42 195 czyli jak zostać Filipidesem

O tym że maraton to nie bajka

Maraton czyli 42195 metry, najbardziej klasyczny dystans do przebiegnięcia. Dla każdego biegacza test wytrzymałości zarówno w sferze psychicznej jak i fizycznej. Ten dystans to po prostu święty Grall dla początkującego długodystansowca. Dla mnie to także bieg
w pewnym sensie magiczny prawdopodobnie z powodu historycznych konotacji (choć wygląda na to, że jest to tylko romantyczna legenda powstała w antycznych czasach za sprawą Plutarcha, [artykuł o historii powstania legendy Filipidesa tutaj]). Jednak zostać maratończykiem pragnąłem od momentu, kiedy zacząłem biegać na poważnie, czyli od nieco ponad roku. Debiut, jak zapowiedziałem szumnie, miał nastąpić podczas 13. Cracovia Maraton czyli 18 maja AD 2014 i tak też się stało.

 

Krótko o treningu

W przygotowaniu do maratonu pomagał mi plan treningowy do półmaratonu wygenerowany przez Endomondo Premium. Jakoś aplikacja nie chciała uwierzyć że od 7 lutego uda mi się przygotować do tego dystansu dlatego ustaliłem zakres planu na półmaraton. W międzyczasie zaplanowałem start kontrolny w półmaratonie rzeszowskim (7 kwietnia) z celem złamania bariery 2 h. Trenowałem z krótką przerwą spowodowaną pojawieniem się zespołu pasma biodrowo piszczelowego jeszcze w marcu, ale dzięki doskonałej opiece fizjoterapeuty zostałem wyprowadzony bardzo szybko na prostą. Dzięki temu 17 maja wraz z kolegą JK udałem się do prastarego grodu Kraka w celu zmierzenia się z maratonem.

 

Organizacja

Tydzień przed datą startu Polskę nawiedziły ulewy i rzeka Wisła, która z miłości do Krakowa opasała go wstęgą, postanowiła opuścić brzegi i zalać część trasy biegu, organizatorzy wprowadzili jednak szybkie modyfikacje i było po sprawie. Jako że mam kiepskie porównanie jeśli chodzi o organizowanie tak dużych biegów, mogę subiektywnie powiedzieć, że organizacja była dobra wszystkie moje i JK wątpliwości były bardzo szybko rozwiewane, więc tak naprawdę nie mamy się czego czepiać. Wydawanie pakietów startowych przebiegało sprawnie, sam pakiet całkiem niezły koszulka z pięknym Smokiem Wawelskim i cytatem z Jana Pawła II (to akuratnie nieco dziwne zestawienie), ulotki, informatory, kupon na pasta party, numer startowy z wklejonymi chipami (5965). Pobraliśmy też opaski z rozpiską międzyczasów na określony wynik.

 

Start

Na parking przy ulicy Reymonta dotarliśmy około 7:00 do ostatniego tramwaju do Centrum mieliśmy zatem godzinę w sam raz na krótką lub dłuższą chwilę w miejscu gdzie królowie zwykli chadzać piechotą, gdy nie załatwiali się w kominkach. Potem przystanek tramwajowy i jazda do Rynku gdzie umiejscowiona była start i meta. Zmiana garderoby na nieco lżejszą, ostateczne strategiczne rozmieszczenie żeli w plecaku, rozgrzewka i wizyta w przenośnej toalecie po odstaniu w odpowiednio długiej kolejce. 8:57 meldujemy się w swojej strefie startowej, jako wytrawni debiutanci czujący respekt przed dystansem startujemy z ostatniej strefy. I czekamy, gromkim okrzykiem kwitując radość z sygnału startowego, który wysłał już w bój naszych bardziej doświadczonych kolegów. Wreszcie ruszamy tempem żółwia, dochodzimy do startu, oczywiście z przypływu adrenaliny źle startuję stoper jakąś minutę po starcie, ale co tam chcę tylko przebiec ten dystans. Endomondo wystartowało chyba jednak nieco lepiej.

 

0-10 km

Początek żółwi 6:43, 6:56, 6:49 jednak po chwili tempo stabilizuje się gdzieś na granicy 6:09 min/km. Biegniemy z grupką na 5 godzin, ale po około 4 km wymiękamy z nudów i przyspieszamy. Na wodopojach i paśnikach popijam wodę i przegryzam banana. Prowadzimy z JK ożywione dyskusje o tym czy daleko jeszcze i czy już wymiękam. JK ma nade mną przewagę przebiegł bowiem półtora miesiąca wcześniej 40 km w ramach sprawdzenia siebie, ja z moim najdłuższym wybieganiem na poziomie półmaratonu mogę się przy nim schować. Na razie jest łatwo.

 

10 – 21 km

Biegniemy dalej razem, obydwaj wiemy, że to dopiero początek prawdziwe bieganie jeszcze przed nami. Po porannej mgle nie pozostaje ani śladu, zaczyna świecić słońce. Cały czas się żywimy i pijemy. Ja znając swój organizm co 5 km wciągam połówkę żelu i popijam wodą z bukłaka na plecach (wyśmiewany przez JK mój zakup z poprzedniego dnia błogosławię średni plecak Kalenji dla biegaczy jest świetny). Dobiegamy razem do granicy 17 km, czyli do miejsca gdzie jest zmiana trasy i od tego momentu biegnę sam. JK zboczył na krótkie cedzenie kartofelków i już mnie nie dogonił, nie to że tak szybko ruszyłem, tylko JK zaczął mieć jakieś problemy z kolanem. Jestem sam, przede mną więcej niż połowa trasy, zaczynam się bać, że spotkam się samotnie ze ścianą i przegram. Jednak od 18 km czuję przypływ sił km uciekają szybciej połowę dystansu mam za sobą w 2:14:20. Czuję się dobrze, żeby nie powiedzieć bardzo dobrze (na pewno o niebo lepiej niż po przebiegniętym rzeszowskim półmaratonie), jednak nie pędzę na złamanie karku wiem, że zbliżam się do mitycznej ściany, każdy krok mnie do niej przybliża. Co więcej nad głowami uczestników zaczyna się chmurzyć.

 

21 – 32 km

Padać zaczyna gdzieś około 22 km po chwili leje i to konkretnie praktycznie do krakowskich błoni biegnę w deszczu, klnąc w duszy na czym świat stoi, bo przez zalane deszczem okulary nic nie widzę. Po drodze widzę maratoński koloryt ludzi sikających gdzie popadnie, ludzi ze skurczami, pierwszych nieprzytomnych. Ale ale, rozpoczyna się dziać coś dziwnego z moimi nogami nazywam to syndromem smoły, głowa biegnie szybciej niż nogi, poza tym czuję, że za chwile zaczną mnie łapać mega skurcze. Wyciągam shota z magnezu, którego polecił mi znajomy i po chwili dyskomfort mija. Moją głowę zaprząta jeszcze jeden problem, stopień zużycia baterii w moim telefonie na którym działa cały czas Endomondo, zapisując mój wysiłek. Zaczynam odczuwać znużenie choć czasy tego nie pokazują na 25 kilometrze wykręcam swój najszybszy kilometr 5:49. Biegnę teraz za dwoma gośćmi, którzy trzymają bardzo fajne tempo, które mi odpowiada, no i przestało padać. Przecieram okulary o koszulkę i zamiast kropel widzę maziaki, ale widzę. Dwa lub trzy razy widzę JK, który rozkłada ręce i mówi, że za szybko biegnę. Na długiej prostej znów wychodzi słońce, wszystko zaczyna wysychać i tak dobiegam do 32 kilometra.

 

32 – 40 km, czyli najdłuższe 8 km w moim życiu

Nagle niespodziewanie przechodzę do marszu, dziwię się bo głowa chce biec dalej, ale nogi tylko człapią. Co jest? Czy to ta cholerna ściana? Człapie bolą mnie kolana, przypadkowo dotknięte udo boli jak diabli (zresztą bolą obydwa), w łydki ktoś zalał mi szybkokrzepnący beton nawet obracanie głowy boli i jeszcze czuje, że obtarłem się tam gdzie mężczyzna nie powinien się obetrzeć. Morale spada jak na wojnie po trafieniu przez wrogą artylerię w kuchnie polową, ale w głowie brzmi jak mantra – Musisz biec, musisz biec, boli bo tak musi być, musisz biec. Spinam pośladki i przyspieszam, ale tak, że tylko siąść i płakać. Bieda, panie sierżancie, aż piszczy, dochodzi do tego, że przechodzę do czegoś co można nazwać marszobiegiem, gdy jest pod górkę maszeruję, starając się robić to szybko, gdy tylko jest z górki albo po płaskim biegnę. Spotykam JK i mówię mu, że słabnę, jestem przekonany, że tak jak na półmaratonie dogoni mnie i prześcignie. Biegnę albo idę kilometry ciągną się jak wojska napoleońskie podczas odwrotu spod Moskwy. Jednak wydobywam z siebie rezerwy sił gdy otrzymuje peptalki od znajomych, którzy na endomondo lub youtube śledzą moją walkę. Ruszam mocniej gdy dobiegam do 40 km i słyszę w słuchawkach – hero, hero, hero – To daje mi niesamowitego kopa, już wtedy wiem, że nikt mi nie zabierze tego maratonu, że dobiegnę choćby na czworakach.

 

Finisz

Ruszam mocniej, choć teraz zdaję sobie sprawę, że żwawiej ruszałaby się nieboszczka po ekshumacji. W mojej głowie jednak pędzę jak strzała do celu, każdy krok boli i pali żywym ogniem, ale przestaje to być ważne już jestem niemal na mecie, już za chwilę to się skończy. Biegnę u stóp Wawelu, duchy królów z uznaniem kiwają głowami. Nic już nie słyszę liczy się tylko meta. Już ją widzę. Wpadam na nią po 4 godzinach 33 minutach i 56 sekundach. Płaczę, łzy lecą mi z oczu mimowolnie, jestem z siebie dumny, jestem po prostu szczęśliwy. Dostaję ten piękny medal, o którym marzyłem. Z trzystopniowego planu biegowego na rok 2014 wykonałem już ⅔.

 

Po biegu

Na mecie spotykam kolegę ze studiów, biegnie tu już drugi raz (i brakuje mu chyba tylko maratonu Warszawskiego do zdobycia Korony Maratonów Polskich), gratulujemy sobie. Po chwili spotykam się z JK, który na mecie pojawił się kilka minut po mnie. Idziemy na masaż, dziewczyny, które mnie masowały dokonały cudu. Czuję się dużo lepiej obieram telefony z gratulacjami, chwalę się swoim wyczynem na społecznościówkach. Jeszcze jazda tramwajem na Reymonta tam szybki prysznic (w zimnej wodzie)  i wracamy do Rzeszowa.

Podsumowanie

Nie lubię pisać podsumowań jednak w tym wypadku należy chyba zrobić “rachunek sumienia”. 4:33:56 (przy średnim tempie 6:26 min/km) jak na początek uważam za czas niezły, jednak mogło być lepiej. Czego zabrakło? Po pierwsze doświadczenia w długich biegach, po drugie długich wybiegań powyżej 25 km (jednak przygotowania do maratonu wg planu do półmaratonu to trochę harpagaństwo). Po trzecie trzeba będzie zrzucić nieco kilogramów, żeby poprawić wyniki, 95 kg masy to dość dużo jak na długodystansowca), sparafrazuję klasyka biegam dwa razy wolniej od Kenijczyków, ale ważę dwa razy więcej od nich. Następny maraton to Warszawa 28 września, więc czasu na przygotowanie jest sporo, plan na Warszawę 4:15:00. Od przyszłego tygodnia po regeneracji rozpoczynam regularne treningi