Bieg Niepodległości czyli dycha bez historii

Co to jest, leży w trawie i nie dycha? Marzenia o życiówce na 10 km. Takim optymistycznym akcentem zakończyłem sezon biegowy 2014. A było to tak….

Przez cały październik dzielnie mało trenowałem, oszczędzałem się i leczyłem. Te trreningi, które wykonywałem dawały niezły prognostyk na wymarzoną oficjalną życiówkę na Biegu Niepodległości. Bałem się tego startu, jak chyba żadnego do tej pory i chyba słusznie. A żeby dołożyć sobie samemu, bo mi się należy, bardzo mało sportowo poprowadziłem się w sobotę, wprowadzając do organizmu w ilościach nadmiernych 40% środek upodlający zwany potocznie wódką. Bo psszeecieżżżż impreeezzzza inteeegracyjnaaa jesttt, szzszzz praacyy. Cicho. Mój błąd i głupota, ale przyznaję się do niej, bo nie będę przecież zwalał winy na pogodę, że wiatr wiał (tydzień wcześniej na treningu piździło dwa razy mocniej, a biec się dało), że słońce (na Maratonie Warszawskim świeciło bardziej) i że siku mi się zachciało (to akuratnie prawda, nawet Piotrowi, którego miałem prowadzić na życiówkę powiedziałem to przed wystrzałem startera), ale nie o tym. Z innych rzeczy, których nie powinniście robić przed startem to jechać jak wariat przez miasto, bo pakiecik trzeba odebrać, a biuro zawodów zamykają za 15 minut. Ani to mądre, ani bezpieczne, a pakiet z palcem w uchu można było spokojnie odebrać dzień później, przed samym startem. Jak widzicie kochani czytelnicy osobnik piszący te słowa nie ma za wiele oleju w głowie więc przyjmowanie rad o niego nie ma najmniejszego sensu, chociaż byli tacy i chyba źle na tym nie wyszli. Powiem Wam w zaufaniu, że moja duma została mocno tym faktem połechtana.

Filipides na mecie II Biegu Niepodległości, CityFit Rzeszowska Dycha

To już prawie tradycja słodki pocałunek na mecie

 

10 kilometrów, to taki dystans, który nie jest przeze mnie rozpracowany, nigdy go nie biegłem na zawodach, a wiec w pewnym sensie byłem debiutantem. Co z tego, że biegałem go treningowo wiele razy, jak na zawodach ani razu i to się też zemściło na mnie, ale pocieszam się tym, że w pierwszym sezonie startowym powinno się zbierać doświadczenia to i zbieram przy okazji po dupie. Na start dotarłem z NKE i Hunami jakąś godzinę przed rozpoczęciem biegu. Na miejscu wypatrywałem Matki BO, która miała mi dostarczyć pĄpkinsowe naklejki, które nie mogą do mnie dotrzeć jeszcze od Maratonu Warszawskiego. Czekałem też na Piotra, który wybrał mnie jako swojego przewodnika w łamaniu 50 minut. BO się jakoś nie pojawiała w zasięgu wzroku, ale pojawił się za to Piotr z Izą. Zaczęły się wygłupy, Jurek (mój młodszy) zajumał komuś komórkę, na szczęście właściciela udało się zlokalizować dość szybko i oddać sprzęt. Krótka rozgrzewka i ustawienie na starcie, odliczanie i go go go.

 

Wielka głupota

Ustawienie się z tyłu stawki, sprawiło że na przestrzeni  trzech pierwszych kilometrów zamiast skupiać się na biegu, myślałem jak nie oskrobać marchewek biegnącemu przede mną i jak wyprzedzać w tej masie ludzi. Efektem był bieg rwany, bez tempa i czasem zygzakiem. A czy wspominałem, że chciało mi się siku? Staram się pilnować Piotrka, on też od czasu do czasu rozgląda się na boki znaczy, że stara się pilnować mnie.

Kolka

A kuku, tu jestem powiedziała ta franca przebrzydła i kłuje i wierci, a do mnie dociera, że kac po imprezie to kaszka z mleczkiem przy tym co się będzie działo podczas tego biegu. Kłuje i wierci, chce mi się pić i co gorsza lać. Noszsz kurwa… Myśli uciekają do jakichś miłych krzaczków, gdzie mógłbym odcedzić kartofelki na szybko. A zero i nul biegniemy przez ścisłe centrum miasta. Wokół feria plakatów wyborczych, wszędzie zakazane mordy, niektórych autentycznie można się przestraszyć.

Rowerzysta

Gdzieś z boku pojawia się jakiś upierdliwy rowerzysta i macha do mnie, gestykuluje, co gość oszalał? Dłuższe spojrzenie w bok nie to nie “jakiś” rowerzysta to mój Teść. Pokazuje mi kciukiem, że jest ok, ale ja wiem, że nie do końca. Zaraz zaraz, a może ten kciuk w górę znaczy dobić jak na arenie gladiatorów, aż tak źle to nie jest.  Nie wiem, ale dużemu Ryśkowi  jestem bardzo wdzięczny gdyby nie on chyba nie dałbym rady przebiec tej dychy i wspomagałbym się chodzeniem. Zresztą Teść należy do grona moich najwierniejszych fanów, to on popylał wzdłuż trasy mojego pierwszego startu robiąc zdjęcia i pokrzykując dwa słowa, które chyba na zawsze wejdą do kanonu mojego biegania – Bartosz powoli. Czy ja już wspominałem, że chce mi się sikać?

Wodopój

Wbiegam na rzeszowski rynek (nie cierpię biegać po bruku), a w głowie oprócz myśli o pełnym pęcherzu i marzeniach o krzaczkach, błąka się jeszcze jedna mianowicie, że już mam taką pustynię w ustach, że zamiast języka mam kołek. Chwytam standardowo dwa kubeczki i nie mam siły zgiąć kubeczka, żeby sobie zrobić dziubek. Krztuszę się wodą i przez pół ulicy Kościuszki kaszlę i prycham, czym przyciągam uwagę innych biegaczy, którzy patrzą z politowaniem, a ich wzrok mówi – Idź już sobie gruźliku do domu. Opanowuję kaszel i staram się przyśpieszyć nieco na ulicy 3-go maja. Potem już długa droga w dół w otchłanie cierpienia. Największy kryzys mam na Moście Zamkowym, wydaje mi się, że wszyscy mnie wyprzedzają. Wydaje mi się, że słaniam się na nogach.

Rzeszowska część Smashing pĄpkins w komplecie na mecie CityFit Rzeszowskiej Dychy

Już na mecie z Matką BO

Finisz

Gdy skręcam z al. Kopisto w Rejtana zderzam się ze ścianą, ale nie tą maratońską, tylko ze ścianą wiatru. Nie tylko ja tak twierdziłem, ale dmuchało solidnie. Ostatni kilometr to zmaganie się z siłami natury, pęcherz pali, wiatr w ryj dmucha, ale o dziwo ten kilometr przemierzam w niemal identycznym tempie jak kilometr 9. Gdy skręcam do mety widzę na ostatniej prostej Dagmarę i Hunów, którzy wrzeszczą i klaszczą nie żałując strun głosowych, a we mnie budzi się sprinter, efekt jest taki, że przed metą na tej ostatniej prostej wyprzedziłem 3 lub 4 biegaczy. Koniec, meta 48:56, zakończenie pierwszego sezonu startowego, mimo że bieg zakończyłem o ponad minutę wolniej niż plan minimum to jestem bardzo szczęśliwy. Dostaję nowy medal do kolekcji. Jako członek najlepszej drużyny na świecie Smashing pĄpkins z zapałem machnąłem 11 pĄpek z Piotrem, który przybiegł jakąś minutę, półtorej przede mną i cieszy się jak dziecko, bo myślał, że jestem z przodu i gonił mnie z całych sił. Brawo Młody, może w przyszłym roku ruszysz ze mną na trasę jakiegoś dłuższego biegu. Jeszcze tylko zdjęcia z Matką BO, którą spotykam na mecie nieziemsko zmęczoną i zmasakrowaną przez jakąś wredną infecję lub zatrucie, powtórka z pĄpeczek, ale bardziej dla fotoreporterów, bo BO naprawdę nie wygląda zbyt zdrowo. Eksponowałem jeszcze chwile eksponowane w ramach akcji movember wąsy a potem czas do domu. Po sezonie.

II Bieg Niepodległości w Rzeszowie i pĄpki być jak filipides na mecie

Wszak drużyna zoobowiązuje Smashing pĄpkins forever

Podsumowanie

Biegowo, było kiepsko, ale patrząc na to jak mało treningów miałem od Maratonu Warszawskiego i biorąc pod uwagę ekscesy soboty poprzedzającej bieg, to chyba jednak nie zawiodłem na całej linii. Celem tego biegu było zdobycie oficjalnej życiówki na 10 km, teraz będę miał punkt odniesienia na przyszłe biegi. Nadchodzi czas roztrenowania, ale maksymalnie krótki, tydzień lub półtora, bo czekają wyzwania na rok przyszły, a tu już 25 stycznia Zimowy Maraton Bieszczadzki, czyli okazja to zbierania doświadczeń w górach przed Rzeźnikiem. Tymczasem odpoczywam.