Biegnij i nic więcej – Zaporowy Półmaraton 2016

Preludium

Zamykam drzwi pubu, w którym pracuję. Miasto jeszcze nie śpi, ostatnie ciepłe wieczory wciąż sprzyjają weekendowym szaleństwom. Jednak nie tym razem, ja myślami jestem gdzieś daleko.  Za 12 godzin już powinienem być na mecie Zaporowego Maratonu wtedy będzie czas na szaleństwo, tymczasem dobranoc!

 

Pobudka

Czy można się wyspać w trzy godziny? Jaki to ma wpływ na organizm? Jak będzie na trasie?  Budzę się, a w głowie, oprócz tych trzech pytań, kłębi się jeszcze tysiąc innych. Nie miałem spokojnego snu, choć ostatnio sypiam jak kamień. Kilka głębszych oddechów, wstaję i człapię do kuchni, gdzie się zamykam, żeby nie obudzić NKE i Hunów. Jak to jest, że gdy wstaję rano w dniu zawodów nie mam w ogóle ochoty polegiwać, a gdy wstawałem na rano do pracy drzemkom nie było końca. Nagły cios spada ze strony sprzętu AGD, w dniu zawodów, kiedy mogę się napić dobrej kawy z ekspresu (zwykle na wyjazdowych kwaterach mogę liczyć na rozpuszczalny syf), mój przyjaciel wita mnie komunikatem, że hoho kolego odkamień mnie, bo kawy nie dostaniesz. NOSZ KU*#!!. Zły jak 150 wpycham w siebie owsiankę, zabieram przygotowane dzień wcześniej graty, wsiadam w samochód, zgarniam jeszcze szybko Mamę i Janusza i ruszam w drogę.

 

Nigdy się nie nauczę

Na szczęście ekspres w McDonald’s w Sanoku działa i już mogę się cieszyć napojem bogów. Po chwili mijam Lesko i chyba będąc w kofeinowej ekstazie, zapominam, że dzień wcześniej wbijałem sobię jak mantrę: W Uhercach Mineralnych skręć na Solinę, nie na Myczkowce, nie na Myczkowce, nie na Myczkowce… No ale nie ma tego złego, bo po chwili widzę jak po bruku zapieprzają zawodnicy Zaporowego Maratonu. Wypatruję znajomych twarzy, te oczywiście się pojawiają, a ja nie zważając na wczesną porę nadużywam klaksonu. Niech ultrasi (bo maraton zaporowy ma 60 km) mają z rana jakiś doping. W chwilę później jestem już w Orelecu, gdzie spotykam Młodego i Basię, którzy aklimatyzują się tu od piątku.

 

Plany

Ten bieg ma być restartem systemu. Ma oczyścić mi głowę po nieudanym Chudym Wawrzyńcu. Nie nastawiam się na wynik, ale też nie potrafię o nim nie myśleć. Chciałbym poprawić ubiegłoroczny czas o jakieś 10 minut, tak mi się marzy, ale wiedząc w jakiej jestem obecnie formie, mam świadomość że jest to marzenie na wyrost, jak bardzo zobaczymy. W ubiegłym roku zakończyłem zaporowy w 2:21:50, także plan minimum to poprawić ten rezultat, druga część planu mówi nie dać się obiegać młodym Wilkom i Zajoncom 😉 Odbieram pakiet, po chwili wpadam w wir znajomych, tu BO, tam Zajonc, tu jeszcze ktoś i jeszcze tam, uściski dłoni, uśmiechy, kilka zamienionych zdań, pytania o plany.

Jak to połączyć?

Jak to połączyć?

Kiedy już wszystko jest przygotowane: numer wisi na pasie, woda w bidonach chlupocze aż miło, czip na bucie nie ma prawa odpaść przychodzi pora na wyciszenie, zakładam na uszy słuchawki, kładę się na ławeczce zamykam oczy i słucham.

 

Odliczanie

Na starcie stajemy z Młodym i Zajoncem, to właśnie między nami trzema rozegra się wyścig o tytuł mistrza świata Smashing pĄpkins Półmaratonu Zaporowego AD 2016. Reszta się nie liczy, z przerażeniem stwierdzam, że stoimy niemal w pierwszej linii. Elita, kurza jej twarz, się znalazła.

Do startu, gotowi... fot. J. Bilik

Do startu, gotowi… fot. J. Bilik

 

Ale cofnąć się nie ma jak, bo kilkudziesięciu zawodników i zawodniczek napiera z tyłu, już teraz nie ma odwrotu. 3, 2, 1… Start. Ruszamy. Po raz drugi biegnę w tych zawodach, po raz drugi na pierwszym odcinku jest ciasno. Jednak tym razem przede mną jest kilkunastu zawodników, spoglądam na zegarek i ze zgrozą widzę, że biegniemy w tempie 4:14 – 4:20. W myślach już przeklinam na siebie, strasznymi klątwami. Jednak po chwili, stwierdzam: Chciałeś restartu? Chciałeś wygrać z młodzieżą? Tak?… No to taktyka wygląda tak: na równym napierasz, pod górę napierasz, a z górki… Z górki przyjacielu napierdalasz, aż miło.

 

start, ministerstwo dziwnych kroków. fot. K. Krzanowski

start i od razu ministerstwo dziwnych kroków fot. K. Krzanowski

„Albo w górę…”

Po pierwszych 600 metrach zaczyna się pod górę. W tamtym roku był tu dramat, świeże błoto i kilkadziesiąt par stóp sprawiły, że droga do góry była cholernie ciężka. Uślizgi, zjazdy w dół, przekleństwa. W tym roku jest inaczej, po dziesiątkach treningów w podrzeszowskim Przylasku pozwalam sobie nawet na delikatny trucht pod górę. Ejjj szalony!!! Czuję w sercu jakąś dzikość, jakiś niepokorny zew. Na głowie buffka nie-ma-nie-mogę, naprzód. Oglądam się za siebie i widzę że jakieś 15 metrów za mną jest Zajonc i Młody. Lewa, prawa, lewa, prawa, ależ czuję moc! Wiem, że to jeszcze nie pora, ale już wiem, że dziś będzie mnie cholernie trudno zatrzymać. Wyprzedzam pod górę.

albo w górę... fot. Janusz Jędrzejczyk

albo w górę… fot. Janusz Jędrzejczyk

“Albo w górę, albo z górki…”

W głowie brzmi refren piosenki, która ostatnio przyczepiła się do mnie i nie może odpuścić, ale pasuje jak ulał, bo po podbiegu, zaczyna się zbieg. Nie rzucam się na niego jednak jak szalony, oszczędzam czwórki, podpinam się pod dwóch zawodników przede mną i w tempie mnie satysfakcjonującym zbiegam do Myczkowiec. Jedyne co mnie martwi to, że jest duszno, niby niebo pochmurne, ale w lesie powietrze stoi nieruchomo. Docieramy do jednego z dwóch ciężkich odcinków tego biegu, ponad dwukilometrowy odcinek po starej przedwojennej brukowanej drodze. Tu żegnam dwóch moich przyjaciół i podczepiam się pod plecy kolejnego zawodnika, ten odcinek pokonujemy w tempie 4’48’’/km. Rzucam okiem za siebie i widzę jak kilkadziesiąt metrów za mną napiera Młody. Jest moc też u niego, ale nie ma się co dziwić Łukasz solidnie pracował przez całe wakacje, dlatego następuje mi na pięty. Zbliżam się do kolejnego podbiegu, pamiętam go z ubiegłego roku, zabrał mi sporo sił, dlatego na początku zwalniam i wciągam żel, będę potrzebował tej energii teraz.

Mimo że jest ciężko wciąż udaje mi się wyprzedzać. W głowie mi huczy, że nie muszę, że CHCĘ. W pewnym momencie podbiegu daję się wyprzedzić dwóm zawodnikom, czyżbym słabł, trochę chyba na to za wcześnie? Bardzo szybko odzyskuję stracone pozycje, bo docieramy do punktu z wodą. Chwytam szybko kubek, oddając jednocześnie wolontariuszowi opakowanie po żelu i już zasuwam do góry, mając w głowie, że za moment będzie zbieg.

albo z górki fot. Janusz Jędrzejczyk

albo z górki fot. Janusz Jędrzejczyk

Zbieg, który w ubiegłym roku był koszmarem, na sucho okazuje się dość łatwy technicznie. Szybko docieram  do drugiego płaskiego asfaltowego odcinka, a tam czekał…

 

 

Kryzys żyje

Czaił się wredniak na tym odcinku, czaił i dopadł właśnie mnie. Nie była to odcinka, w klasycznej formie, poczułem jednak, że brakuje mi trochę sił. Lekko wydygany – jak to już teraz? W ubiegłym roku przeżywałem kryzys dopiero za zaporą w Myczkowcach. Zaczyna się człapanie, nawet nie bardzo jest pod kogo się podczepić. Cholera jasna. I nagle jak spod ziemi pojawia się dwóch biegaczy mijają mnie, biegną tak lekko, jakby dopiero zaczynali. – Teraz, albo nigdy, spuchnę albo się odrodzę, co ma być to będzie. Ruszam za wyprzedzającymi w pogoń. Yes, yes, yes – cytując klasyka, w głowie klikło, nogi się odblokowały, już za chwileczkę, już za momencik, będzie punkt odżywczy, może znowu kogoś wyprzedzę? I jest, ale jest na zbiegu, nie zatrzymuję się tylko mijam go, bo w rezerwie w pasie biodrowym mam dwa pełne bidony, poza tym na zaporze jest mama, której tak na wszelki wypadek dałem butelkę z izo.

 

Zapora

To jest moment kiedy wiem, że czeka mnie jeszcze jedno podejście, pamiętam też doskonale ile energii kosztował mnie w ubiegłym roku ten odcinek. Pamiętam wściekłość na siebie i postanawiam nie dopuścić do tego w tym roku. Na podejściu wciągam żel, a za chwilę zbiegam w dół na koronę zapory w Myczkowcach. Na schodkach prowadzących do zapory wyprzedza mnie jeszcze jeden zawodnik będę go ścigał aż do mety [spojler: nie dogoniłem go]. Nad zaporą unosi się dron, przez chwilę udaję samolocik, ale w tym samym momencie daję sobie mentalnego kopa w zad za marnowanie cennej energii. Widzę z oddali moją Mamę stojącą z butelką izo, jest Janusz i Basia, są wszyscy moi kibice, super. Izo nie zabieram, skręcam tylko do kosza na śmieci i pozbywam się opakowania po żelu, uff od razu lżej. Dociera do mnie jeszcze okrzyk Janusza, że jestem gdzieś w okolicach 15 miejsca – Że którego?! Zaczyna do mnie docierać, że dzieje się historia, że to może być naprawdę piękny bieg.

 

Ostatni raz pod górę

Powiem Wam, szczerze, że to co usłyszałem dało mi olbrzymiego kopa motywacyjnego. Gdyby nie on to prawdopodobnie, po raz drugi rozegrałby się dramat na grani prowadzącej do kamieniołomu w Bóbrce. Dla przypomnienia w ubiegłym roku spojrzałem wtedy na zegarek i widząc na stoperze 1h 45 min zaliczyłem zjazd, że normalnie to kończę półmaraton, a tu jeszcze tyle kilometrów do pokonania. Teraz jest inaczej, wiem jakim osłem byłem porównując wynik z asfaltu z biegiem było nie było górskim. Na grani jest ciężko, korzeni pełno, ale udaje mi się wyprzedzić jeszcze dwóch gości, jeden widzę, że robi bokami, drugi stara się mieć mnie w zasięgu wzroku. W zasięgu mojego wzroku ten, który mnie wyprzedził na drodze do zapory. Ciśnij go Paselcia, ciśnij, może pęknie. Nie pęka. Twardziel – widać, że górski wyjadacz co na niejednym zboczu już hasał. No cóż trzeba znać swoje miejsce w szeregu. Ale o to już jest nieczynny kamieniołom to znaczy, że do mety już tuż tuż, taaaaa za 5 km.

Biegnij i nic więcej

Zbieg, zbieg trzeba cisnąć. Bo mi chłopaki depczą po piętach, trzeba utrzymać tę fantastyczną pozycję. Biegnij i nic więcej. Za chwilę będzie punkt z wodą, jeszcze tylko trochę. Spoglądam na zegarek i wiem, że z założonych 10 minut urwę znacznie mniej, ale może tak chociaż 5. Biegnij – w głowie jak mantra biegnij. Kiedy wypadam z lasu i widzę stół z ustawionymi kubkami, czuję się już bardzo zmęczony. Ale wolontariusze są niezastąpieni, jeden wciska mi do ręki kubek z wodą drugi proponuje cukier. Najpierw chcę odmówić, ale sekundę później chwytam ten cukier i wpycham go do ust. Mam nadzieję, że burknąłem chociaż – Dzięki – ale nie jestem pewien. Na granicy lasu pojawia się tych dwóch co mnie goni – Cholera trzeba uciekać. I uciekam. Wciąż też widzę tego co przede mną. Choć oddalił się już na sporą odległość.

 

Uciekaj i goń

Są za mną czuję ich oddechy na plecach. Ich jest dwóch mają łatwiej, ale nie dam się. Widzę, że zbliżam się, do tego co mi ucieka. Goń Paselcia, goń i uciekaj. Wpadamy na przepiękne malownicze hopki.

Te piękne hopki - fot. J. Bilik

Te piękne hopki – fot. J. Bilik

 

Mój uciekinier ma jedną hopkę przewagi, podobnie ja nad goniącymi mnie. Wszystko rozegra się na ostatnim kilometrze. Cisnę jak mogę najmocniej, kończą się kamienie zaczyna się asfalt. Jest z górki, widzę już główną drogę, odskakuję ścigającej mnie dwójce, już wiem, że mnie nie dogonią. Widzę flagi, widzę zakręt, za zakrętem ostatnia prosta już wiem, że nie dogonię tego co mi ucieka. Kij z tym, spoglądam na zegarek, tak poprawię się o te 5 minut, jeszcze tylko 100m. Są moi kibice, spiker przekręca moje nazwisko – META!!! Ostatni kilometr w 4:38 proszę państwa. Dostaję medal, dostaję pierniczka dostaję pić, ale najpierw pĄpki.

 

takie chwile jak te... fot. Janusz Jędrzejczyk

takie chwile jak te… fot. Janusz Jędrzejczyk

Przekroczyłem metę po 2 godzinach, 16 minutach i 16 sekundach poprawiając wynik o 5 minut z małym haczykiem. Zająłem 15 miejsce open na 92 osoby i 8 w kategorii wiekowej. To mój najlepszy wynik w historii biegania.

pĄpki muszą być fot. Janusz Jędrzejczyk

pĄpki muszą być fot. Janusz Jędrzejczyk

Ale to jeszcze nie koniec emocji

Jeszcze mi było mało! Oddaje medal Mamie, pierniczka też (zaznaczając żeby nie zjadła bo będzie na choinkę), odpinam pas z numerem i już śmigam na trasę, chcę znów pomóc Młodemu, tak jak w zeszłym roku. Muszę powiedzieć, że daleko nie zabiegłem bo w momencie gdy zbliżałem się do końca ostatniej prostej, to znaczy z perspektywy zawodników do jej początku, zza zakrętu wyłonił się Młody. A za nim, przy nim, czy też przed nim dwóch biegaczy. Kotłowało się to wszystko. Dopadam tej malowniczej grupki i sączę im w uszy słowa otuchy, znaczy do Młodego, żeby cisnął, a ten mi na to, że odcina go. Powtarza się, bo w zeszłym roku było to samo. Ale jakieś 50 metrów przed metą, Łukasz przyśpiesza i przekracza metę jako 30 zawodnik, poprawiając czas ze swojego ubiegłorocznego debiutu w biegach górskich o prawie kwadrans. To jest dopiero progres, duma mnie rozpiera.

Tak finiszuje młody, w tle ja pękam z dumy fot. Janusz Jędrzejczyk

Tak finiszuje młody, w tle ja pękam z dumy fot. Janusz Jędrzejczyk

Podsumowując

Czy można było wycisnąć z tego biegu więcej? Pewnie tak, ale nie będę się zastanawiał o ile szybciej pobiegłbym gdybym był wypoczęty i gdyby nie zdumiewająca duchota. Pewnie szybciej. Na to, że pracowałem w sobotę nie miałem wpływu, na to że było duszno tym bardziej.

 

Słów kilka o organizacji.

W zasadzie powinienem podsumować to wszystko jednym słowem: perfekcja. Serio. A może jestem minimalistą jeśli chodzi o wymagania? Trasa przygotowana i oznakowana na najwyższym poziomie, nie sposób się zgubić. Jest bardzo kameralnie z jednej strony chciałbym żeby tak pozostało, z drugiej jeśli macie ochotę wziąć udział w rewelacyjnej i dobrze zorganizowanej imprezie lepiej nie możesz trafić. Zaporowy Maraton – wrócę na pewno. Jeszcze raz dzięki za super imprezę.