4/4 – Ostatni akt, czyli III ultraMARATON Bieszczadzki

 

Dziwne uczucie kiedy wiatr uderzający na odsłoniętym szczycie może miotnąć prawie 90 kilogramowym facetem, przesuwając go niemal o pół metra w bok. Nic mnie tak nie denerwuje podczas biegu jak silny wiatr. A wiatr podczas III ultraMaratonu Bieszczadzkiego deprymował, mroził kości, zwalniał – jednym słowem robił wszystko żeby po raz kolejny udowodnić biegaczom, że życie bieg ultra to nie jest bajka. Ale od początku.

generalnie chodzi o to aby dobiec do tego mostu reszta już jakoś pójdzie ;)

generalnie chodzi o to aby dobiec do tego mostu reszta już jakoś pójdzie 😉

Na początku był chaos. Ups, nie ta bajka, choć takie genesis w kontekście mojego biegania (zwłaszcza po górach) miałoby sporo prawdy, ale nie o tym. Założenie, że nie pobiegnę w tym roku już żadnego dystansu ultra, przetrwało jakiś miesiąc czasu (od przekroczenia mety Rzeźnika), po którego upływie ochoczo i niemal ze śpiewem na ustach zapisałem się na III UMB. W międzyczasie okazało się, że cztery tygodnie na przełomie września i października będą najbardziej intensywnym startowo okresem w mojej biegowej “karierze”. Odrobinę się bałem tego, że na ostatni start tego biegowego rollercoastera nie starczy mi pary w nogach, ale to tylko odrobineczkę. Ciężko było zakładać jakiś czas, ale biorąc pod uwagę, że w maju pobiegłem na dystansie 52 km w czasie prawie 6:30 i to w terenie dużo łatwiejszym, to moja deklaracja, że biegnę poniżej 7 godzin wydawała się mocno na wyrost.

Tak się człowiek cieszy przed 52 kilometrowym upodleniem fot. Młody

Tak się człowiek cieszy przed 52 kilometrowym upodleniem fot. Młody

 

Respekt

Czytając ubiegłoroczne relacje BO i Błażeja, mogłem się domyślić, że nie będzie to łatwy bieg. Prognozy pogody nie napawały optymizmem: 3 stopnie Celsjusza i albo deszcz, albo śnieg. Na koniec jeszcze oglądanie profilu trasy i sobotni telefon od Teścia, który Bieszczady zna jak własną kieszeń i ostrzegał przed szarżowaniem, też mnie troszkę zaniepokoiły. No ale byłem w Bieszczadach z dwoma świeżymi ćwierćultramaratończykami, więc jako bardziej doświadczony musiałem nadrabiać miną. Na szczęście po odbiorze pakietów, spotkaliśmy się z liczną na biegu ekipą Smashing pĄpkins i spędziliśmy czas na pogaduchach i dobrym jedzeniu, dzięki temu poziom stresu utrzymywał się na dopuszczalnym poziomie.

Jest rodzinnie foto by albo Tibor albo Judyta

Jest rodzinnie – foto by albo Tibor albo Judyta

Trzeźwy poranek

Pobudka o 5 rano, szybkie czynności okołobiegowe. I już wsiadamy do samochodu i w drogę na start. Rozpędzić się nie zdążyliśmy, czerwony lizak i zjazd na pobocze: Dzień dobry panie kierowco komenda policji w Lesku, mamy dziś akcję trzeźwy poranek. Dmucham w balonik i po chwili jedziemy dalej i… Trafiamy ptaka, nie wiem co skubany robił na środku drogi między Jabłonkami, a Cisną, jednak robi mi się jakoś nieswojo. Jeśli to znak na dzisiejsze zawody to nie wygląda najlepiej. Ale w chwile później już jesteśmy w Cisnej. Są fotki ze smashingami, a później już na starcie trochę żartów: że zimno, że brzydko, że wracamy do domu, a tak naprawdę wszyscy już się nie możemy doczekać, aż trasa nas wciągnie i wypluje, jednych mniej drugich bardziej zmordowanych. W końcu po krótkim odliczaniu wystrzał startera jak armata, czy też bardziej prawidłowo grzmot armaty zamiast startera i napięte do granic możliwości w oczekiwaniu mięśnie wystrzeliwują nas na trasę biegu, w rytmie bębnów.

 

Płaściutko i leciutko

Moim kronikarskim obowiązkiem jest dodać, że niebo nad nami pokryte jest ołowianymi chmurami, temperatura daleka jest od złotej polskiej jesieni, którą można obserwować na górskich stokach wokół (takie widoki tylko w Bieszczadach). Jest zimno, maks 5 stopni, ale dopóki się biegnie niech sobie będzie nawet i 2. Biegniemy asfaltem, przez chwilę biegnę razem z Robertem, który jednak we wczorajszej rozmowie powiedział mi żebym, napierał sam, bo on nie najlepiej się czuje. Rozdzielamy po jakichś 2 kilometrach. Mmmm samotność długodystansowca, cóż dawno nie było, warto sobie przypomnieć. Po raz kolejny biegnę wsłuchany we własny organizm, bez muzyki, wiecie co – coraz bardziej mi się to podoba. Pierwsze 12 kilometrów to asfalt i szuter względnie płasko, teren tylko troszkę idzie w górę, tu biegnie się lekko i łatwo. Po pierwszych kilometrach ogarnia mnie euforia i muszę się sam przywoływać do porządku. Bez szarż, bez głupstw to jest ultra, tu najwięcej ugra ten, kto racjonalnie rozdzieli siły. Oesu jak fajnie, już zupełnie nie pamiętam dlaczego nie chciałem rano wstawać.

asfalt nuuuuda - fot. festiwalbiegowy.pl

asfalt nuuuuda – fot by festiwalbiegowy.pl

 

No to w górę

Od 12 kilometra trasa biegu zaczyna się wznosić. Po opuszczeniu pierwszego punktu odżywczego skręcamy na szlak graniczny. Zaczynają się góry – nareszcie. Standardowo gdy nie ekonomicznie jest biec przechodzę do marszu. Są kozacy, którzy stwierdzają, że tutaj jeszcze można podbiegać, mijam ich w większości zanim wdrapiemy się na szczyt. Czuje w sobie mnóstwo siły i moc. Chyba procentują te wszystkie podbiegi, treningi w Przylasku, Zaporowe półmaratony i biegi trzech kopców. Kurcze, łydki podają jak szalone, więcej ludzi wyprzedzam niż jestem wyprzedzany – szaleństwo, euforia trwa. Tuż przed 18 kilometrem doganiam Ewę, która w tegorocznym Rzeźniku była na pudle w kategorii zespołów kobiecych. Fakt, że zmaga się teraz z kontuzją, ale na moją psyche to dogonienie jej działa i to jeszcze jak!!! Zastanawiam się, czy nie podłączyć się do niej i czy nie polecimy dalej razem, ale Ewa stwierdza tylko, żebym cisnął sam. No to cisnę. Trochę pokory panie Pasela, trochę pokory – trasa daje mi delikatnego prztyczka w nos, prawa noga zapada się w dziurę, której nie zauważyłem popieram się prawą ręką, szybka ocena szkód – uffff nic mi nie jest, ale trzeba się pilnować.

Co ciekawe: pierwsze 22 kilometry pokonuję w czasie niemal identycznym jak Półmaraton Zaporowy, nie czuję jednak takiego zmęczenia. Dystans, który pokonałem tutaj na 100% nie jest tak wymagający jak błotniste podejścia i zbiegi zaporowego, ale to kolejny fakt, który robi na mnie wrażenie.

 

Zbiegi

Zaczyna się pierwszy zbieg, no w to mi graj, to jest mój czas. To zbieganie mnie bawi. Lecę w dół jak szalony, mijam kolejnych zawodników. Kurcze, ludzie rozpuście nieco nogi, szkoda kolan. Wystarczy lekkie muśnięcie podłoża resztę zrobi grawitacja – woooow czad! Powoli zbliżam się do połowy dystansu. Tuż przed punktem na 26 kilometrze, wciągam drugi żel i tabletkę Hydro Salt od Ale. Na punkcie nie zabawiam długo, popijam colę i wodę, pochłaniam kostkę czekolady. Orientacyjnie spoglądam na profil trasy, wielkimi krokami zbliża się 30 kilometr i wspinaczka.

 

Wiatr

Pomiędzy punktami na 26 a 30 kilometrem budzi się w mojej duszy śpiewak i domorosły kompozytor, parafrazuję sobie tekst piosenki Zielone Wzgórza nad Soliną. W moim wykonaniu brzmi to tak: Złotawe wzgórza wokół Cisnej, rwie mocno dziki górski wiatr. Nie śpiewam na głos tylko w głowie, bo wiatr, który w tym miejscu jest odczuwalny bez wątpienia wtłoczyłby słowa na powrót do mojego gardła. Zresztą szkoda sił, wieje, albo przepraszam za wyrażenie piździ tak, że łeb chce zerwać z ramion. Momentami ciężko zachować tempo biegu. Jednak nadal biegnę.

 

Hyrlata

Dobiegając do 30 kilometra zdobywam się jedynie na pytanie: Ja się pytam kto to KURWA wymyślił? Gdzie jest wyciąg? Ściana podejścia wznosi się niemal pionowo w górę, po wyznaczonym taśmami szlaku jak mrówki pną się w trudzie i znoju kolejni zawodnicy. Ufff – chciałeś ultra po górach – to masz! Zaczynam wspinać się do góry. W pewnym momencie słyszę dźwięki muzyki i oczom moim ukazuje się surrealistyczny widok: pośrodku podejścia, nieco na uboczu ścieżki wiodącej w górę stoi facet we fraku z kontrabasem i gra – szarpie struny uśmiechając się tajemniczo do biegnących, którzy z niedowierzaniem przyjmują obecność muzyka i jego instrumentu w takim miejscu. Nieważne, że we fraku wszak są ludzie, którzy idą w Tatry w szpilach. Ale kontrabas? Ja miałem problem, żeby wtoczyć w to miejsce mój tyłek, a Pan sobie ot tak wtargał na górę kontrabas. Tego Pana nie zaliczyłem do kategorii omamów wzrokowych tylko z tego powodu, że rok temu z okładem słuchałem jego gry i podsuwałem kilka kawałków do zagrania podczas XI Biegu Rzeźnika. Wracając do podejścia, jest ciężko, dodatkowo sprawę utrudnia wiatr, a ja odkrywam pewną przerażającą rzecz – nie mam ze sobą magnezu. Moje łydki zaczynają się go domagać, czuję delikatne pociągnięcia skurczy. O nie! Jak mogłem zapomnieć o magnezie, to może być początek końca, a do mety jeszcze niemal półmaraton i jedno konkretne podejście. Co robić? Napierać dalej! Wciągam kapsułkę Hydro Salt, w której jest magnez i ruszam dalej. Na podejściu dogania mnie Smoua, który – byłem o tym przekonany – powinien być daleko z przodu. Ciśniemy razem, Paweł mówi, że coś mu się podziało z kolanem, ja mówię mu o moich problemach ze skurczami i tak docieramy do zbiegu na 36 kilometrze.

Tam okazuje się, że kolano Pawła nie pozwala mu zbiegać w moim tempie i rozdzielamy się i znów rozpoczyna się wyprzedzanie, to niesamowite ile radości może dawać taki bieg w dół. Jednak cały czas czuję, że poruszam się na cienkiej granicy za którą jest taki skurcz, który wyeliminuje mnie z biegu, ale może pozwoli doczłapać do mety.

 

Droga na Okrąglik

Po zbiegu dobijamy po raz kolejny do Roztok, to jest około 38 kilometra, każdy kto chce ukończyć bieg powinien się tu pojawić przed upływem 6,5 godziny, a to oznacza, że mam 1:45 minut zapasu. Na punkcie zabieram bułkę z serem (pychota), tankuję pod korek wodę, colę, burna i ciepłą herbatę. Wyciągam telefon i zdaję raport o położeniu, dowiaduję się kto jest za mną, a kto przede mną. To że jestem śledzony i dopingowany online dodaje mi sił. Choć nogi wydają się być w fatalnym stanie. Każde odbicie na krótkim, dwukilometrowym może odcinku asfaltu odzywa się bólem i lekkim skurczem łydki. Maszeruję więc, zresztą nie ja jeden, co ciekawe w marszu nadal jestem w stanie wyprzedzać. Do przodu Tygrysie rozbrzmiewa w głowie, spoglądam na moją opaskę z Maratonu Warszawskiego z niedawno narodzonym hasztagiem GOTIGER i już wiem, że dam z siebie wszystko. Dogonił mnie Smoua, ciśniemy razem. Podejście na Okrąglik daje mi okazje do zatrzymania się dwukrotnie. Wszyscy, których z takim trudem wyprzedziłem mijają mnie – macham Pawłowi, żeby cisnął sam, w duszy mam nadzieję, że go dogonię na górze. Jestem zły na siebie, zaczynam zastanawiać się czy może jednak nie przeszarżowałem i zaczyna mnie odcinać. Wyciągam z plecaka ostatni żel i ostatnią kapsułkę hydro salta, wóz albo przewóz. Wreszcie jestem na górze.

 

Znajome rejony  odrodzenie

Zza ołowianych chmur wyziera słoneczko, a ja jestem na czerwonym szlaku, teraz trasa wiedzie w przeciwnym kierunku drugiego etapu Rzeźnika. Rozpędzam się, ale rozważnie, powoli doganiam kolejnych zawodników. Ile to już razy? Szlak na tym odcinku faluje raz w górę raz w dół. Jestem na Jaśle, to już końcówka, zaraz będzie Małe Jasło i zbieg, długi zbieg i upragniona meta. Spoglądam na zegarek, oszszsz ja pierdzielę mam szansę pobiec poniżej 6:30, to byłby sukces, to byłoby coś. Naprzód. Na otwartych przestrzeniach wiatr wieje jak szalony, jest w stanie tak pizgnąć, że mnie przestawia na boki – mnie taką Kruszynkę. Już zaczyna się las, jest zbieg, to 50 kilometr jeszcze dwa i zrobię to. Ruszam w dół już bardziej asekuracyjnie niż na poprzednich zbiegach, a jednak nadal wyprzedzam.

received_877654398956397

Już za mostkiem fot. Młody

Finisz

Gdy mijam punkt pomiaru czasu na 51 kilometrze, już słyszę metę i jej odgłosy, to dodaje sił. Jeszcze tylko odrobinę wysiłku, nóżki wytrzymajcie, tak dobrze mnie niosłyście. Jeszcze tylko odrobinę – PROSZĘ. To był piękny bieg, to jest piękny bieg. Będzie super wynik, jeszcze chwila. Strumyk, mała góreczka, mostek, słynny mostek z torami. Ostatnie metry, biegnę jak paralityk. Młody krzyczy: Dawaj, dawaj!!! Ale ja już nie mam z czego, pokonałem siebie, na ostatnich metrach mija mnie trzech zawodników, nieważne. Podnoszę wysoko ręce w górę. Udało się, znów się udało, jak pięknie, łapię się za głowę, płaczę. Chwilę później na metę wbiega Smoua i razem dopełniamy biegu pĄpując, raz dla ekipy, a drugi raz dla filmu. Przepełnia mnie szczęście – to jest piękny dzień.

received_877654405623063

łzy szczęścia foto by Młody

Podsumowanie

Oj opłaciło się wylewać pot na treningach, wybiegać z Młodym spokojnie Maraton Warszawski, przebiec po błotnistych zbiegach Zaporowego Półmaratonu i wspinać się na Trzy krakowskie kopce. Martwiłem się że mogę być zbyt zmęczony, ale okazało się że taki okres przygotowawczy był dla mnie idealny. Wszystko to zaprocentowało, skumulowało moc i pozwoliło ukończyć ten ultra w 6 godzin 28 minut 48 sekund na 199 miejscu OPEN. Tak jak napisałem we wstępie – w dużo łatwiejszym terenie podczas debiutu ultra (kto nie czytał KLIK) uzyskałem gorszy czas od tego bieszczadzkiego, niewiele, ale gorszy.

Organizacyjnie OTK Rzeźnik na najwyższym poziomie, Ci ludzie wiedzą jak zorganizować imprezę ultra, jak oznaczyć trasę i jak dbać o biegaczy. Ktoś powiedział, że końcowy zbieg był za trudny (no łatwy to on nie jest, zresztą żaden nie będzie jak się ma 50 kilometrów w nogach), że należałoby odwrócić trasę. NIE, NIE i jeszcze raz nie, wrażenia estetyczne jakie przeżywałem na odcinku od Okrąglika do Małego Jasła to coś niesamowitego, łany wyschniętych traw przeginanych porywami wiatru. Góry, te majestatyczne kolosy pokryte złotem i czerwienią, zapach lasu, mokrych liści, zapach jesieni. Nie chciałbym kończyć biegu na 12 kilometrach szutru i asfaltu, kończyłoby się jak zwykły bieg, a ultraMaraton Bieszczadzki to nie jest zwykły bieg.