3/4 biegowy rollercoaster trwa czyli jak przeżyłem 9. Bieg Trzech Kopców

Kopiec Krakusa, Kopiec Kościuszki, Kopiec Niepodległości i trasa pomiędzy nimi, około 12 kilometrów 800 metrów. Teren zróżnicowany, żwir, asfalt, kostka brukowa, leśne ścieżki. I legenda otaczająca już ten krakowski bieg, od wszystkich znajomych pozytywne opinie. Dziewiąta edycja – startówki rozchodzące się jak świeże bułeczki. To wszystko skutecznie zachęciło mnie, żeby zapisać się na ten bieg i wcisnąć jeszcze jeden start w i tak napięty przełom września i października. Pierwsze dwie części jesiennego planu wykonane: na Zaporowym był OZD, w Warszawie był spokój i rozwaga. Teraz trzeba zaszaleć, rozruszać kości po długim rozbieganiu, poczuć adrenalinę wyścigu, spiąć poślady i #gotiger. Przy zapisywaniu się postąpiłem zbyt asekuracyjnie (tak mi się wydawało) i wybrałem strefę 1:10 – 1:19. Jadąc do Krakowa plan skorygowałem i postanowiłem znaleźć się w strefie od 1 godziny do 1:10 i tak mówiłem znajomym, że nie zamierzam biec dłużej niż godzina i 10 minut.

 

W sobotę, po chwilowym zapętleniu się w okolicach biura zawodów, odbieram pakiet, szczerze powiedziawszy – skromny ponad miarę: koszulka z otyłym smokiem, tona ulotek, numer startowy (chyba najładniejszy jaki mam w kolekcji), jedna żelka (nie żel, żelka cukierek), worek na depozyt i naklejka na worek – wszystko. Żadnych dodatkowych gadżetów, ale za to pakiet kosztował jedyne 50 zł. Zresztą to nie dla pakietu tu przyjechałem tylko dla biegu. Jeszcze jedna luźna obserwacja, każdy wychodzący z biura mieszczącego się w szkole obcina uważnym spojrzeniem swojego vis a vis, wzrok kieruje się głównie na łydki. Ciekawy sposób oceny rywala 😉

 

Zamieszanie

W niedzielę pojawiam się w biurze zawodów przed 10, bo do tej godziny trzeba złożyć depozyt, który pojedzie na metę. Jakiś dziwny traf sprawia, że zgubiłem naklejkę z numerem na depozyt. Wybebeszam worek i po podpowiedzi obsługi depozytu lecę na salę gimnastyczną gdzie mieści się biuro. Z biura wysyłają mnie do punktu informacji gdzie mają czyste naklejki. Mam naklejkę (a nawet dwie), ale zgubiłem w międzyczasie słuchawki. NOSZ !*#!!! – Ciśnie mi się na usta. Niezły początek zawodów. Oddaję depozyt, wracam do biura patrząc pod nogi, nie ma wracam przed szkołę szukam na ziemi jeszcze raz i jeszcze. Nie ma nigdzie. Gdy z opuszczoną głową wracam do szkoły, żeby pomaszerować na start, patrzę na parapet i widzę, że jakaś dobra dusza znalazła moje słuchawki i wraca mi nadzieja, że to będzie dobry start.

Bojowo na starcie

Bojowo na starcie

 

Kopiec Krakusa

W drodze na Kopiec Krakusa, zaczynam odczuwać pragnienie. Rano wypiłem tylko kawę, a robi się coraz bardziej gorąco. No cóż pewnych spraw nie przeskoczę, na 7 kilometrze będzie wodopój to się napiję. Nie ma co płakać nad niewypitą wodą. Zapowiada się piękna pogoda to dobrze. Te kilka minut przed startem staram się ustalić jakąś playlistę na ten bieg. Strzelam kilka selfie i już odliczam ze wszystkimi startującymi. Trzy, dwa, jeden… Ruszam.

 

W dół

Tras prowadzi w dół kopca. Jest wąsko, ale da się wyprzedzać bez zbędnego wysiłku. Na tym etapie nie kalkuluję. Jest w dół puszczam nogi, niosą same. W słuchawkach muzyka. Gdy dobiegamy do Wisły widzę przed sobą człowieka w koszulce Smashig Pąpkins. Na moście robi się trochę ciasno, więc nie mogę go dogonić. Ale tuż za Wisłą dopadam do niego, krzyczę  – OGIEŃ Z DUPY! – takie nietypowe powitanie.

 

Płasko

Biegniemy we dwóch Bulwarami Wiślanymi. Troszkę rozmawiamy, jestem zdziwiony, bo dość mocno cisnę. W głowie krąży myśl, że chyba ciut za szybko, ale Witek mówi żebym biegł póki mogę. No a ja ciągle mogę. Jeszcze przed biegiem słyszałem, że tutaj walka rozpoczyna się na 10 kilometrze. Po chwili zastanowienia ruszam jeszcze szybciej, a Witek zostaje z tyłu. Pierwsze 5 kilometrów przebiegam  w średnim tempie 4’34/km. Robi się gorąco, najcieplejszy weekend ostatnich tygodni, a mnie się zaczyna chcieć pić.

 

Kopiec Kościuszki

Skręcam z Bulwarów Wiślanych, już niedaleko 7 km – dwa kilometry i będę mógł się napić, za chwile zacznie się podbieg pod Kopiec Kościuszki, a tam na górze czeka wodopój. Zaczyna być pod górę. Na początku jeszcze biegnę, ale pomny doświadczeń, że czasem nie warto szarpać do góry biegiem, gdy robi się bardziej stromo przechodzę do marszu. Nie chcę się zajechać. W sumie pod górę przechodzę do marszu trzy razy. Na punkcie z wodą wypijam trzy kubeczki wody. Tempo nieco siadło, ale odrobię na zbiegu. Gdy tylko robi się w dół ruszam mocniej jak dźgnięty ostrogą. Zostało przecież jeszcze jakieś 5 kilometrów, co to dla mnie.

 

Ómieranie

Jedak dopada mnie kryzys. Słabnę. Zaraz po zbiegu, rozpoczyna się podbieg jesteśmy na 10 kilometrze. Jest cholernie ciężko. Przechodzę pod górę do marszu. Tempo nawet nie spadło, ono zaliczyło glebę i nie chce ruszyć. Matko, jak długo będę się tak wlekł. Wkrada się we mnie zwątpienie, chyba nie dam rady, nogi ciążą jak odlane z ołowiu. To był głupi pomysł – myślę sobie. Tydzień po maratonie, dwa po półmaratonie górskim, tydzień przed ultramaratonem górskim, przecież mój organizm daje mi wyraźnie znać, że ma dość. Potykam się o korzeń, czy też kamień, a może to moje własne nogi? Na szczęście jest doping, on sprawia, że ciągle jeszcze przebieram nogami. Przede mną trzech gości, ten na przedzie nagle zaczyna stawiać sztywno nogi, chwiejąc się dziwnie na boki. – Łapcie go on jest nieprzytomny – słyszę zza siebie głos. Gdy tylko dwóch z tej trójki łapie gościa pod ręce ten składa się jak scyzoryk i już leży. Jezu, może ja z nim zostanę, pomogę, też się położę? Ale tam już jest przy nim dwóch gości, nie będę robił tłoku. Jakiś uprzejmy głos informuje, że jeszcze 200 m a potem będzie w dół. Tak, ale jak tam dotrzeć? Jak zwykle w takim momencie pomocne stają się inwektywy rzucane pod własnym adresem. – Chciałeś być kurwa kozakiem, chciałeś startować co tydzień, chciałeś być zajebisty, udowadniać, że potrafisz, że umiesz, że dasz radę? To teraz nie mazgaj tylko zapierdalaj. Gdy tylko dobiegam do znacznika 10 kilometra, teren zaczyna się robić, tak trochę bardziej przyjazny. W końcu trasa zaczyna prowadzić w dół, a więc naprzód. Odrabiać to co się straciło w drodze w górę.

okolice 10 km

okolice 10 km

Finisz

Oooooo jak przyjemnie, popieprzać szybko w dół. Nadal jestem zmęczony, ale wiem, że meta jest już blisko. Doganiam tych, którzy tak bezwzględnie mnie wyprzedzili na podejściu. W głowie rozbrzmiewa równomierne CIŚNIJ, CIŚNIJ, CIŚNIJ. CO – RAZ BLI – ŻEJ, NIE PRZE – STA – WAJ. Lecę tak że hej i odkrywam, że chyba rozpocząłem ten finisz tak odrobineczkę za wcześnie jakieś pół kilometra, no dosłownie niedużo. Są kibice, jest doping jest dobrze. Słychać odgłosy mety, tylko jej nie widać. Jak daleko? Już niedaleko – prawda? Rany, jest znajoma z córkami i głośno dopinguje, chwilę później jest Joasia ze Smashing Pąpkins,  jej Witka dopadłem na początku nad Wisłą. Widzę już, widzę kopiec, już widzę metę – o nie dlaczego trzeba obiec kopiec, cholera nie mam już siły. Niech to się już skończy – PROSZĘ. Po prawej leży kolejny biegacz, którego słabość dopadła może jakieś 300 m do mety. DAM RADĘ – obiegam ten cholerny kopiec wpadam na metę ręce wysoko wyciągnięte nad głową.

Boże wreszcie się skończyło

Boże wreszcie się skończyło

WYGRAŁEM – z własną słabością, z chęcią poddania się na 10 kilometrze. Czas 1:05:38 miejsce  458 na ponad 2100 startujących. W strefie mety dopadam do wody i izo, wypijam obydwie butelki duszkiem. Czekam na Witka, trzeba razem zrobić pĄpaski, po chwili już sobie gratulujemy, dołączają do nas Joasia z dzieciakami. Są gratulacje, zdjęcia i pĄpki. Jest pięknie.

pĄpaski z Witkiem fot. J. Ligęza

pĄpaski z Witkiem fot. J. Ligęza

 

Szczęście z wyniku

Szczęście z wyniku

 

Podsumowanie

Chyba jeszcze nie biegłem tak trudnego, mentalnie biegu, gdzie walczyłbym sam z sobą i wygrał. Na Ultra Podkarpackim pomógł mi się podnieść Robert, na Rzeźniku pomogła odpowiedzialność za zespół. Jeszcze nigdy nie cieszyłem się z powodu, że bieg już się skończył. Jednak w chwili gdy dotarło do mnie, że zrobiłem to co planowałem, pomimo problemów, kryzysu poczułem radość i wolność. Takie wszechogarniające uczucie wolności. Pomimo cierpienia, ómierania nie pękłem, nie poddałem się. Przypomniała mi się scena z filmu Waleczne Serce, jedna z ostatnich, egzekucja głównego bohatera, pomimo tortur i cierpienia, gdy wydaje się, że jedynym wyjściem jest prośba o łaskę, a ten krzyczy rozdzierająco FREEDOM!!! Wolność – na pohybel wszystkim wrogom, tak że piękna księżniczka uroni łzę z żalu, a przyjaciele z uznaniem pokiwają głowami nad siłą i męstwem. Zresztą zobaczcie sami.

 

Zakończyłem ¾ miesięcznego planu biegowego, trzy z czterech zaplanowanych startów, za mną. Już w najbliższą niedzielę ostatnie wyzwanie 52 kilometry Ultramaratonu Bieszczadzkiego, będzie trudno, ale wiem, że ostatnie przygotowania pozwolą szczęśliwie dotrzeć do mety, a oprócz formy to i motywacji jest całe mnóstwo. A do biegu Trzech Kopców jeszcze wrócę, bo to jest świetny bieg i trzeba tam złamać godzinę.