciostopniowej skali 4 z minusem.

Znów się udało!

Teraz nieco o mnie. Udało się pobić życiówkę z czasem 1:52.14 czyli lepiej od poprzedniego o 2 minuty 46 sekund. Zawody ukończyłem na 2124 miejscu w kat. Open chociaż na półmetku byłem na 1688 miejscu, ten nieszczęsny kryzys jak widać sporo mnie kosztował.  Nie wiem jakie miejsce zająłem w kategorii wiekowej ponieważ z niewiadomych przyczyn zostałem sklasyfikowany na 82 miejscu w kategorii K30 (sic!), czy ja jestem podobny do kobiety? Pierwszy raz zdarzyło mi się tak cierpieć na takim dystansie. Wiem, że jestem sam sobie winien, bo nieumiarkowanie w jedzeniu i głupota, którą było te dwie szklanki whisky, były głównymi przyczynami wraz ze słońcem (na które pomimo wielu umiejętności nie mam wpływu), mojego kryzysu. Żałuję, że mogłem spotkać się tylko przez chwilę ze Strong & Fit Women i Simply Runnerem, ale myślę, że na dłuższe spotkanie jeszcze przyjdzie czas. Pocieszam się, że będzie jeszcze sporo okazji do osiągnięcia czasu 1:45.00, ale raczej nie na BMW Półmaratonie, odpuszczam sobie te zawody. Następnymi zawodami będzie… ale to już tekst na kolejnego posta.